poniedziałek, 5 października 2026

The HOLLIES - Distant Light



Bring them all back home!

Distant Light
The HOLLIES
1971

gatunek: rock, pop-rock
najlepszy numer: To Do with Love
best moment: mimo wszystko harmonie wokalne (np. w Long Dark Road)

What a Life I've Led * Look what We've Got * Hold On * Pull Down the Blind * To Do with Love * Long Cool Woman in a Black Dress * You Know the Score * Cable Car * A Little Thing Like Love * Long Dark Road

* * * i 1/4

Początek lat 70-tych był wbrew pozorom straszny dla muzyki pop-rockowej, przynajmniej w niektórych aspektach. Owszem, najbardziej elastyczni i wyrobieni poradzili sobie przerzucając się na prog- i art-rocka i chwała im za to. Ale co z tymi, co niekoniecznie chcieli wykonywać utwory tylko nadal grać piosenki? Beatlesi się (chyba na swoje szczęście) rozpadli. Stonesi osiedli w klimatach "męskiego grania" z bardzo nieprzyjemnymi kontekstami w tle, osobiście nie cierpię tego ich stylu, ale przynajmniej znaleźli patent na sound. Byrds rozmienili się na drobne. Kinks stracili polot. Bee Gees ugrzęźli w ślamazarnych balladach... I tak dalej, i tak delay... W latach 70-tych nie w y p a d a ł o już po prostu grać tak jak w latach 60-tych, tak wyszło. Niby logiczne, ale jednak - jako się rzekło - straszne. Być może dwa późne single The Move z 1971 roku: Tonight i Chinatown w pięknym stylu zamknęły dekadę kolorowej piosenki.

The Hollies byli jednym z najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli "kolorowej" czy "słonecznej" szeździesiony. Dzięki zaraźliwym melodiom, charakterystycznym trójgłosom i słusznym umiejętnościom wykonawczym, gładko przeszli i przez fazę Merseybeatu, i psychodelię. Wydawało się też, że udało się też im w miarę bezboleśnie zażegnać potężny kryzys wykonawczy - zastąpienie Grahama Nasha przez Terry'ego Sylvestra zaowocowało przecież paroma hitowymi singlami. Album Confessions of the Mind (do którego na pewno tu jeszcze wrócimy) przyniósł przede wszystkim wspaniały utwór tytułowy, który też był przepięknym pożegnaniem z poprzednią dekadą. No ale co teraz?

Cóż, album Distant Light ma swoich zwolenników, ale ja na pewno do nich nigdy nie będę trener Doleżal. Próbowałem się do niego przekonać parę razy, ale zawsze trudno mi go zdzierżyć w całości mimo paru bardzo dobrych momentów... Przejdźmy do kluła, jak to by pewnie powiedział Graham Nash: całość psują mi dwie sprawy - po pierwsze znaczne obniżenie wartości i zapamiętywalności melodii, po drugie i ważniejsze - idiotyczne rozwiązania produkcyjne.

Bardzo i bez ironii szanuję fakt, że wszystkie 11 piosenek na płycie podpisane zostały przez członków zespołu (w niektórych przypadkach z zewnętrznymi współpracownikami). Numerycznie w większości z nich swe gibkie palce maczał Tony Hicks, chyba najbardziej sympatyczny z Hollies, choć Allan Clarke pewnie nie podzieliłby tego zdania zważywszy na to jak - w dwóch odsłonach - stracił fotel lidera w zespole. Ale to stanie się dopiero za chwilę, na razie na pozór zespół był jeszcze jako tako zunifikowany. Problem w tym, że te ich autorskie piosenki na tej płycie są najczęściej dość mdłe. Większość z nich miesza się jak w betoniarce w mało melodyjną maź do tego napompowaną organami Hammonda i nierzadko dość pustymi solówkami (saksofon w Look What We've Got, o nie!!) w balonik rocka zaangażowanego, bez jednak jakiejś esencji. Na szczęście jest parę wyjątków od tej szaroburej reguły, należą do nich przede wszystkim urocza piosenka To Do With Love (co znamienne, jedna z najkrótszych na płycie) o typowo szeździesionowej, tęskno-słonecznej melodii oraz jeden z najdziwniejszych hitów zespołu: Long Cool Woman i tak dalej, która po prawdzie brzmi bardziej jak piosenka Creedence Clearwater Revival. Co było dla wszystkich zaskakujące, odniosła ona duży sukces komercyjny w Stanach, problem był tylko w tym, że Allan Clarke zdegustowany jałowością poczynań zespołu poszedł w ślady Nasha i już wtedy opuścił był kolegów. Dość niezłe są jeszcze trzy inne piosenki na płycie: rozłożysta ballada Cable Car też z niezłą melodią, polana niebanalnie orkiestrowym sosem, w której stosunkowo mało jest muzycznego pustostanu, a także A Little Thing Like Love z wreszcie holliesowym refrenem oraz w miarę bezpretensjonalna końcowa Long Dark Road, choć tu akurat refren ciut banalny. Reszta naprawdę zupełnie nie zostaje w pamięci, przynajmniej moim, a najbardziej kuriozalna jest (chyba) art-rockowa pieśń You Know the Score, w której nie wiedzieć czemu następuje kompletne zawieszenie akcji muzycznej - i to dwa razy.

To wszystko byłoby jednak - być może - jeszcze w miarę do ugryzienia, wiemy jak to jest z ulubionymi zespołami (a Hollies, żeby nie było, na pewno do takich u mnie należą!): mieli się te płyty wiele razy, no i w końcu jakoś się one związują z naszym życiem utrzuciowym lub zgoła z wizytą w sklepie mięsnym... Ale w przypadku tej płyty absolutnie nie chce mi się tego robić, bo zniechęca mnie do tego produkcja. Co to za pomysł w ogóle? Ron Richards, bo to nadal on, zrezygnował z u p e ł n i e z bliskich planów, co zbiegło się też z wyraźnym osłabieniem siły głosu Allana. Wielogłosów też jest mniej na tej płycie, ale tu nie wypada mi narzekać, bo zdarzało mi się wcześniej nadmieniać, że harmonie Hollies są manierystyczne i tutaj tak rzeczywiście nie jest. Ale przecież to nadal jeden z najważniejszych walorów stylistycznych zespołu, a tutaj wszystko jest zbite w jeden wokalny słup, który szczerzy się do nas z oddali... Do tego wszystko jest zrealizowane w jakiś nieprzyjemny płaski i metaliczny sposób bez zrównoważenia w dołach... Tamburyn (fajny skądinąd instrument) w jednym z numerów jest mało strawny przez to epatowanie treblami właśnie... Całokształt brzmieniowy albumu nie ma niestety nic wspólnego z piękną, bukoliczną okładką płyty... I tego niestety sobie nie wymyśliłem, żeby - na przykład - uwiarygodnić niechęć do tych piosenek. Wystarczy sięgnąć po rozszerzoną wersję albumu Distant Light i doczekać do bonusów. Różnica w brzmieniu jest kolosalna - np. w singlowym Gasoline Alley Bread z poprzedniego roku: wokale są bliskie, harmonie - porywające, a każda zagrywka perkusisty Elliotta wydaje się niesamowicie istotna... No ale co Abbey Road, to Abbey Road - niniejszy album nagrywany był w nieco mniej osławionych Air Studios George'a Martina i jednak miało to jakieś, niemałe, znaczenie.

Album Distant Light nawet spodobał się recenzentom, ale jego wyniki komercyjne nie mogły się równać z tymi z lat sześćdziesiątych. Sfrustrowany Allan Clarke zapragnął nagrać płytę solową, a koledzy z zespołu pokazali mu w takim razie drzwi i z nowym - szwedzkim! - wokalistą szykowali się do koncertów pod drugiej stronie Atlantyku. I wtedy właśnie utwór Long Cool Woman in a Long Black Dress, wydany na singlu pół roku po ukazaniu się albumu, zaczął niespodziewanie szaleć na listach przebojów poza Europą, co doprowadziło do cokolwiek groteskowych sytuacji na trasie, kiedy to hitową piosenkę chcąc nie chcąc musiał wykonywać Terry Sylvester.






poniedziałek, 25 maja 2026

BEE GEES - Spicks and Specks


believe me, boy, it ain't no good - in doing what you never should

BEE GEES                   
Spicks and Specks                                                             
              
1966

gatunek: folk-rock, psychedelic pop, pop
najlepszy numer: How Many Birds
best moments: nadal trójgłosy i mimo wszystko wokale w Where are You (saKKa!)

Monday' s Rain * How Many Birds * Playdown * Second Hand People  *  I Don't Know Why I Bother With Myself * Big Chance * Spicks and Specks *  Jingle Jangle * Tint of Blue * Where Are You? * Born a Man * Glass House

* * *

Jak już wspominałem w poprzednim wejściu, miałem zamiarro rozprawić się z okresem australijskim Bee Gees w jednym kawałku, skusiła mnie jednak perspektywa podwojenia, you wouldn’t know, kliknięć… A pisząc poważniej, między pierwszym i drugim albem Bidżisów jest jednak parę ważnych różnic. I to – obawiam się – wcale nie na korzyść wydawnictwa niniejszego.

Płyta Spicks & Specks pojawiła się pod koniec roku 1966, kiedy to nad muzyką popularną zaczęły pojawiać się już nowe, interesujące opary. Nie wiem czy termin „psychodelia” zdołał już do tego czasu przypłynąć statkiem do Australii, ale pewnego rodzaju stylistyczne rozprężenie słychać już wyraźnie, a dziwaczne chórki w utworze Where Are You mogłyby sugerować, że chłopaki zaczęły już popalać niedozwolone papierosy, mam nadzieję, że tutaj się mylę. W każdym razie rozrzut stylistyczny i produkcyjny (zdarzają już się podwojenia głosów) między debiutem i jego – jak to ktoś powiedział – nastęcpą jest dość pokaźny, choć całość nadal brzmi dość słabo i niespójnie. Niestety odrzucenie podpórek gatunkowych z Anglii i początki znajdowania przez Bee Gees własnego – nomen omen – głosu to nie do końca o dziwo dobra wiadomość, ale o tym szerzej za moment.
Najbardziej namacalną – i dla mnie dojmującą – różnicą jest częstsze na tej płycie wykorzystanie solowego śpiewu Robina, co jest dla mnie posunięciem – powiedzmy to raz a mocno – w najlepszym razie ryzykownym, a w najgorszym – niesłuchalnym. Tutaj jeszcze Robin produkuje się w miarę nieśmiało, więc bardzo źle jest tylko w jednym utworze. Niestety i Barry zaczął eksperymentować ze swoim ciepłym barytonem, który najlepiej przecież działa bez przesadzonych ozdobników – w Born a Man ten głos jest niby solowy, niby jajcarski, a brzmi to dla mnie bardzo niedobrze. No, ale takie są konsekwencje poszukiwania wokalnej samoświadomości. Muszę tu od razu dopowiedzieć, że to nie jest tak, że śpiewanie Robina potępiam w czambuł - czasem to jego z natury jakoś przesadzone śpiewanie rzeczywiście przyciąga uwagę (np. w całkiem zgrabnej piosence jego autorstwa I Don't Know Why I Bother With Myself) i już teraz słychać, że bardzo dobrze wypadają te utwory w których solowe partie Barry'ego i Robina wchodzą ze sobą w jakiś dialog - tutaj mamy niby drobną, ale też dość zwariowaną pod względem rytmicznym piosenkę Big  Chance, w której najpierw Robin po swojemu jęczy, a potem Barry po swojemu hm prawi kazanie - i jest to wyborne, choć jako się rzekło - drobne, drobne Gibb.
Jeszcze jedna sprawa zaczyna mi jednak tutaj doskwierać, i to na długie lata. Zawsze zastanawiam się przy takich zespołach-kameleonach: co tak NAPRAWDĘ w sercu im gra? Nieszczęsny utwór Jingle Jangle pokazuje – tak jak uprzedzając fakty seria albumów Bee Gees z pierwszej połowy lat 70-tych – że ci, geniusze przecież, mają jakieś dziwne upodobanie do łzawych pieśni, które wloką się jak flaki z olejem, udramatyzowane flaki z olejem. Piszę to z przykrością, ale akurat wolę jak Bee Gees nie do końca są sobą.
No i problem ostatni – zapewne większa swoboda artystyczna i większy wkład braci także w warstwę instrumentalną albumu doprowadziły do kilku zaskakujących i już na rok 1966 mało wybaczalnych błędów w sztuce aranżacji i produkcji. I tak oto jeden z utworów wycisza się w połowie zwrotki, a w dwóch innych zamiast pożądanych solówek czy czymś w tym stylu otrzymujemy w zasadzie dziury w środku piosenki, w takim Glasshouse to wielka szkoda, bo mało słyszalne pianino w owej dziurze to wyraźnie błąd w sztuce a nie wybór artystyczny – a przecież refren w tym utworze jest zaśpiewany w sposób niezwykle kunsztowny i porywający…
No tak, są oczywiście na tej płycie momenty bardzo dobre. How Many Birds to mój bez dwóch zdań ulubiony utwór Bee Gees z okresu szczenięcego. Zaśpiewany na szczęście przez Barry’ego i to bez udziwnień, traktuje wprawdzie o sprawach damsko-męskich, ale na sposób niemal poetycki, a szybujący refren to po prostu majsterszyk. Potężne wrażenie robi też na mnie Playdown. Już na debiucie ostatnie zwrotki piosenek takich jak Could It Be oraz Wine and Women pokazywały, że bracia Gibb mieli we krwi emfatyczne operowanie dynamiką, ale tutaj te kontrasty w harmoniach brzmią już naprawdę rasowo. I nawet łatwo możemy przymknąć ucho na powiedzmy solówkę, która sprowadza się do miauczenia Robina, tutaj jest to nawet zabawne. Tak, momenty są!
Nie do końca należy do nich, jak dla mnie, utwór tytułowy, właściwie pierwszy z wielu szlagierów zespołu. Przeszkadza mi to, że to właściwie wciąż ta sama zwrotka, co zostało sprytnie zawoalowane zmianami tempa i tonacji. Fakt, zwrotka jest bardzo chwytliwa i świetnie wykonana i pokazuje, że zespół był już niemal dorosły. A jeśli chodzi o piosenki w których trochę zmarnował się potencjał melodyczny, to coś dziwnego dzieje się w Tint of Blue, który zaczyna się od zadziornej przesterowanej gitary i ciekawej, bujającej zwrotki na trzy głosy. No i na tym jakby chłopaki poprzestają, dalej już nic ciekawego się nie dzieje poza tym, że ktoś (zdaje się Robin) szaroburo dmie w melodikę. Niemal dorosły zespół, niemal... 
Ale teraz...
W styczniu 1967 bracia Gibb wraz z rodzicami wsiedli na statek do Anglii, z myślą o rozszerzeniu horyzontów artystycznych i komercyjnych dla swojej dalszej kariery. Gdzieś w połowie drogi dowiedzieli się, że piosenka Spicks & Specks stała się ich pierwszym australijskim numerem 1. Ale odwrotu już nie było.
Reszta jest historią, którą – do jakiegoś momentu – opiszemy na kartach niniejszego, panie Wacławie, blo…
…ku mieszkalnego? 

The BEE GEES SING AND PLAY 14 BARRY GIBB SONGS


oh, oh, 1 - 2- 3, and now there's me...

The Bee Gee's Sing and Play 14 Barry Gibb Songs             
BEE GEES                                                            
              
1965

gatunek: Merseybeat, folk rock, pop
najlepsze numery: You Wouldn't Know, Follow the Wind
best moments: Barry udający Micka Jaggera i wszelkiej maści trójgłosy

I Was a Lover, a Leader of Man * How Love Was True * To Be or Not to Be * Timber! * Claustrophobia * Could It Be  * Wine and Women * And the Children Laughing * Don't Say Goodbye * Peace of Mind * She Take Hold of That Star  * You Wouldn't Know * Follow the Wind

* * * i 1/4

A zatem Bee Gees, czyli – jak to sprytnie przetłumaczył kolega Adam z naszego pierwszego bandu – „pszczoły i gzy". Jak to często bywa na kartach niniejszego bloga: pomieszanie geniuszu z… no… powiedzmy klimatami kuriozalnymi. Ale przynajmniej nie będzie nudno! No to zaczynamy.

Bardzo łatwo zamotać się w najbardziej starożytnym okresie działalności zespołu, oto zatem w największym skrócie: bracia Gibb urodzili się w Anglii, w roku 1958 wyemigrowali z rodzicami do Australii, już po tym gdy rozpadł się ich pierwszy zespół. W 1960 roku debiutowali w telewizji, a w latach 1963-1965 wydali około dziesięciu singli, głównie z piosenkami autorstwa najstarszego z braci, Barry’ego (tego, you know, od słynnych falsetów wiele lat później). Niektóre z tych utworów znalazły się, wraz z dodatkowo nagranymi numerami, na pierwszej płycie długogrającej, wydanej jeszcze w 1965. Rok później ukazał się kolejny longplay. Łącznie omawiany okres przyniósł około 40 utworów porozrzucanych później na niezliczonej maści kompilacjach CD (ja mam niejaką Collection z 25 trackami), które generalnie brzmią wprost koszmarnie. Chciałem się z nimi zbiorczo rozprawić, ale na tzw. streamingach pojawiły się ostatnio wersje brzmiące nieco lepiej – może odnaleziono poszczególne ślady niektórych utworów, albo zaingerowano w nie popularną ostatnio metodą „de-mixing”. Na pewno zdarzają się tu i ówdzie pododawane echa i inne czarymary, ale aż takim purystą nie jestem, bym się miał na to zżymać, choć solo gitary dograne (kiedy?) z paroma innymi instrumentami do To Be Or Not to Be  brzmi dość idiotycznie i akurat tego numeru lepiej posłuchać w bardziej hm oryginalnym wydaniu.

Pierwszy zatem album Bidżisów jest trochę przypadkową zbieraniną piosenek nagranych w ciągu aż trzech lat, nie można więc tu mówić o jakiejkolwiek spójności, tym bardziej, że utwory nie są ułożone chronologicznie i w dwóch najwcześniejszych wyraźnie słychać, że młodsi bliźniacy (Robin i Maurice) są jeszcze przed mutacją. Dominacja Barry’ego jest tu przytłaczająca: nie dość, że jest  - jako rzecze tytułło - autorem wszystkich 14 piosenek, to jeszcze w znakomitej większości jest ich głównym wokalistą. I można było się spodziewać, że – przy tym całym problemie z realizacją – płyta będzie (zwłaszcza dziś) całkowicie niesłuchalna, ale tak nie jest, jeśli oczywiście ktoś jest choć w minimalny sposób otwarty na muzykę z lat 60-tych. Owszem, jest parę momentów mocno żenujących, ale głównie na poziomie wykonawczym i tekstowym (tak, Barry chętnie rymuje „chance” z „romance” i te pe z i te de), za to i melodie, i trójgłosy (o jakichś nakładkach nie ma jeszcze mowy) już tutaj są przednie. A jeśli dodamy do tego świętą młodzieńczą naiwność i całkiem dorzeczne aranżacje, rezultat jest całkiem ujmujący.

Pierwsze dwa utwory na płycie są raczej z tego gorszego sortu, rażą z jednej strony pompatycznością, z drugiej – nieporadnością. Ale już trzeci utwór, How Love Was True, mnie osobiście wzrusza. Wszystko się tu – w miarę zgadza – trójgłosy przymglone efektem tremolo, budowanie napięcia… tylko po linijce I have to have you, chciałoby się pociągnąć po Beatlesowsku „wo-wo-wo-wo-wo-wo Anna…” O tak, dosłownych i zawoalowanych cytatów wszelkiej maści jest tutaj naprawdę sporo i osoba nawet tylko nieźle obeznana w repertuarze „słonecznej sześćdziesiony” łatwo odkryje sporo tropów. I to o dziwo niekoniecznie związanych z samymi Beatlesami – tu gitara jak z Searchers, tu zaśpiew jak u Dylana przygładzonego przez Byrds, tu rytmika jak w Dave Dee, Dozy et al… Najbardziej ujmujące są dla mnie pod tym względem utwory następujące: Could It Be jest wprawdzie zapożyczone melodycznie z piosenki Ritchie Valensa, ale Barry zdecydowanie śpiewa tu barwą i manieryzmami Freddie’go (tego od The Dreamers oczywiście), takie same glissanda i taka sama operetkowość… A przy tym kilogramy młodzieńczego entuzjazmu! Jeszcze fajniejsze pod względem stylizacji jest dziełko o tytule szekspirowskim – to wyraźnie pastisz Rolling Stonsów! W podkładzie (tym oryginalnym z 1965)  wprawdzie wyraźnie nie gruwią, ale Barry śpiewa tu (zwłaszcza pierwszą zwrotkę) dokładnie jak Jagger – wyborne!

No i tak to się wszystko niezobowiązująco toczy aż do słonecznego końca. Czasem lepiej, nawet pod względem tekstowym (całkiem dorzeczny sarkazm w Claustrophobii), czasem bardzo źle ogólnie (Take Hold of That Star). Bez wyjątku zaś wszystkie utwory są tak poaranżowane, żeby wcisnąć w nie jak najwięcej trójgłosów, ale o dziwo nie uderza mnie tu jakiś wielki manieryzm - wśród tych wszystkich zapożyczeń wyraźnie wykluwa tu się oryginalny styl zespołu i to zarówno na poziomie nośnych melodii jak i pełnego wyobraźni podejścia do rzeczonych harmonii wokalnych. Ale to dwa ostatnie utwory na płycie są moimi ulubionymi, może dlatego, że leciutko uchylają drzwi ku nowym, nieznanym przestrzeniom. You Wouldn’t Know to z pozoru kwintesencja Merseybeatu, choć oczywiście w odcieniu australijskim: najlepszy jest tu piętrowo sharmonizowany refren, w którym bracia jak dla mnie utrafili w jakiś wyjątkowo kojący kolor tego trójgłosu. Ale w rozchachaną codę wkrada się jakiś nowy, mniej spięty nastrój… może festynu, może karnawału… A już Follow the Wind, z solowymi partiami Robina, to utwór malowniczo folkowy, wyraźnie kroczy w stronę jakiejś wielkości i jakiejś ponadczasowości.

Zostańmy z nimi na dłużej - będzie się działo nierzadko Nawarony!

sobota, 23 maja 2026

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - Zoom

Maybe I was weak when I should have been strong

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA
Zoom

2001

gatunek: pop-rock
best song: zdecydowanie Lonesome Lullaby
best moments: zakończenie State of Mind, i mimo wszystko wszystkie bardziej rozbudowane wielogłosy (zwłaszcza te w Ordinary Dream)

Alright  * Moment In Paradise * State of Mind * Just for Love  * Stranger On a Quiet Street * In My Own Time * Easy Money * It Really Doesn't Matter * Ordinary Dream * A Long Time Gone * Melting in the Sun * All She Wanted * Lonesome Lullaby 

 *** i 1/4

Nie wiem jak to się stało, że ten album w epoce mnie ominął, może nie zdążyłem go kupić w sklepie, a może zbyt ochoczo zaufałem jakiejś niepochlebnej recenzji? Uprzedzając, spoilerując i nieźle sobie przy tym z Państwa dworując (taki żarcik do rymu) - nie mam czego żałować, choć muszę przyznać, że to odkryte przeze mnie po 25 latach wiekopomnie dzieło zaskoczyło mnie raczej pozytywnie. Najważniejsze okazało się jedno: nie mieć wobec Zooma żadnych oczekiwań.

Recenzja będzie niedługa, bo sprawa jest bardzo prosta. 15 lat po wydaniu niefortunnego Balance of Power, Jeff nie stracił właściwie nic ze swojego songwriterskiego sznytu: na płycie nie ma słabej piosenki i na pozór wszystko się zgadza, bo dużo jest tu melodii i nawet trochę dawnego rozmachu. Są firmowe chórki, dopowiedzi, falsety... Nawet gdzieś z tła przebijają smyczki. Problem w tym, że Jeff zupełnie stracił czucie rynku i - tylko mu nie mówcie - (to oczywiście moje subiektywne zdanie) zmysł producencki! Produkcja jest płaska i nudna i momentami brzmi to trochę tak jakby Jeff realizacyjnie sabotował dawne dokonania (przy okazji balansując songwritersko na granicy auto-pastiszu. Nie ma zupełnie tego dawnego wrażenia pełni i tego, że się p r z e l e w a. Niestety w zamian nie dostajemy też żadnej, nie wiem, "raw energy". Owszem, trochę to bardziej kopie niż Balance of Power, ale tak jakby kopało sześcioletnie dziecko. A z tym wyczuciem rynku chodzi mi o to, że płyta jest bardzo gitarowa, a rola instrumentów klawiszowych została ograniczona do minimum (Richard Tandy wystąpił tylko w jednej piosence, a resztę śladowych partii dograł Jeff)... A tu pech chciał, że właśnie mniej więcej w 2001 roku z mainstreamu znikły gitary akustyczne, a elektryczne zeszły na dalszy plan...

Z całym szacunkiem do Jeffa, nie bardzo chce mi się wnikać, co tam się u niego ciekawego działo przez te 15 lat. Wiemy, że pomagał Beatlesom przy Antologii i przy projektach solowych i ładnie się chłopaki odwdzięczyły. George oderwał się trochę od swoich mantr i zagrał slide'm solówki w dwóch utworach, co było niestety jednym z jego ostatnich twórczych działań przed dość przedwczesnym odejściem. Dwa kawałki, w których przyszło mu zagrać należą do tych bardziej rockowych, które wydają mi się bronić gorzej od tych bardziej nastrojowych, ale właśnie doczytałem, że A Long Time Gone odnosi się do śmierci mamy Jeffa, co dodaje tej pieśni dodatkowej głębi (drugim Harrisonowym momentem na płycie jest utwór przedostatni). W ogóle teksty na tej płycie są bardzo zgrabne, choć generalnie niewesołe, nie dziwota w wieku pięćdziesięciu kilku lat...  Ringowi przypadł za to w udziale ujmujący Moment of Paradise, utwór być może najbardziej przypominający klimatem piosenki ze złotego okresu ELO.  Utwór otwiera chwytliwy motyw klawiszowy, który jako żywo przypominał mi początek jakiejś piosenki Skaldów - zabrało mi to parę kwadransów, ale doszedłem do tego, że chodziło mi o Sto tysięcy złotych - proszę sprawdzić. Ringo puka tu jak to on, niby nic specjalnego, ale... A drugi utwór z jego udziałem to znowu "rockers" - Easy Money, nic wielkiego. Ale ale... czy Jeff nie krzyczy tam przed solówką gitary do samego siebie "take it, Jeff?" Oby nie...

Gości na płycie jest więcej, ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia (łącznie z udziałem Beatlesów), bo całość brzmi trochę tak jakby to Jeff nagrał wszystko sam. Owszem, niektóre utwory, zwłaszcza ostatni, przykuwają bardziej uwagę niż inne, ale nawet i one wydają się tonąć w jakiejś mieliźnie, przeciętnczyźnie - czy to aranżacyjnej, czy to realizacyjnej. Niby na głos i czasem instrumenty są tu nałożone stare dobre efekciki - tu tremolo, tu dilejik, tam fazer - ale te wszystkie rzeczy  jakoś nie mogą się przebić z tła, zupełnie nie błyskają w stereo i nie a t a k u j ą jak dawniej przepychem i figlarnymi iskierkami. Posunąłem się nawet do tego, że nauczywszy się szybko niektórych z tych jak dawniej fajnych melodii w refrenach, sam sobie dostawiłem jeszcze jeden falset w górze i od razu zaczęło to przypominać dawne trzasy.

Dziwnie się tej płyty słucha zbliżając się do wieku Jeffa podczas jej nagrywania. A więc to tak teraz będzie, szaroburo i jakby zza jakiejś matowej szyby?






piątek, 28 listopada 2025

CROSBY, STILLS & NASH

Fear is the lock and laughter the key to your heart 


Crosby, Stills & Nash
CROSBY, STILLS & NASH                                                          
              
1969

gatunek: folk rock, rock, acoustic rock
najlepsza piosenka: Suite: Judy Blue Eyes
najlepsze momenty: właściwie wszystkie wielogłosy

Suite: Judy Blue Eyes * Marrakesh Express * Guinnevere * You Don't Have to Cry * Pre-Road Downs * Wooden Ships * Lady of the Island * Helplessly Hoping * Long Time Gone * 49 Bye-Byes

* * * * i 1/4

W sierpniu 1994 roku, w 25-tą (dopiero, wtedy!) rocznicę festiwalu Woodstock, jako przystawkę do pierwszej próby jego reaktywacji, TVP wyemitowała słynny film dokumentalny z 1970 roku. Nagrałem sobie z niego na - jak się wtedy mówiło - magnetowid pieśń Suite: Judy Blue Eyes, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Z trójki śpiewaków jedynie kompozytor tego właśnie utworu był mi nieznany. Niestety nie był to jeszcze czas, w którym szczególnie łatwo było znaleźć na żądanie taką muzykę na jaką miało się ochotę, więc na nieco szerszą znajomość z tymi dream-telmenami przyszedł dla mnie czas dopiero w XXIw. Wtedy jednak byłem już na zupełnie innym etapie powiedzmy mentalnym. Właśnie w 1994 r., między trzecią i czwartą klasą liceum, kończył się dla mnie powoli ten lelevel psychodelicznego rozwoju [śmiech w "Tylko Rocku"], kiedy to jeszcze jakoś ważne było dla mnie to, co moi szemrani rockowistyczni idole mieli mi do powiedzenia. Dzięki Bogu, nigdy nie wkręciłem się ani w dragi, ani w sumie w żadne inne odnogi hippisowskiej osnowy, choć zawsze sympatyzowałem z przysłowiowymi talerzami od tyłu i oczoniesłychanymi zestawieniami jaskrawych kolorów na ubrankach wykonawców.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że jednak formacja (bo przecież nie zespół) Crosby, Stills & Nash, czy to z Youngiem, czy bezsh, w dużym jednak stopniu czerpała właśnie z pozamuzycznych astrali. Czy to przez wrodzony spryt, czy przez nadzwyczaj silne organizmy, żaden z nich nie zatracił się dokumentnie w używkach ani też (chyba) do końca nie wkręcił w jakąś groteskową duchowość typu Chrześcijańskie Bractwo Czcicieli Peyotlu. Na pewno jednak panowie C, S, N i Y byli jednymi z czołowych przedstawicieli mniej groteskowego hippizmu, z którym mimo wszystko - nie ukrywam - mam z biegiem lat coraz większy problem. Właściwie muszę chyba przyznać, że na swoją prywatną modłę obwiniam ruchy kontrkulturowe z drugiej połowy lat 60-tych za - jak by nie było - globalny kryzys wartości, który widzę dzisiaj. Oczywiście nie wyłącznie i sprawa jest złożona i niejednoznaczna, ale musiałem zaznaczyć, że pod względem filozoficznym obecnym tu panom niezbyt kibicuję, a z Grahamem Nashem to prywatnie chyba bym w ogóle nie chciał mieć nic do czynienia.

Po co więc piszę tę reckę, skoro panowie C, S, N i Y mają ze mną tak bardzo pod górkę (czy to ja z nimi)? No bo muzyka na tej (i następnej) płycie bywa w pytę dobra, a momentami doskonała przy wszystkich swoich artystycznych mieliznach. Nie wiem w jakim stopniu piękna muzyka stanowi "saving grace" dla życiowych błędów i w sumie nie mnie to osądzać, ale koło tych wielogłosów mimo wszystko nie potrafię przejść obojętnie.

Bez wątpienia (nie tylko chyba dla mnie) najlepsze piosenki na tej płycie podpisał Stephen Stills. Obdarzony najniższym rejestrem i najmniej oryginalną barwą głosu z całej trójki pofolgował sobie w warstwie instrumentalnej (zagrał na wszystkich instrumentach oprócz bębnów i okazjonalnych gitar akustycznych) i właśnie songwriterskiej. Otwierająca całość wielka słodycz o błękitnych oczach Judy Collins (rzeczywiście, blue jak cholera, Egon!) pozostaje dla mnie najcenniejszym fragmentem albumu, choć mam leciutki problem z tym, że ze wszystkich dostępnych na rynku wersji żadna nie wydaje mi się TĄ. Chyba mimo wszystko wskazałbym na tę z Woodstocku, mimo niedostrojonych gitar S i C i niedociśniętych fraz. Sam kompozytor nieśmiało wspominał o wersji demo (do wglądu na płycie Just Roll Tape). My oczywiście pochylimy się nad wersją albumową, ale od razu muszę zaznaczyć, że akurat tutaj niemałe umiejętności wykonawcze Stephena trochę - moim oczywiście zdaniem - odciągają uwagę od tych (a jednak!) niebiańskich trójgłosów. Ani bas, ani Hammondzik, ani tym bardziej tamburynek nie są tu mi w zasadzie do niczego potrzebne.

Istotnie jest to s u i t a, składająca się z czterech właściwie niezwiązanych ze sobą pod względem melodycznym części. Najdłuższa jest część najbardziej "piosenkowa", ze zwrotkami, refrenami i interludium. Jest ona najmniej poetycka i najbardziej "psychologizująca" ze wszystkich i stanowi przepiękną refleksję nad relacją miłosną z jakiegoś powodu skazaną na rychłe zakończenie. Narrator próbuje ze wszystkich sił zaklinać rzeczywistość odnosząc się do najgłębszych aspektów więzi, a koledzy dośpiewują mu emfatycznie kluczowe frazy. Zwycięski przełom w przeczuwanym kryzysie wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale z perspektywy roku czy dwóch od opisywanych zdarzeń wiadomo, że nie nastąpi (Adresatka miała powiedzieć Stillsowi, że "to piękna pieśń, ale dzięki niej mnie nie odzyskasz", ał!) I nagle pieśń wsiąka w jakieś nieprzezroczyste tereny, dla nas dobrze, że niknie tamb, ale dla niego źle, że zaczyna się błaganie: what have you got to lose? Stills zatrzymuje przez chwilę akcję i uderza w bardzo dramatyczne, falsetowe tony zanim zajaśnieje mu tymczasowe rozwiązanie: I'm going to fly away - what have I got to lose... Najwyraźniej jednak ten ruch nie przynosi nikomu żadnej ulgi, zaczyna się teraz dziwna improwizacja na gitarze w niestandardowym stroju, która oczyszcza przedpole dla najpiękniejszej i najbardziej eterycznej części pieśni. Narrator teraz będzie apelował do najbardziej nieuchwytnej, poetyckiej wrażliwości Ukochanej, posługując się okazjonalnie aliteracją i wzywając na pomoc wszystkie ptaki. Pod względem muzycznym wygląda to tak, że każdą z tych trzech czarownych i rozłożystych trzyczęściowych linijek rozpoczyna solo Stills, po czym dołącza do niego Nash i za chwilę Crosby dopełnia harmonii - przeciągają w trójkę ostatni akord i wszyscy dookoła czują, że dzieje się coś niesamowitego (zawsze w tych momentach na koncertach wybuchały brawa). W ostatnim z tych trzech fragmencików Stills wspina się na wyżyny kruchych i zbolałych emocji: lacy lilting lycic, losing love lamenting - (drriang!) - change my life - (drriang!!) - make it right - (drriang!!!), be my laaaay-dy!!! Trochę niezrozumiałe jest dla mnie to, co dzieje się potem, utwór wybucha w radosne skandowane świętowanie ze Stillsem wyśpiewującym głupawe frazy po hiszpańsku... Dziwne to katharsis, może to ostatnia próba przeciągnięcia rzeczywistości na swoją stronę, a może próba pokazania, że nieuchronną porażkę można przyjąć z nie nieszczerym śmiechem na ustach? Jak by nie było, nikt później nigdy czegoś podobnego światu nie przedstawił, Stills zresztą też nie...

Spośród czterech innych podpisanych przez niego piosenek (w tym jednej współtworzonej przez Crosby'ego i kogoś z Jeffersonów) najbardziej wyróżnia się kolejna zbolała ballada (choć zbolała nie na sposób rozpaczliwy): Helplessly Hoping, na pierwszy rzut ucha taki trochę Simon & Garfunkel na trzy głosy, bo Stills powiela tu jedną czy dwie charakterystyczne dla Paula Simona zagrywki na gitarze akustycznej. Przy bardziej wnikliwej analizie utwór objawia się jako trochę mniejszy brat Suity, może przez to, że bardziej konsekwentnie przeprowadzone są tu w tekście eksperymenty z aliteracją. Ale w tekście wyróżnia się jeszcze jedna rzecz, niby prosta ale bardzo skuteczna sztuczka z ukrytymi w słowach liczbami, wzmocniona oczywiście przez nawarstwianie się głosów w harmonii:

They are one person,
They are two (too?) alone,
They are three (free?) together
They are for each other...

Może nienajlepszym pomyłem realizacyjnym było tu wpuszczenie głosów Crosby'ego i Nasha w ekstremalne stereo, ale przynajmniej dokładnie słychać jak Crosby w refrenie dośpiewuje niecharakterystycznym dla siebie barytonem, no a utwór jest po prostu przepięknym studium "nadziei wbrew nadziei". Bardzo lubię ten utwór nie tylko dzięki osobistym konotacjom, ale też dlatego, że dzięki niemu (i poprzedniemu) Stills wypada tu na tle pozostałych miłosnych przepatanów ujmująco krucho i "ludzko", bardzo ocieplając mi te czasami zbyt pstrokate konteksty. Także i kończąca całość piosenka 49 Bye-Byes traktuje o niespełnionej miłości, ale już z pozycji pokonanej i pogodzonej się z losem, choć zawsze otwartej na jakąś dzieję (write if you think of it maybe). Ten utwór dobrze pokazuje pewną słabość naszych tu zgromadzonych gwiazdorów, no bo jednak trochę słychać, że to nie gra p r a w d z i w y zespół, tylko jeden facet sobie tu wszystko sam nałożył, a utwór jest ewidentnie rockowy i takie numery łatwo nie przejdą, Hans. Z drugiej jednak strony wielogłosy mnożą się tutaj i dzielą jak kaskady wody w wodospadzie, chłopaki wykorzystali tu chyba wszystkie możliwe tricki aranżacyjne i produkcyjne, żeby te wielokrotnie ponakładane na siebie głosy jakoś poukładać w sterele, no i tym razem jednak się to udało, bo parę razy mocno w tym utworze zajaśniało.

Dwie kolejne piosenki podpisane przez Stillsa mają już bardziej "programowe" przesłania. Folkowa You Don't Have to Cry jest zaśpiewana po mistrzowsku. To był utwór, który przesądził o powstaniu formacji; jak to muzycy opowiadali przez wiele następnych lat z niesłabnącym zachwytem, Nash po dwóch przesłuchaniach tego co na głosy śpiewali Stills i Crosby, bez trudu dołożył najwyższą harmonię i od razu było wiadomo, że to jest TO. Sama piosenka przez swoją dość płaską, folkową właśnie, osnowę może się łatwo znudzić, ale przecież nikt nie będzie tego słuchał w kółko, hę? Tym bardziej, że utwór nieco protekcjonalnie rozprawia się ze światem korporacyjnym. To już bardziej Wooden Ships (Stills/Crosby) by się do tego nadawały, ale tu mam z tym bardzo przyjemnym skądinąd utworem z niegłupio pacyfistycznym przesłaniem pewien problem: o ile srebrzące się na morzu, wybornie zharmonizowane refreny, bardzo przypadają mi do gustu, o tyle gdy Stills wchodzi w swoje - nawet pewnie wytworne - plumkanie, od razu mi się to nudzi. Ale nie ma co narzekać, bo solówek na tej płycie aż tak dużo znowu nie ma.

Graham Nash, chyba niespodziewanie dla wszystkich, wyrósł na postać nr 2 w tym malowniczym trójkącie. Zadecydowały o tym dwa aspekty. Po pierwsze, to utwory jego autorstwa miały się stać największymi przebojami singlowymi tej supergrupy, co dało zespołowi dużo niejako zewnętrznego paliwa i przydało wolności artystycznej na trudniejsze czasy gdy balonik mitu nie był już tak mocno napompowany. Po drugie jego głos, dość podobny w barwie i skali do głosu Crosby'ego, okazał się bardziej, no tu jedni powiedzieliby "przeszywający", inni - "świdrujący". Sprawiło to, że to jego głos zawsze zamykał harmonię od góry i to jego głos wybierany był do harmonii ze Stillsem w tych nielicznych miejscach, kiedy wystarczył w danym fragmencie zwykły dwugłos. Graham chyba wykorzystał swoją szansę i zrealizował większość z tych marzeń, które pchnęły go do oddzielenia grubą kreską przeszłości w jego zdaniem zaściankowej Anglii. Wprawdzie najbardziej zatwardziali fani grupy trochę podśmiechują się z tego jego popowego sznytu, ale jego rola w tercecie przydała się bardzo do tonowania szalonych poczynań Crosby'ego. Nie tego pewnie się do końca spodziewał, bo to przecież on był tym "nienormalnym" w Hollies, ale tutaj po prostu wydoroślał. Jego - mimo wszystko - bardziej charyzmatyczni koledzy postawili mu też wykonawczą poprzeczkę na tyle wysoko, że pokornie bardzo poprawił intonację.

Na niniejszym albumie Nash wyraźnie zaprezentował się właśnie jako "ten z Hollies", co było naturalną konsekwencją faktu, że dwie najważniejsze ze swoich trzech tutaj piosenek napisał jeszcze dla byłego zespołu. Odrzucenie przez Allana i Tony'ego utworu Marrakesh Express (jeden z ważniejszych powodów jego odejścia) było na pewno grubym błędem, bo utwór jest bardzo słoneczny, wyrazisty i kolorowy i kto wie, czy Hollies aby nie wykonaliby go lepiej, tu trochę mogą razić wszechobecne treble zarówno, wiadomo,  w partiach wokalnych, ale też w akompaniamencie. Najładniejsza jest chyba część środkowa tego utworu z ujmującą linijką I've been saving all my money just to take you there... I potem to charakterystyczne, melizmatowe zawieszenie akcji nadal w harmonii: I smell the garden in your ha-a-a-air... Z kolei jeśli chodzi o balladę Lady of the Island, to muszę się zgodzić z chłopakami z Hollies, którzy dyplomatycznie skwitowali tę piosenkę jako "zbyt osobistą". Jest to bowiem właściwie ballada erotyczna i choć nie sposób odmówić jej wdzięku, może istotnie robić wrażenie nieco zbyt bezpośredniej. No ale tak właśnie ta trójeczka (dys)funkcjonowała, nietrudno można znaleźć w necie opowiadania o rywalizacjach w zespole na polach nie tylko artystycznych... Najbardziej nijaka z propozycji Nasha, Pre-Road Downs, to piosenka pop, która udaje rockową, nie ratuje jej w moim pojęciu ani gitara od tyłu, ani te niby siarczyste wokale, do których - przynajmniej jeszcze wtedy - Nash wyraźnie nie miał drygu. 

Zostały nam jeszcze dwie piosenki, krańcowo zresztą od siebie różne. Ich autor, David Crosby, jak pamiętamy został niedawno usunięty z The Byrds m.in. za próbę przeforsowania kontrowersyjnej w przekazie piosenki Triad, której tytuł mówi sam za siebie i oczywiście CSN&Y grali ją później na koncertach. Przepiękna skądinąd piosenka Guinnevere jest o wiele bardziej subtelną polemiką z tradycyjnie pojętą moralnością "związkową". Przypomnijmy, że tytułowa (choć jej imię zapisano na płycie z błędem [o jedno "n" za dużo]) Ginewra, żona legendarnego króla Artura, narobiła dużo sy... e, rozgardiaszu wikłając się w romans z rycerzem Lancelotem. Piosenka Crosby'ego, wedle jego własnych słów, opowiada o trzech współczesnych kobietach, które obdarzał uczuciami. Są one w różnych aspektach podobne do mitycznej nomen omen heroiny, np. jedna rysuje na ścianie pentagramy, takie jak ona, jak ona... Ten niefrasobliwy (na szczęście dla piosenki marginalny) okultyzm sympatycznego (zależy pewnie dla kogo) Wąsala trochę psuje mi obraz tej jako się rzekło przepięknej pod względem muzycznym pieśni. Tak jak w przypadku Lady of the Island, w jej nagraniu w ogóle nie wziął udziału Stills, na przestrojonych tajemniczo gitarach zagrał sam kompozytor, natomiast wielowarstwowe wielogłosy pieczołowicie ponakładane przez Davida i Grahama są naprawdę czarowne, zwłaszcza w tych miejscach, gdy wypływają z wyciszenia, ale też w ostatniej zwrotce, w której Nash nakłada wyższe pasmo niż w zwrotkach poprzednich. Kluczową linijkę we shall be free należy pewnie interpretować w duchu zgodnym z tym, co powiedział na słynnej rozprawie sądowej po nalocie w Redlands Keith Richards: We are not old men. We are not worried about petty morals. Na szczęście w samym utworze Crosby'ego nie jest to wprost powiedziane i potrafię docenić jego niewątpliwie urzekającą - mimo tych nieszczęsnych pentagramów - aurę, ale zdecydowanie wolę jak chłopaki pisały o miłości nieodwzajemnionej.

Long Time Gone, druga z wyłącznych kompozycji Crosby'ego na tej płycie jest jego emocjonalnym komentarzem na temat niedawnego (wtedy) zabójstwa Roberta F. Kennedy'ego, choć w samym tekście tak szczegółowego odniesienia nie znajdziemy. Niestety mimo tych wzniosłych i zrozumiałych pobudek nie mogę się jakoś odnaleźć w samej warstwie muzycznej, jest to bowiem kolejny utwór o zdecydowanie rockowym charakterze, z którym aksamitnemu głosowi Davida jest po prostu nie po drodze, mimo że dwoi się tu i troi, żeby zabrzmieć zupełnie nie jak aksamitny on. Na szczęście (!) można łatwo znaleźć w necie niesamowitą wersję zagraną - wolniej i pełniej - już przez pełen skład z Neilem Youngiem z Tomem Jones'em na wokalu (w refrenach solową pałeczkę przejmuje o dziwo Stills) - o tak, Jones potrafił unieść ten straszliwy kontekst i rozanielone spojrzenia Crosby'ego u jego boku zdecydowanie to potwierdzają. Swoją drogą trochę żal mi Crosby'ego, bo jego wokale i to na tej płycie konkretnie, i to w ogóle w kontekście CSN (& Y) często nikną w natłoku wydarzeń. W tej konstelacji przypadły mu zawsze najtrudniejsze w trójgłosach (o ile nie prowadzi się głównej melodii) partie środkowe... W Byrds miał o wiele łatwiej, bo na tle matowych barytonów Clarka, McGuinna i Hillmana zawsze błyszczał, tutaj przyćmiewa go od góry Nash i podcina od dołu też brzytewny Stills...

No i tak na przelatuje ten dziwny album. Istotnie, bardzo zapisał się w historii muzyki popularnej, bo właśnie to rozstawienie czyli baryton + dwa tenory nadało kierunek, w którym wielogłosowe opracowania zaczęły rozwijać się w latach 70-tych, zdecydowanie przechodząc w wyższe rejestry niż te ustalone w opracowaniach Beatlesowskich. Muszę też przyznać, że mimo wszystkich moich osobistych Ale, doceniam pracę jaką Stills, Nash i Crosby wykonali w kierunku nadania swojemu projektowi walorów w jak najmniejszym stopniu egoistycznych i jak najbardziej mimo wszystko zespołowych. Nie dość, że dość swobodnie wymieniali się wokalami, to jeszcze próbowali nadać swojej płycie znamion czegoś więcej niż zbioru przypadkowych piosenek - piosenkę Marrakesh Express zaczyna np. mruczando Crosby'ego w jakimś dziwnym języku, a ostatni utwór (we wczesnych wydaniach albumu) otwiera jego podśpiewywanie fragmentu piosenki niesławnego Roberta Johnsona. I trochę się to nawet udało, album Crosby, Stills & Nash jest artystycznie spójny i przedstawia jakąś swoja wizję świata. Wiadomo, że przy takich charakterkach długo się taka harmonia nie miała prawa utrzymać, ale na razie wszystko wydawało się zmierzać ku świetlanej przyszłości, posrebrzanej jak woda, po której płynęły te drewniane statki..

wtorek, 25 listopada 2025

SKALDOWIE - Rezerwat miłości

Złoto, fiolet i purpura
oczyszczają serce z mgły

Rezerwat miłości
SKALDOWIE                                                             
              
1979

gatunek: pop, baroque pop, art rock
najlepsza piosenka: Pójdę do nieba oraz Jasny dzień przynosisz
najlepsze momenty: wstęp do Nie widzę ciebie... i zakończenie Jasnego dnia

Rezerwat miłości * Jasny dzień przynosisz * Wierniejsza od marzenia * Nie widzę ciebie w swych marzeniach * Z tobą wszystko jest niezwykłe * Pora chleba i owoców * Pójdę do nieba * Dopóki jesteś * Gdyby nie śpiewał nikt [+bonusy]

* * * * (wersja z bonusami: * * * * i 1/4)

Rezerwat miłości to godne pożegnanie Skaldów z latami 70-tymi i - jak mi się dziś zdecydowało - ostatnia płyta zespołu, która zostanie opisana na tym blogu (pod niniejszym wpisem będzie jeszcze krótki postskrypt o dalszych poczynaniach dyskograficznych). Kiedyś iść trzeba w tę najdalszą dal... Już w roku 1979 czasy dla ambitnej muzyki nie były sprzyjające, a miało być oczywiście jeszcze gorzej. Jeszcze w roku poprzednim Andrzej Zieliński zdążył przeprowadzić kolegów przez swoją kolejną wielką formę, Podróż magiczną (do przedstawienia baletowego), która nie ustępowała rozmachem swoim dwóm wielkim poprzednikom, choć brzmieniowo była od progresywnych ogrodów dość daleka. A teraz zaproponował pop rostu pop, z elementami art rocka. Mądry to pop i przebojowy, ale coś wyraźnie się skończyło. O na przykład, pierwsza z brzegu rzecz: w wersji podstawowej w ogóle nie uświadczysz tu Hammonda. Tak, jeśli uznamy, że Skaldowie to polscy Moody Blues, to to jest ich Octave, tylko że o wiele żywsze i nie takie smutne.

Dla niektórych - przede wszystkim, dla innych (w tym dla mnie) - na końcu stawki, Rezerwat miłości zawiera dwa kolejne wielkie szlagiery zespołu, które z powodzeniem wykonywał na koncertach (i to bardzo przekonująco) nawet i trzydzieści parę lat później. Mi osobiście już bardziej podoba się Wierniejsza od marzenia, ze zdziwieniem odkryłem dziś, że utwór ten śpiewał na płycie Andrzej Zieliński, bo na koncertach częściej słyszałem go w wykonaniu jego brata. Niegłupi to przebój z niegłupim tekstem, bardzo szanuję, mimo że taka "festiwalowa" estetyka (oj, te trąbki...) absolutnie nie jest moja. Z kolei jeszcze lżejsza piosenka Dopóki jesteś raczej mnie nudzi, choć nawet ona nie jest pozbawiona typowo Skaldowskich akcentów melodycznych i na pewno nie przynosi zespołowi wstydu, bo przecież to nie ich wina, że lata później Wojciech Gąssowski przejął śpiewane basowe bombombombom do swojego już bardzo upiornego przeboju o prywatkach. Z pewnością jednak to nie te dwa utwory stanowią dla mnie o wartości tej płyty.

Trzeci w kolejności najbardziej z niej rozpoznawalnych kawałków to Nie widzę ciebie w swych marzeniach z gościnnym udziałem wokalisty Stanisława Wenglorza, choć właściwie nie tak do końca gościnnym, bo przez parę miesięcy był właściwie stałym członkiem zespołu. Jak by nie było, utwór jest na wskroś Skaldowy w swoim rozbuchaniu i na szczęście znowu nieoczywistej formie, Owszem, żaden z braci Zielińskich nie mógłby zaśpiewać go aż tak ekspresyjnie (zwłaszcza w bardzo ryzykownych momentach falsetowych), ale rozbuchany śpiew Wenglorza równoważony jest w refrenie przez najpierw falsetową a potem niższą harmonię Andrzeja Zielińskiego (bardzo sprytnie wymyślone!), a między tymi linijkami Jan Budziaszek sadzi swoje już wręcz przysłowiowe triole (oczywiście kompozycja nie jest też pozbawiona soczyście zawieszonych kwart). Dodatkową atrakcją utworu jest tajemniczy, dynamiczny wstęp w zupełnie innym metrum a także ciekawie zaaranżowana partia orkiestrowa i nieoczywisty tekst Leszka Aleksandra Moczulskiego. To chyba ostatni w dyskografii Skaldów utwór o jednoznacznie rockowym charakterze.

Ponoć w epoce popularna była też piękna piosenka z folkowymi pobrzękami zatytułowana Pójdę do nieba, dla mnie o tyle ważna, że - pomijając dwie ciekawostki z innej bajki z lat 80-tych autorstwa Jacka Zielińskiego - była ona chronologicznie najnowszą propozycją w programie kluczowej dla mnie składanki pt. Ballady. To jeden z trzech utworów na Rezerwacie, który ozdabia 12-strunowa gitara akustyczna niejakiego Pawła Birulego i w tym gra ona chyba najpiękniej. Dzięki przepięknemu tekstowi Jastrzębca-Kozłowskiego przed naszymi oczami po raz kolejny pojawiają się góry, choć akurat melodyka tej pieśni nie wskazuje wyraźnie na Tatry. Nie szkodzi, to chyba najbardziej tradycyjny na płycie utwór pod względem brzmieniowym, zdominowany przez nadal atrakcyjne wielogłosy, do tego poprowadzone niejako dwuwarstwowo. Zawsze miałem wrażenie, że refreny śpiewa tu Konrad Ratyński, ale dziś muszę się z tego wrażenia wycofać, choć mam podejrzenie, że drugi przewrót refrenu śpiewają Andrzej z Konradem unisono (a kończy się to wszystko stylowymi trójgłosami). Na początku mojej przygody ze Skaldami miałem w posiadaniu jakąś kasetę greatest hits, na której - być może w wyniku błędu - umieszczono radiową wersję niniejszego utworu, nieco mniej bogatą brzmieniowo i z leciutko innym frazowaniem w zwrotkach, ale też bardzo niczego sobie. Na wydaniu Kameleona można ją oczywiście znaleźć w bonusach, dlatego teraz damy tu okładkę, w środku recenzji, tak jak kiedyś Monty Python dawał napisy końcowe nie tak gdzie trzeba.

O prosz:














Moim z kolei drugim (po Pójdę do nieba) ulubionym utworem w zestawie jest rozbuchana piosenka Jasny dzień przynosisz. Po raz kolejny jej głównym walorem są niesamowite partie wokalne, czy to w formie "call (Jacek) & response (Andrzej + Konrad)", czy to - w znowu wyśmienitej - trójgłosowej harmonii. Ale nie tylko na wielogłosach zawieszona jest ta przedziwna pieśń. Pomijając nawet typowy dla Andrzeja Zielińskiego konglomerat inspiracji, który niestety miał niedługo zniknąć ze Skaldowskiej stylistyki (tutaj słyszę motywy meksykańskie, bałkańskie i rosyjskie), utwór jest przedziwny pod względem rytmicznym. Po pierwsze Jan Budziaszek zaskakuje tutaj odważnymi akcentami "na i" wygrywanymi na hi-hacie w zwrotkach, które w refrenie zmieniają się w granie bardziej osadzone i "w uszach utajone", bo po prostu bębny bardzo wtapiają się w tło. Ale najlepsza jest zwariowana coda, w której zespół powtarza frazę jakbyś niczego nie miała na swoją obronę/tylko co głęboko w oczach utajone w coraz szybszym tempie i znowu z akcentami "na i", teraz mocno wybijanymi nie tylko na hi-hacie ale i na werblu. Tempo ostatniego z tych kółek jest naprawdę obłędne i zespołowi należą się tu wielkie brawa za tak fantastyczne ugranie (i uśpiewanie!) tego fragmentu. Jest jeden z najbardziej wyróżniających się momentów w c a ł e j historii fonograficznej zespołu Skaldowie i jedna z ich najbardziej energetycznych chwil, może nawet tylko dla niej jednej warto sięgnąć po ten album.

Na tej stosunkowo krótkiej płycie mamy jeszcze cztery mniej znane piosenki, z których dwie skomponował Andrzej Zieliński. Różnią się one od siebie jak dzień i noc. Numer tytułowy jest niecharakterystycznie zbolały i niepokojąco realistyczny. To bodaj jedyny w dorobku Skaldów utwór z tekstem Macieja Zembatego, ale wyraźnie mamy tu do czynienia z czymś więcej niż jakiś kolejny tekst do kolejnej piosenki. Tu nie ma mowy o żadnej stylizacji, żadnej wielkiej poezji, ani o kunsztownych żartach, tutaj jest jakby samo życie, w jednym z najsmutniejszych swoich oblicz, choć opisywane w tekście rozstanie odbywa się w sposób bardzo cywilizowany, tym smutniej się paradoksalnie robi... Bardzo mocna rzecz. Z kolei skoczna pioseneczka Z tobą wszystko jest możliwe to, jak rozumiem, pastisz Stevie'go Wondera, dla mnie rzecz pośledniej wartości, choć ratuje ją refren oparty na już typowo Skaldowej melodyce, z bardzo fajną partią syntezatora niezobowiązująco w tle. Utwór ten świetnie wywiązuje się ze swojego zadania poszerzenia gamy stylistycznej płyty Rezerwat miłości, ale obawiam się, że poza tym mało z niego pozostaje.

Z kolei dwa utwory skomponowane przez - jak by nie było - nadal beniaminków songwriterskich na łonie zespołu prezentują się całkiem zacnie, choć zdecydowanie daleko im do evergreenów. Jackowa Pora chleba i owoców urzeka stonowaną aurą i tradycyjnym brzmieniem (z instrumentów klawiszowych w akompaniamencie tylko zacne pianino elektryczne). Pod względem melodycznym jest to rzecz zaskakująco różna od piosenek pisanych przez brata Andrzeja, w zwrotce opartej na bujaniu bossa-novy jest coś z piosenki poetyckiej, a w refrenie już już wydawało mi się, że melodia poleci w stronę jednej z piosenek Czerwonych Gitar, ale w ostatniej chwili skręca ona gdzieś w jesienną mgłę. To dość ważna piosenka w tym miejscu dyskografii Skaldów, bo już w XXIw. ukaże się parę płyt Skaldów w dużej mierze (lub w całości) opartych na kompozycjach Jacka Zielińskiego i właśnie Pora chleba i owoców dobrze wyznacza kierunek jego autorskich pohukiwań. Melodia płynie tu niespiesznie, akordy zmieniają się dość subtelnie (choć też niebanalnie) i generalnie akompaniament stara się nie przeszkadzać popisom wokalnym, dla których robi się nagle dużo więcej miejsca niż w piosenkach Andrzeja, o wiele bardziej podporządkowanych harmonii. Na ich tle niniejszy utwór wypada jednak bardzo sympatycznie i ożywczo.

Rezerwat miłości zamyka dość energetyczna kompozycja Konrada Ratyńskiego pt. Gdyby nie śpiewał nikt. Jest ona zupełnie odmienna w swojej bluesowej aurze od kompozycji braci Zielińskich i przydałaby się jej bardziej surowa produkcja, ale i tak robi na mnie bardzo dobre wrażenie głównie dzięki fajnym harmonizacjom (i wokalnym, i gitarowym), które windują tę prostą, trochę big-beatową melodię na wyższy poziom rozmarzenia.

I to już byłoby wszystko, ale dzięki wydaniu Kameleon Records możemy sobie przedłużyć rozmarzenie o osiem dodatkowych utworów. W dwóch z nich ponownie zaśpiewał Stanisław Wenglorz, a trzy kolejne to ciekawe wersje radiowe piosenek omawianych wcześniej, ja jednak skupię się na dwóch innych piosenkach nagranych dla radia (jedna w roku 1975, druga w 1979), które brzmią o wiele bardziej rozłożyście i progresywnie niż cokolwiek w bazowej trackliście. Obie można też znaleźć na wspominanej wcześniej płycie Z biegiem lat.  Starsza z tych kompozycji, W oknach otwartych, to właściwie zapomniany Skaldowy klejnot, jak dla mnie absolutny klasyk, co z tego że na mniejszą skalę rozpoznawalności. Ta wieloczęściowa piosenka (bo mimo wszystko jest to bardziej piosenka, niż jakiś wielki utwór, co tylko dodaje jej czaru) zaczyna się bardzo podobnie do Łagodnego świata twoich oczu, tylko że zamiast partii fletu mamy w tym otwarciu (okna) mamy tu ładne wokalizy na trzy głosy. Wchodzi tęskna zwrotka, niby o tym samym co zwykle (słowa: Jastrzębiec-Kozłowski) ale znowu: wszystko to jest mniej upoetyzowane a wręcz do bólu "życiowe": chodzą plotki podobno na mieście/że o tobie nie mogłem zapomnieć...  I właśnie w tym miejscu następuje przełamanie z fortepianem elektrycznym, które z wejściem bębnów nabiera coraz większej dynamiki, a za chwilę zaskakuje jeszcze bardziej, bo powrót partii wokalnych jest wręcz nieco drapieżny, rozchodzą się one w ryzykowne, częściowo falsetowe wielogłosy, które jednak świetnie współgrają z nieco rozpaczliwym przesłaniem. I nagle na placu bitwy zostają tylko bębny i prawie niesłyszalnie pulsujący bas, na tle których Andrzej Zieliński wygrywa - na syntezatorze - przedziwne solo, trochę wirtuozerskie, trochę puszczające oczko, trochę sarkastyczne. Tak jak zwykle nie bardzo lubię te Andrzejowe Yamahy (Yamachy?), to tę (dlaczego tak krótką?!) solówkę cenię nad wyraz. Wkrótce do klawisza nerwowo dołączają skrzypce i potem jeszcze jeden synth i ten instrumentalny trójgłosik ostentacyjnie przerywa dobitne wejście bębnów (znowu a la King Crimson), które przerywa ten taniec i przypomina o tym, że przecież ona odeszła i że boli. Znowu toczy się zbolała zwrotka i znowu chodzą plotki... I znowu to samo przełamanie, już nie zaskakuje, ale jeszcze bardziej odziera umysł z mgły iluzji. wyraźnie trzeba ten stan ducha/serca jakoś zakończyć i rzeczywiście tak się staje, krótka nieoczekiwana mocna triolowa wstawka kończy te wszystkie płaczliwości i rozbija nieprawdziwe jesienne kolory w proch i pył.

Kolejny utwór w sekcji bonusowej, Ostry zakręt, został nagrany cztery lata później i oczywiście odbija się to na brzmieniu, które jest o tyle bardziej popowe, że nawet w rytmicznej podstawie brzęczy syntezator. Ale to nadal świetny utwór, bo tym razem napięcie budowane jest przez miarowo wzrastającą ekspresję wokalną - utwór zaczyna się od zgorzkniałych fraz śpiewanych solo przez Andrzeja Zielińskiego, do którego  w kolejnym kółku za chwilę dołącza w dole Jacek, a w jeszcze kolejnym Jacek przechodzi na harmonię w górze, a Konrad zdaje się dostawia swój głos w dole. W takim trójgłosowym "rozstawie osi" wkraczamy w dosadny refren, którego aury nie zdoła złagodzić klawiszowa poświata: ach tak wygląda świat? tak przyjaźń, a tak miłość?/ a całe życie dotąd, a całe życie dotąd - zdawało się, przyśniło! A może by tak przystawić te słowa do Krywania i innych tego typu form górotwórczych, może one też tylko zdawały się, przyśniły? I może też Sierżant Pepper, Syd Barrett, topograficzne oceany i Eldorado? Bo teraz, pod sam koniec lat 70-tych zdaje się jakby w modzie były tylko boleści rodem z  The Wall... I nikt nie gratuluje: "poznał pan wreszcie życie"... A lata 80-te, westchnął smutno, będą dla muzyki jeszcze gorsze niż czasy punka i disco.

Na szczęście płyta Rezerwat miłości rozstaje się z latami 70-tymi w sposób godny i mimo wszystko - przynajmniej w jakiejś mierze - na swoich zasadach. Otrzymaliśmy płytę spójną brzmieniowo i tekstowo (o tak, wyjątkowo mamy tu dobre teksty) i różnorodną pod względem stylistyki i inspiracji. To są nadal królewscy i zwycięscy Skaldowie i niech tak jeszcze na długo zostanie.

_______________________________________________

Po wydaniu niniejszego longplaya, w kolejnym roku przydarzyło się Skaldom nieszczęście w postaci "olimpijskiej" płyty Droga ludzi, której wartość w dużej mierze dyskredytują straszliwie złe teksty. Nie potrafiłbym o tej płycie pisać na sposób inny niż cyniczny, a tego chciałbym Państwu oszczędzić. Potem zespół się na parę lat rozsypał, a pod koniec lat 80-tych wrócił z płytą Nie domykajmy drzwi bez Andrzeja Zielińskiego w składzie, który jednak potem wracał (mniej lub bardziej dorywczo) na koncerty i kolejne wydawnictwa.

W 2008 roku ukazała się niezła składanka 2CD pt. Z biegiem lat wydana przez Polskie Radio. Zawiera ona utwory radiowe z lat 1972-1980, które nie miały swoich odpowiedników studyjnych. Niektóre z nich Kameleon dołączył do opisywanych tutaj płyt w wersjach bonusowych, inne można znaleźć na płytach Twą jasną widzę twarz i Nocni jeźdźcy. Wypełnia je bardziej popowe oblicze Skaldów, ale to nie znaczy, że nie da się tam znaleźć jeszcze paru perełek. Należy do nich m.in. właśnie bardzo wyrazista piosenka Nocni jeźdźcy. Zaskakująco dobrze udokumentowana jest też koncertowa działalność zespołu, z klasycznego okresu najlepiej brzmią chyba nagrania zarejestrowane oczywiście w Niemczech, choć parę niezłych rzeczy można znaleźć też na czteropłytowym boksie z cyklu Z archiwum Polskiego Radia.

czwartek, 20 listopada 2025

SKALDOWIE - German Radio Sessions

 Das ist die Romantik der Polen: von Kalisz bis Pcim und so fort


German Radio Sessions
SKALDOWIE                                                             
              
2017/2019

gatunek: baroque pop, art rock, folk-rock, pop

wersje moim zdaniem lepsze niż polskie oryginały: Nimm alles wieder, Du bist gekommen, Diese zwei Zeilen, Dad ist Dein Gesischt, Abends..., Nur Muzik, Ich weiss es jetzt oraz (największe zaskoczenie): Ballade (!)

najlepsze momenty (inne niż w wersjach polskich): końcówka Stille, wyciszenie Das is Dein Gesischt, przewrót refrenu Nimm alles wieder z wysoką harmonią śpiewaną przez Andrzeja Zielińskiego, przyspieszenie pod koniec Kennst du das nicht

vol. 1 (1970-1971)
Cisza krzyczy (Stille) * Zapomniany młyn (Die vergessene Muhle) * Na wszystkich dworcach świata (so viele Zuge kommen) * Od wschodu do zachodu słońca (Guten Tag, heller neuer Tag) * Czasem kochać chcesz (Kennst du das nicht) * Narodził się człowiek (Du bist gekommen) * Prawo Izaaka Newtona (Isaak Newton) *  Noc w Krakowie (Funkelnde Nacht) * Der Blick vom Turm *  Łagodne światło twoich oczu (Ein sanften Leuchten deiner Augen) * Zabierz sobie wszystko (nimm alles wieder) * Tylko muzyka (Nur Musik) * Zajęczym tropem (Wanderung) * Jaskółka (Diese zwei Zeilen) * Zaśnij, słoneczko (Wiegenlied)

* * * * 

vol. 2 (1973 - 1976)
Aż do gwiazd (Sterne werden Erden sein) * Księżyc we włosy (Mondschein im Haar) * Miłość przez wieki się nie zmienia (Was Liebe war...) * Na granicy dnia (Das ist Dein Gesischt) * Dziej się nam ballado (Ballade) *  Wieczór na dworcu Kansas City (Abends auf der Bahnhof von Kansas City) * Nie słuchał mnie nikt (Ich weiss es jetzt) * Szukam cię od rana (Ich such' mein Madchen) * Słowa do matki (Trag diesen Ring) *  Street 2000 (Strasse 2000) * Jak znikający punkt (Ein ferner Punkt) * W oknach otwartych (Am offeren Fenster) * Wszystko kwitnie wkoło (Fruhling) 

* * * * i 1/4


Poza opisywaną tu wcześniej "niemiecką" wersją Krywania oraz (też opisanym) wyborem progresywnych nagrań zarejestrowanych w Niemczech ale śpiewanych po polsku, Kameleon Records wydał jeszcze dwie kompilacje wyłącznie niemieckojęzycznych wersji różnych utworów z najlepszego moim zdaniem okresu działalności zespołu Skaldowie. I tu dziwna sprawa: dostałem je parę lat temu do recenzji, każdą wysłuchałem dwa czy trzy razy, napisałem, co miałem napisać i o nich zapomniałem. Bez większego entuzjazmu postanowiłem dołączyć je do niniejszego cyklu na fali późnego zachwycenia Skaldami i ku mojemu najwyższemu zdumieniu okazało się, że to nie są tylko dodatki do dyskografii na prawach marginalnej ciekawostki. Nie! One są naprawdę esencjonalne i co lepsza, druga z tych płyt wcale jak dla mnie  nie odstaje od pierwszej, wręcz przeciwnie, wbrew temu, co wydawca Paweł Nawara napisał we wkładce.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla płyty te są tylko dla zagorzałych fanów Skaldów i zapewne dla wielu z nich śpiewanie tych pięknych pieśni w języku niemieckim zakrawa na jakąś obrazę. Rozumiem takie obiekcje, sam je miałem. Jeśli jednak nie jest to przeszkoda nie do przeskoczenia, gorąco zachęcam do zapoznania się z tymi wydawnictwami. Były momenty (zwłaszcza na vol. 2), że byłem autentycznie wzruszony. Zresztą moje wewnętrzne statystyki mówią same za siebie: powyżej wypisałem aż osiem utworów, których niniejsze niemieckie wersje uważam za lepsze niż oryginalne, a być może powinienem do nich jeszcze dodać Strasse 2000 (tak, jest w tej wersji nawet ten niezwykle oryginalny opad wokalny!)

Jedna sprawa nie ulega wątpliwości: znakomita większość tych utworów po prostu o wiele lepiej b r z m i niż studyjne polskie oryginały. Dotyczy to wszystkich utworów na drugim dysku za wyjątkiem Okien otwartych (tak, używajmy już polskich tytułów),  Słów do matki  i Znikającego punktu, w których drażni mnie trochę realizacja głównych wokali (w trzecim z wymienionych chodzi mi tylko o zwrotki), wywalonych za bardzo do przodu w miksie i trochę dudniących. Ale nawet w tych trzech propozycjach mamy bardzo interesujące momenty inne od tych nam znanych, np. w Słowach za głównym wokalem świecą się jeszcze jakieś falsety (głównie słyszę tam Konrada), a z kolei w refrenach Punktu i tej środkowej części z echem na trąbkę w końcu wszystko mi się skleiło. A w przypadku niektórych utworów różnice w produkcji są wręcz kolosalne. Dotyczy to zwłaszcza dynamiki całości, ale też spójności akompaniamentu. Wschodnioniemieccy realizatorzy zrozumieli w lot, że Skaldom nie jest potrzebna jakaś nie-wiadomo-jaka selektywność (taka jak na Stworzeniu świata...), bo wtedy tracą polot i kopa. Jedyny całościowy zarzut, który mam do kwestii produkcyjnych, jest taki, że stricte rockowe fragmenty są tu wyraźnie ugładzone w kierunku popowym, stąd np. Dworce świata wypadają o wiele mniej wyraziście, rażą mnie też pogłosy na wokalach w Aż do gwiazd, no i wejście w refren Księżyca we włosy też nie jest aż tak porywające. Ale żadna z tych wersji nie jest dla mnie jakimś wielkim rozczarowaniem, a w drugą stronę różnice są o wiele większe. Jedynie w utworze W oknach otwartych razi mnie układ niemieckich słów, jest ich w porównaniu do wersji polskiej po prostu za dużo, tam gdzie mieliśmy pięknie zharmonizowane melizmaty, tutaj mamy osobne sylaby. W dodatku w części szybszej do głosów Skaldowych (trochę się zresztą rozmijających we frazowaniu) dołączają jeszcze głosy żeńskie i jak dla mnie zdecydowanie robi się z tego chaos... No, ale na pocieszenie mamy oczywiście kapitalną wersję polskojęzyczną, do znalezienia na składance pt. Z biegiem lat.

Tak jak pisałem wcześniej, niemieckie studia wyzwoliły w Skaldach o wiele większy luz i pewien rodzaj wesołości, wynikający zapewne z tego, że muzycy zdawali sobie sprawę z tego, że nagrywają przecież wersje alternatywne, czyli z zasady o mniejszym kalibrze. Czasami jednak brak spinki potrafi urodzić rzeczy niespodziewane. Szybsze tempa bardzo przydają się zwłaszcza utworom Zabierz sobie wszystko oraz Na granicy dnia, które na macierzystych płytach wydawały się średniakami, a tutaj każdy z nich kipi energią. W pierwszym z nich bardzo urzekł mnie ostatni refren, w którym Andrzej Zieliński sam śpiewa wyższą partię do tej pory zarezerwowaną dla Jacka. Andrzeja jest w tych nagraniach zdecydowanie więcej niż Jacka, chyba czuł się pewniej w języku niemieckim (zwłaszcza na vol. 1, na moje laickie (choć nadal lingwistyczne) ucho na vol. 2 ich śpiew wypada o wiele bardziej naturalnie). Ale fani wokalu Jacka Zielińskiego też mają się tu w czym zasłuchać - w ...granicy dnia wypada on wręcz fenomenalnie, a do tego niewymienione w opisie żeńskie chórki udatnie mu pomagają. Także Kansas City jest wykonane szybciej i bardziej porywająco (i jeszcze z podwójnym zakończeniem!), trochę w tej niemieckiej wersji przypomina klimatem piosenkę Szanujmy wspomnienia, brawo. Szybsze tempo nie służy tylko wspomnianym Dworcom, które zupełnie straciły tu swoją kolejową "mosiężność". Ale trójgłosy nadal brzmią tu stylowo... Z kolei Czasem kochać chcesz generalnie zagrane jest bardzo podobnie do wersji ze Wschodu do zachodu, ale może zaskoczyć kontrmelodią w postaci wokalizy Andrzeja Zielińskiego w zwrotkach oraz niesamowicie energetycznym zakończeniem (co za bas!).

Co tam jeszcze... Piosenka Od wschodu do zachodu słońca trochę się dłuży pod koniec, ale w nagrodę otrzymujemy nieoczekiwaną falsetową harmonię w końcowych refrenach (Konrad Ratyński to śpiewa?) Inne piosenki z tej płyty wypadają w wersjach niemieckich w miarę podobnie do polskich, tylko w Cisza krzyczy więcej zabawy w partiach instrumentalnych (nie ma tu też wokaliz a-a-a-a, które w wersji oryginalnej zakrywały partie trąbek w łączniku i to dobrze). Bardzo pociesznie wypada Zajęczym tropem, gdzie tłumacz tekstu nie zrezygnował z nazw polskich miejscowości. Zamiana gitary akustycznej na elektryka przenosi piosenkę stylistycznie z folku w stronę rocka, choć tamburyn tę zmianę tonuje. Niezbyt lubię oryginalne wersje pieśni Narodził się człowiek oraz Jaskółka, tutaj jednak obie bardzo mi się podobają, wokale się aż tak bardzo nie wysuwają na przód i oba utwory szczęśliwie tracą na patosie, a zyskują na barwach. Zwłaszcza dotyczy to Jaskółki, której wydłużone zakończenie nieoczekiwanie ozdabia dźwięk dzwonów. O, Zaśnij słoneczko też zaśpiewane jest dużo szybciej niż obie wersje polskie i tym razem burzy to intymny nastrój kołysanki, ale piosenka nadal jest tak ładna, że słucha się jej ze wzruszeniem, zwłaszcza, że tym razem Andrzej Zieliński nie ma problemu z najniższymi dźwiękami. A Szukam cię od rana wypada równie ujmująco jak na Wspomnieniach, tylko że brzmi bardziej naturalnie (partię syntezatora tu wykonuje chyba gitara przepuszczona przez efekt?), a na dodatek jest to pełna wersja z dwoma refrenami i dwoma zwrotkami, tak jak u nas w wersji radiowej. 

Jest na tych dwóch płytach parę ciekawostek: bardzo ładna wersja mniej znanej piosenki Noc w Krakowie, Tylko muzyka tym razem zaśpiewana przez Jacka i też jakoś pełniejsza pod względem dynamiki oraz zupełna niespodzianka, piosenka Der Blick vom Turm nie pochodząca w ogóle z repertuaru Skaldów. I jeszcze jedno, Miłość przez wieki się nie zmienia jest jedyną z 28 pozycji na obu płytach, której podkład wykorzystano też w wersji polskojęzycznej, tej która na Kameleonowym wydaniu albumu Stworzenia świata część druga została opisana jako (wersja alternatywna). Oczywiście wszystkie podtrzymuję wszystkie komplementy, którymi obsypałem ją w poprzednim wejściu.

Z tego rodzaju zbiorami wersji alternatywnych (żeby nie powiedzieć: "dziwacznych") jest pewnie tak jak z różnymi niekanonicznymi koncertówkami - te utwory, które uwielbiamy w wersjach studyjnych zwykle trudno przebić (zgodnie z "prawem pierwszego przesłuchania/upodobania") a łatwiej przekonać się do innych wersji piosenek mniej dla nas ważnych. Ale jeśli chodzi o wg. mnie najlepsze dwa opracowania na tych dwóch płytkach z Niemieckimi sesjami radiowymi, to pochodzą one z dwóch porządków. Otóż za podniosłą pieśnią Nie słuchał mnie nikt (też poznałem ją na składance Z Biegiem lat) zbytnio nie przepadam, trochę przeszkadza mi czasem obecny w repertuarze Skaldów trudny do zniesienia patos. Natomiast w wersji niniejszej utwór ma zupełnie inny nastrój. Główny wokalista, Jacek, śpiewa wprawdzie nadal podniośle, ale tonuje go nieobecny w wersji polskiej Hammond ale i - przede wszystkim - rozłożyste, Beatlesowskie harmonie wokalne w tle, jakież to sycące, świetne! Mimo tych obfitości w podkładzie, aranżacja nie jest pozbawiona światła i utwór nie upada pod swoim własnym ciężarem. Jeszcze większym przebojem stała się jednak dla mnie niemieckojęzyczna wersja piosenki Dziej się nam ballado, co jest osiągnięciem o tyle znaczącym, że przecież w wersji radiowej utwór ten już od dawna zdecydowanie należał do moich ulubionych. Tu jednak dorzeczna realizacja wyniosła go jeszcze wyżej.  To już nie jest tajemnicza ballada z odcieniem "gotyckim", tylko raczej pełnoprawna pieśń art-rockowa, której ton nadaje już nie fortepian, ale Hammond, który z zwrotkach grany jest barwą klasyczną, a w refrenach (bracia Zielińscy wykonują je zgodnie unisono jak za najlepszych czasów) rozlewa się efektem Leslie. Podnosząca na duchu koda także nie rozczarowuje, a już trzypiętrowe Ballaa... (Andrzej) - Ballaa... (Jacek) - Ballaaade! (Konrad) wzrusza mnie do szpiku starokawalerskich kości.

Nie lekceważmy tych płyt!

Jak zawsze na koniec stosowne linki:

vol. 1














vol.2