Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A1 The Moody Blues. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A1 The Moody Blues. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 września 2018

JOHN LODGE - 10,000 Light Years Ago


but I love you… more and more…

10,000 Light Years Ago
JOHN LODGE
2015

gatunek: pop-rock, rock
najlepszy numer: 10,000 Light Years Ago
best moment: niektóre wokale w drugiej części Lose Your Love

In My Mind * Those Days In Birmingham * Simply Magic * Get Me Out of Here * Love Passed Me By * (You Drive Me) Crazy * Lose Your Love * 10,000 Light Years Ago

*** i 1/4

Trudno nie porównywać drugiej solowej płyty Johna Lodge’a z wydaną dwa lata wcześniej płytą Spirits of the Western Sky Justina Haywarda. Już może nie wnikajmy w to dlaczego mamy dwie płyty solowe Dżejsów zamiast jednego nowego albumu Moody Blues, ale takie zespolenie materiałów na pewno przysłużyłoby się albumowi basisty (Justin, wiadomo, sam jakoś dostoi).  Bo choć od wydania Natural Avenue minęło uwaga 38 lat, to jedna rzecz się nie zmieniła – John Lodge nie potrafi sobą zapełnić całego albumu.

Wracając do porównań – John także nagrał płytę wymagającą wielu poświęceń tzn. kilkunastokrotnych przesłuchań, żeby coś z niej zostało na dłużej. I podobnie jak Justin, Lodge także okazał się bardzo dyskretny w odcinaniu kuponów od dorobku macierzystej formacji, poszło mu to jednak, to odcinanie, o wiele gorzej niż koledze – zdecydowanie mógł sobie darować recytowaną introdukcję w numerze tytułowym, z kolei udział na płycie Raya Thomasa i Mike’a Pindera jest iście tytularny – niestety – żaden (tzn. ani flet, ani melotron) nie brzmi tak jak pamiętamy ze złotego okresu, tyle o nich.

John Lodge jest człowiekiem na tyle majętnym, że mógł sobie wydać płytę absolutnie jakąkolwiek. I tutaj chwali mu się, że poważył się na rzecz w sumie bardziej ambitną niż można było się o nim spodziewać. Dzięki wszędobylskim partiom gitary Chrisa Speddinga całość brzmi bardziej jak późny Pink Floyd niż późne Moody Blues… Państwu ocenić czy to dobrze, inna sprawa, że ta gitara na dłuższą metę bardziej mnie męczy niż uwzniośla. Jest chyba po prostu źle wyprodukowana. (Tutaj chciałem się zastrzec, że kto to ja i się na pewno nie znam i przepraszam, ale w sukurs przyszedł mi sam John – wersje koncertowe kluczowych kawałków z tej płyty, które pojawiły się na albumie Live From Birmingham z roku 2017, brzmią o wiele bardziej klarownie. Może dlatego, że gitarzysta inny?). Jeszcze gorzej brzmią bębny (Anglicy użyliby tutaj słowa: „robotic”) i piszę to z wielkim bólem, bo Gordy to naprawdę przemiły gostek… Niestety miał rację Graeme Edge gdy przechwalał się w wywiadzie, że „ma lepszy feeling niż Gordy”, ta płyta potwierdza to niezbicie w ogóle, w szczególe zaś bębny na moje ucho rujnują skądinąd pocieszną śpiewankę w stylu piosenki Szanujmy wspomnienia Skaldów. No właśnie, Jan Budziaszek zagrałby utwór Love Passed Me By zupełnie inaczej! Ale może się nie znam.

Trochę szkoda tej płyty, bo chaotyczna realizacja – przynajmniej w niektórych momentach – odwraca uwagę od głównego atutu: głosu Lodge’a. To jest zresztą niepojęte jak ten wokalista pięknie się zestarzał. Na płycie Strange Times brzmiał wprawdzie cieplej, czasu nie da się oszukać, ale zostało mu całkiem sporo skali i udało mu się tu powywijać całkiem fajne rzeczy. Lepsze niż te drżące partie z początku lat 70-tych!

No, ale teraz najważniejsze – nigd by nigdy nie zwracał uwagi na produkcję i bębny, gdyby same piosenki były powiedzmy wyśmienite. Nie są. Najlepsze – czyli dwie ostatnie – są momentami bardzo dobre i świetnie sprawdziłyby się w roli przedzielaczy piosenek Justina na płycie Moody Blues. (Czy jestem okrutny? Nie, uwielbiam ten zespół.) Reszta – poza wspomnianą Szanuj… to znaczy Love Passed Me By – w niczym nie przeszkadza, ale też nie zostawia większego śladu na duszy. Czasem przykuje uwagę jakimś rozwiązaniem harmonicznym, częściej jakimś zaśpiewem… 

Nie ma się zresztą czemu dziwić – Lodge od jakiegoś czasu jest bardziej dostarczycielem rozrywki niż pożywki, który w najlepszym razie traktuje songwriting jako poligon dźwiękowy – dzisiaj spróbujemy tak, a jutro tak… (To zresztą tłumaczy niepojętą tajemnicę wyjścia spod tego samego pióra numerów One More Time to Live i Rock’n’Roll Over You) I teksty na tej płycie tylko to potwierdzają: rozpinają się od chłamowatych (znowu Love Passed Me By - kto jeszcze dzisiaj rymuje „chance” i „romance”?), poprzez niegroźnie wspominkowe, po całkiem poruszające. Do tych ostatnich na pewno należy Lose Your Love – piosenka bardzo przypominająca Lennonowe Nobody Loves You When You’re Down and Out (nie szkodzi, to przejmujący wzorzec) - w której nasz bohater prezentuje cały wachlarz swoich umiejętności wokalnych (próbuje nawet strzelać… jak dawniej, falsetem) i choć nie zawsze przekonuje, jest w tym jego śpiewaniu coś co w końcu, po poprzednich 6 nieważnych utworach, uzasadnia nagranie tej płyty.

Jeszcze lepsza jest wieńcząca album piosenka tytułowa. Nietrafione mówione intro jest na szczęście krótkie, a potem Lodge jak za najlepszych lat snuje niespieszną, wielowątkową, „kosmogologiczną” opowieść. Po raz pierwszy w życiu ucieka się do użycia jakiegoś efektu na wokalu i w niczym to nie przeszkadza. A co do refrenu, który chyba jest tym co najbardziej pozostaje w pamięci po tej płycie, to zastanawiałem się długo komu go zajumał, no i okazało się, że.. samemu sobie, hehehe. Toż to istne Say You Love Me Part Two! Tylko że potraktowane z nieco innego kąta hm kamery melodycznej. Dobry, bardzo dobry numer. Miło do niego wracać.

Prawdziwy paradoks kosmologiczny związany z tym albumem jest taki, że choć niniejsza płyta jest zdecydowanie lepsza od Natural Avenue, to pośród tak wielu piosenek, których jeszcze nie było w roku 1977, teraz trudniej wybronić sens jej istnienia. Ale powagą urzędu recenzenckiego zatwierdzam ją i proszę o wysłuchanie choćby tych dwóch ostatnich piosenek.

poniedziałek, 17 września 2018

JUSTIN HAYWARD - Spirits of the Western Sky


Let me be on a mission to your heart
On a journey to your soul

Spirits of the Western Sky
JUSTIN HAYWARD
2013

gatunek: pop-rock, rock, country i jakaś kurwa techniawka
najlepszy numer: Lazy Afternoon, The Eastern Sun
best moment: wiolonczele w On the Road to Love


In Your Blue Eyes * One Day, Some Day * The Western Sky * The Eastern Sun * On the Road to Love * Lazy Afternoon * In the Beginning * It’s Cold Outside of Your Heart * What You Resist Persists * Broken Dream * Captivated By You * One Day, Someday (alternative, extended version) * Rising * Out There Somewhere * Out There Somewhere (Raul Rincon Remix)

**** i 1/4

Pierwsze odsłuchanie „nowej płyty Justina” nie było doświadczeniem łatwym. W momencie wydania albumu zbliżał się do 70-tki i – co tu się oszukiwać – nie pozostało to bez wpływu na muzykę, a może tylko na jej osnowę, która odpowiedzialna jest za uwiedzenie słuchacza. Oczywiście głos się Haywardowi wyraźnie obniżył i oziębił, ale też w samych piosenkach nie ma już tej urzekającej a u r y (obecnej jeszcze w niektórych momentach poprzedniej solowej płyty sprzed 17 lat [cooo?]), która natychmiast przenosiła fana Moody Blues bezpośrednio do TEGO CZEGOŚ z klasycznego okresu działalności, a pośrednio do Królestwa Niebieskiego. Tym razem nic z tego. Mimo że aranżacje wcale nie są ubogie, a melodie wcale nie są kanciate, na tej płycie nie ma natychmiastowych wzruszeń i uniesień. Trzeba się w nią wgryźć, a mało kto ma dzisiaj na to czas.

Ja Justinowi zawdzięczam tak dużo, że z chęcią dałem mu drugą szansę. I trzecią, i czwartą... Niepostrzeżenie, za którymś razem, z dwóch początkowych gwiazdek płyta wyrosła mi na jego najlepsze osiągnięcie solowe. Czy może: wyrosłaBY. No właśnie… Album został zbudowany w dość dziwny sposób. Pierwsza połowa to dojrzały pop-rock wyrastający ze stylistycznego matecznika wokalisty, choć jako się rzekło rozebrany z pewnych zwycięskich niegdyś składników. Potem płyta przechodzi w mimo wszystko niespodziewany zakątek korzennego country (te trzy piosenki zostały nagrane w Nashville), po czym na chwilę wraca do tego od czego się zaczynała, by skończyć się na dwóch obrzydliwych, „nowoczesnych” przeróbkach piosenki I Know You’re Out There Somewhere. Miejmy już to z głowy i spuśćmy zasłonę miłosierdzia na ten bezduszny syw, który radykalnie obniża ocenę całości i zostawia po sobie dość trudno wywietrzalny smród. 

Szybko uwińmy się też z tym country. Dwie z trzech utrzymanych w tej stylistyce piosenek to (znowu) przeróbki wcześniejszych dokonań. O It’s Cold Outside of Your Heart Hayward mówił na koncertach promujących niniejszy album, że „została nagrana przez nie ten zespół co trzeba”. Ja mimo wszystko wolę wersję z The Present. Cieszy odarcie utworu z plastiku, ale chyba aranżacja na skrzypki i żeński chórek odarła też tę piosenkę z jakiejś tajemnicy. Z Broken Dream mam podobny problem, choć ta przeróbka w moim przekonaniu udała się nieco lepiej, została mniej spłaszczona, a Justinowi udało się zatrzymać dużo z tego żaru w głosie, który stawiał fanów do pionu w wersji z View From the Hill. Aż trudno mi uwierzyć w to co piszę, ale jakoś brakuje mi tamtego „śródziemnego” syntezatora, a może tylko krajobrazów, które ów odkluczał… Za to premierowy What You Resist Persists jest naprawdę miłym zaskoczeniem. Bardziej energetyczny niż cokolwiek innego na tej płycie, zaraża radością i ujmuje moodybluesowymi odniesieniami (our guitars evergreen, forever blue) upchniętymi w ten zupełnie niemoodybluesowy podkład instrumentalny. Super numer!

Mimo wszystko największą zaletę albumu stanowi jego pierwsza, najbardziej tradycyjna część. I tutaj bezsprzecznie (czyli obiektywnie? hehe) zalety późnego wieku i najnowszych technik produkcyjnych z nawiązką wynagradzają ubytki w skali głosu wokalisty i oniryczności aranżacji. Justin Hayward uchylił bowiem w pełni przekonujący brzmieniowo sposób (mimo obecności syntezatorów) drzwi do chyba swojego serca. Dopiero w tym miejscu jego kariery mogę się zgodzić z tym co mówił Ian Anderson – że kiedy myśli o Moody Blues, to nasuwa mu się słowo „classy”. Bo to jest po prostu piękna, osobista muzyka, która niczego nie udaje i – co wcześniej nie miało miejsca w tych mellotronowych prześcieradłach – niczego nie próbuje narzucić. Kochany człowiek, jakby nie było u schyłku kariery, d z i e l i się tutaj swoimi (a jakże!) nadziejami i przeświadczeniem, że miłość musi w końcu zwyciężyć. 

Te pierwsze siedem utworów zostało bardzo dobrze ułożone, można dać się im swobodnie ponieść i ukoić. Nie odkrywają oczywiście żadnych nowych muzycznych krain, choć dyskretne wiolonczele w bardzo jak na późnego Justina rockowym On the Road to Road przypominają o roku 1968, kiedy Moody Blues byli mimo wszystko jakimiś tam pionierami rocka progresywnego. Z kolei The Eastern Sun, rozświetlone śmiechami dzieciaków w tle, to jakby powrót do bogatych faktur z płyty To Our Children’s Children’s Children, ale powrót nienachalny, jak wędrowca do krainy młodości. Trudno pozostać obojętnym przy falsetowym interludium, ten najsłodszy na świecie głos wspina się na te wysokości z najwyższy trudem… ale dosięga ich! A „pachnący” tekst tego utworu jest – obok You Can Never Go Home – chyba najpiękniejszym jaki Justin popełnił w życiu. A ja, nieco przekornie wybieram na ulubiony utwór najbardziej landrynkowy Lazy Afternoon – chyba tutaj Justin po prostu śpiewa z największą pasją i na tle TAMTEGO fuzza z płyty Blue Jays daje największy dostęp do swoich tajemnic… Szybko zresztą wkracza na scenę kolejny świetny numer In the Beginning, oparty na mocno postawionych gitarach akustycznych, z niesamowitą częścią środkową i prawie TAMTYMI harmoniami. Ale to naprawdę nie przeszkadza, że to już nie to. W tym tkwi największa siła tego albumu – on pokazuje prawdę o artyście, a wszelkie środki stylistyczne zostały tak dobrane, żeby tej prawdy było jak najwięcej.

Tutaj może powinienem zakończyć, ale muszę słówko o tekstach… Jestem nimi w jednakowym stopniu porażony jak i przerażony. Właśnie… -żony… Ten człowiek, od 1970 roku pozostający w podobno szczęśliwym małżeństwie, najwyraźniej ciągle nie poradził sobie z jakąś poprzednią historią (czego dowodem jest cały szereg starszych utworów z kulminacją w postaci… kto zgadnie? I Know You’re Out There Somewhere, który Justin nadal uważa za swoją ulubioną piosenkę własną). A może tylko (uff!) kiedyś złamane serce ciągle odwdzięcza się świeżą inspiracj? Bo te siedem głównych utworów (a po prawdzie ten nowy country’owy także) to niespotykanej urody (ale też pogody ducha) rozważania na temat miłości odrzuconej… Może nie ma co zresztą wchodzić w wątki biograficzne – to są na pewno DOBRE piosenki, w pełnym tego słowa znaczeniu. I cieszę się, że mój ulubiony muzyk jeszcze raz opowiedział się po stronie niezbyt rockowych cnót kardynalnych. 

Po prostu classy

(Jeśli utniemy końcówkę)

 

sobota, 8 października 2011

The MOODY BLUES - December

yes, I believe in a better world
and like the rest of us I pray…


The Moody Blues
DECEMBER
2002
genre: pop
best song: Don’t Need a Reindeer
best moment: może middle-eight w The Spirit of Christmas, może refren Yes I Believe

Don’t Need a Reindeer * December Snow * In the Quiet of Christmas Morning * On This Christmas Day * Happy X-Mas (War Is Over) * A Winter’s Tale * The Spirit of Christmas * Yes I Believe * When a Child Is Born * White Christmas * In the Bleak Midwinter

 *** i 1/4


Hej, hej, na pierwszy rzut ucha… myślałem, że ta płyta nadaje się tylko do kosza. Już sam pomysł nagrania płyty świątecznej wydawał się degradować zespół do rangi podstarzałych grubasów próbujących okazyjnie wypłynąć na sezonowej łódeczce. Zestaw utworów powodował kolejne skurcze. Już w próbie skowerowania Lennona było coś niestosownego (i to na niekorzyść Moody Blues, nie Johna), ale o niee… White Christmas???

Nie, nie będzie euforycznego: „myliłem się…” Jak można było przewidzieć, płyta nadaje się do słuchania raczej tylko w zimie (choć na szczęście tytuł December ma swoją wagę – nie wszystko skupia się na samych Świętach), najbardziej znane utwory – choć obu wykonań słucha się nadspodziewanie przyjemnie (Happy X-Mas o wiele lepsze) – nie wydają się zbytnio potrzebne, a całość nie ma już nic wspólnego z jakkolwiek pojętym rockiem i toczy się bardzo bardzo leniwie.

Gdy jednak zgodzimy się na rzucone nam ograniczenia i zdarzy się akurat, że December trafi w odpowiedni nastrój, album może odsłonić nadspodziewane pokłady wydawało się dawno zamkniętych wzruszeń. Co najważniejsze, w odróżnieniu od swoich koncertów w których udają młodzieniaszków i trzaskają z (udawaną?) werwą stare hity w niezbyt zmiennym układzie, tutaj po raz kolejny muzyka dorosła do ich wieku. Podobnie jak na Strange Times. Lodge wszedł zresztą jeszcze głębiej w swoją niby mistycznie-balladową stylistykę, a Hayward podążył za nim, czyli w sumie wrócił tam gdzie przyszedł (refren Yes I Believe łudząco przypomina zwrotkę It’s Not Too Late). I tutaj wychodzi idiotyzm nagrania tych całych świątecznych standardów – w autorskich nagraniach i jednemu i drugiemu udało się bowiem nasycić narzucony kontekst swoją osobistą nutą. Teksty na tej płycie bywają przejmujące, tak jak bywały przejmujące na przełomie lat 60-tych i 70-tych, kiedy w swoją muzykę wkładali całych swoich siebie.

Dobrze, że zatoczyli takie koło. Przy wszystkich, oczywistych, słabościach tego albumu, warto wsłuchać się w to co mają – miejscami – do powiedzenia Hayward i Lodge, którzy niepostrzeżenie stanęli po drugiej stronie swojej własnej piosenki: old man passing by, tell me what you say/ though your voice be faint, I am listening.

I am listening.

The MOODY BLUES - Strange Times

so take a walk in the sunshine
send a message on your online

The Moody Blues
STRANGE TIMES
1999
genre: pop-rock, pop
best song: The Swallow
best moment: część śpiewana i coda Nothing Changes

English Sunset * Haunted * Sooner Or Later (Walkin’ On Air) * Wherever You Are* Foolish Love * Love Don’t Come Easy * All That Is Real Is You * Strange Times * Words You Say * My Little Lovely * Forever Now * The One * The Swallow * Nothing Changes

* * * i ¾


Po raz pierwszy od płyty Seventh Sojourn (!) wydaje się, że zespół Moody Blues przestał oglądać się za niemiłosiernie panującymi na rynku trendami i zaproponował muzykę stosowną do własnej legendy, wieku i stażu. Pomijając zasłonę dymną w postaci utworu English Sunset (spuśćmy zasłonę może milczenia na ten techno-beat oraz gupkowate na-na-na nanananana na drugim planie) otrzymaliśmy w końcu co najmniej przyzwoity, żeby nawet nie powiedzieć – oł noł, oł wierutnie noł! – dojrzały album oparty o stylowy, wcale nie przestarzały sound. Co najdziwniejsze, po raz pierwszy w karierze zespołu we wkładce znajdziemy notkę: „produced by The Moody Blues”. A może właśnie to nie jest dziwne, tylko smutne, że dopiero teraz.

Większość recenzentów chwali zwłaszcza Lodge’a, który zdaje się tutaj re-definiować swój styl i wyrastać na czołowego balladzistę The Moody Blues. Ja akurat nie jestem pewien – trzy utwory, bardzo zresztą do siebie podobne: Forever Now, Wherever You Are oraz Love Don’t Come Easy, rzeczywiście snują się dość przyjemnie nad ziemią mimo sporego obarczenia orkiestrą (i z klawisza i żywą). Czegoś mi jednak w nich brakuje i nie jestem pewien czy chodzi tylko o harmonie wokalne. Najlepsza z nich jest chyba ta ostatnia. Lodge podpisał jeszcze jeden utwór na wyłączność i ten wydaje mi się najbardziej bez zarzutu. Nazywa się Words You Say i nieco przypomina najbardziej rozbuchane utwory z Blue Jays, takie jak Nights Winters Years, tylko że tutaj na szczęście emocje do końca trzymane są w ryzach. Na znajdziemy też kilka utworów podpisanych jako „Hayward/Lodge”. Historia nauczyła nas, że nad takim podpisem mogą kryć się rzeczy ocierające się zarówno o geniusz (Meet Me Halfway) jak i o ściek (Gemini Dream). Mimo że do tej pory częściej otwierała się ta druga czeluść, uspokajam że tym razem szala przechyla się raczej ku niebu: i Sooner Or Later, i The One urzekają pop-rockowym optymizmem (już chciałem napisać „energią”, ale…) i w obu dużo jest – jakie szczęście! Zespołowego śpiewania (tak tak, słychać też Thomasa!), ale to numer tytułowy zdołał jakoś wymknąć się oczekiwaniom i szablonom. Poprzez mglistość tekstu (jest nawet średnio udane nawiązanie do Ery wodnika) i dość złożoną kompozycję utwór może przypominać dawne klasyczne produkcje, ale jest coś zaskakującego: wprawdzie słychać, że głos Haywarda traci na mocy, to jednak w niepojęty sposób poszerzyła mu się skala. Takich górek w jego wykonaniu łatwo się na innych płytach nie znajdzie.

Autorskie propozycje Haywarda, mimo drastycznej wręcz różnorodności stylistycznej (od wspomnianego beatu w English Sunset do czegoś w rodzaju „chamber popu” w The Swallow) dość wiernie przywołują klasycznego ducha zespołu The Moody Blues. Z ich ostateczną jakością bywa różnie – czasem szwankuje aranżacja (oprócz Sunseta nie przekonuje także o wiele przesłodzone Haunted), czasem nieświeżo wypada melodia (All That Is Real Is You wzruszyła mnie tylko przy pierwszych paru przesłuchaniach, szybko się nudzi ten nasz trzyakordowy koleżka). Obydwa komponenty dają w pełni radę jedynie w diametralnie różnych brzmieniowo ale podobnie nostalgicznych w duchu Foolish Love i The Swallow, ale pamiętajmy że ostatnio było tak dobrze właściwie w 1978 (a kto wie czy nie wcześniej) bo potem już zawsze psioczyłem na te cholerne synthy i zaręczam, ba, zanożam, że nie ja jeden.

Ale to jeszcze nie wszystko. Po jednym utworze przygotowali też oryginalni Moodies! Niestety My Little Lovely okazała się być ostatnim wkładem Raya w repertuar The Moody Blues. Dość błaha śpiewanka, ledwo się broni bogatą aranżacją i jeśli nie rozczarowuje, to na pewno pozostawia niedosyt. Inaczej edżowe Nothing Changes. Może nie do końca wszyscy ucieszyli się, że znowu dostajemy deklamację w starym stylu, i to naprawdę w „starym stylu”, bo Edge (od zawsze nie tak natchniony na tym polu jak Pinder) tym razem brzmi po prostu jak brat św. Mikołaja (już wtedy zaczynał też tak wyglądać). Nie wszyscy ucieszyli się też z tego CO on tam dobrodusznie recytuje – może nawet ważne rzeczy, ale ubrane w tak nieszczęśliwą poetykę częstochowskich rymów zupełnie nieprzystających do wagi omawianych wydarzeń, że trzeba się zmuszać żeby płyty nie wyłączyć. Ale warto przetrwać, bo po niezbyt potrzebnym solo na gitarze akustycznej i nieco bardziej dorzecznym na elektryku dostajemy nieoczekiwany prezent: zaśpiewany w nieco chwiejącym się na nogach trójgłosie klasyczny „szekspirowski” kuplet, tej samej wagi jak ten wieńczący płytę Abbey Road. Nothing changes and nothing stays the same/and life is still a simple game – muszę przyznać, że niewiele jest w CAŁEJ dyskografii Moody Blues aż tak wzruszających momentów. I jeszcze zapadająca się w ciszę klawiszowo-orkiestrowa coda...

Warto było czekać na takie zakończenie.

czwartek, 29 września 2011

JUSTIN HAYWARD - The View From the Hill

everywhere I go I feel the love
hold it in your heart, don’t let it be destroyed

Justin Hayward
THE VIEW FROM THE HILL
1996
genre: pop-rock, pop
best song: The Way of the World
best moment: middle-eight w It’s Not Too Late

I Heard It * Broken Dream * The Promised Land * It’s Not Too Late * Something to Believe In * The Way of the World * Sometimes Less Is More * Troubadour * Shame * Billy * Children of Paradise

* * * i ¾

Ooo, tutaj mamy w końcu wyraźny odwrót w głąb. Breakout inside… Nie wszystko jeszcze udało się do końca wyplenić z faktury, ale od biedy można uznać, że takie a nie inne aranżacje są wynikiem świadomej decyzji, a nie po prostu nadążania za zwichrowanym duchem czasu. Kluczowy w tym kontekście jest utwór Broken Dream, w którym przez swój emocjonalny śpiew Justin wyraźnie podkreśla rangę piosenki w osobistym rankingu (dotyczy to w większym lub mniejszym stopniu wszystkich numerów na płycie). Z jednej strony bardzo przeszkadza mi tandetny podkład, z drugiej (kulminacja następuje przy plażowym do bólu pasażu klawiszowym) wygląda to na starannie wypracowany Italian sound. Byłem w tym kraju tylko raz, ale ta płyta (recorded zresztą at Multinetti Studios Recco Italy)  bez większego wysiłku, wręcz na żądanie, przywołuje obrazy upalnych wieczorów nad tym czy innym morzem. I za to, chyba, brawa.

Na płycie znajdziemy wiele odniesień do klasycznego brzmienia macierzystego zespołu. Najbliższy jest utwór It’s Not Too Late, w całości przekonujący (mnie) ale w prawdziwe osłupienie wprawiający (mnie) w części środkowej w której brzmienie instrumentu klawiszowego bez kozery stylizowane jest na mellotron zarówno w rejestrze klasycznie orkiestrowym, jak i fletowym. Jeszcze większe wrażenie wywiera (na mnie) krótki synth bend, czyli klawiszowe glissando z G do A w refrenie The Way of the World – cały utwór to dobry, melodyjny pop-rock, w którym nareszcie słowa „rock” nie trzeba brać w cudzysłów, hihi… Z kolei Children of Paradise to pierwszy od Who Are You Now (Blue Jays, 1975)  utwór podpisany przez Justina, który jest w warstwie rytmicznej oparty wyłącznie na gitarze akustycznej (oraz wiolonczeli), bez żadnej perkusji, czy to z ręki czy z kompa. Prawdziwa ulga dla fanów, choć sama kompozycja może się niektórym wydać zbyt przesłodzona. No i jeszcze są w odwodzie baaardzo przyjemny country-rock Troubadour oraz pod wszelkimi względami utwory środka, bardzo zresztą udane: Shame oraz I Heard It. Wszystkie łączy dawno nie słyszane zaangażowanie Justina w śpiew.

Wśród pozostałych czterech utworów znajdziemy jeszcze dwie kompozycje Justina (w tym jedną łączoną): balladę gitarowo-orkiestrową Sometimes Less Is More oraz bliski stylistyce najwcześniejszych płyt solowych (czytaj dużo babeczek w chórkach) Billy. Oba wyróżniają się tekstami. Pierwszy w absolutnie (jak na muzykę pop) genialny sposób kwestionuje całą pop-rockową filozofię miłości opartą w całości na wstrząsach uczucia, które przychodzi i odchodzi kiedy chce. Pomijam zatem nie do końca oryginalną melodię i zaskakująco płaską realizację, bo całym w repertuarze okołomoodybluesowym znajdziemy może dwa trzy lepsze teksty. Z kolei Billy jest zaskakująco ponurą medytacją nad samobójcą. Być może za piosenką stoi jakaś prawdziwa historia, więc może nie będę się jej zbytnio czepiał, ale do moich ulubionych na płycie nie należy.
Justin był tak zachwycony współpracą ze swoimi kolegami (jak to wynika z dedykacji we wkładce), ze nawet pozwolił na włączenie do repertuaru dwóch piosenek tandemu gitarzysta i producent/klawiszowiec. Niestety należą one do najsłabszych na płycie, mimo że Justin wyśpiewuje również i je z podziwu godnym zaangażowaniem. Nic wielce szkaradnego, takie niby-amerykańskie granie bez ciekawie zarysowanych melodii, w każdym razie do piosenek autorskich się, jak dla mnie, nie umywają.

Bardzo dobre podsumowanie kariery solowej Justina Haywarda (o dwóch płytach tu nie pisałem, bo są jak na razie nie do zdobycia, trzeba było urodzić się wcześniej [i w innym kraju]…) Mamy tu przegląd prawie wszystkich stylistyk w których się poruszał, ale rozłożenie akcentów wydaje się tutaj najlepsze, a i same piosenki – mimo że może brakuje im ciut błysku – są w pytę fajoskie.

środa, 28 września 2011

The MOODY BLUES - A Night at Red Rocks

…are you ready for some rock’n’roll?

The Moody Blues
A NIGHT AT RED ROCKS
1992
genre: symphonic rock, art rock, lush pop, pop-rock
best song: Bless the Wings
best moment: zakończenie Question

Overture * Late Lament * Tuesday Afternoon * For My Lady * Bless the Wings * Emily’s Song * New Horizons * Lean On Me * Voices In the Sky * Lovely to See You * Gemini Dream * I Know You’re Out There Somewhere * The Voice * Say It With Love * The Story In Your Eyes * Your Wildest Dreams * Isn’t Life Strange * The Other Side of Life * I’m Just a Singer in a Rock and Roll Band * Nights In White Satin * Legend of a Mind * Question * Ride My See-Saw

* * *

Ta płyta ma o wiele większe znaczenie dla historii zespołu niż dla powiedzmy biegu muzyki pop. Dzięki temu jednemu, dość mimo wszystko niesłychanemu wydarzeniu jakim był koncert zespołu z Colorado Symphony Orchestra (o wiele bardziej uzasadniony niż dajmy na to koncert Scorpions z orkiestrą, przecież to mimo wszystko Moody Blues byli na polu mieszania „oleju i wody” niekwestionowanymi pionierami), zespół przekonał się, że jest głównie kochany za swój klasyczny dorobek. Hayward ze zdumieniem opowiadał później, że zapotrzebowanie na koncerty Moody Blues z orkiestrą było żywe aż do roku 1996 i zespół wykorzystał je do cna, a przecież była jeszcze jedna koncertowa płyta Hall of Fame z 2000 roku oparta na tym samym patencie, z  udziałem tego samego dyrygenta (Larry Baird) i szczerze pisząc z niewielkimi zmianami w programie. W każdym razie zespół ostatecznie dał sobie spokój z udawaniem młodzików i flirtami z nowoczesnymi technologiami (choć zdarzyły mu się jeszcze desperackie ataki beatem techno) i mniej lub bardziej swobodnie umościł się w swojej legendzie.

Natomiast jeśli chodzi o warstwę czysto muzyczną to nie jestem do końca pewien czy to wielce potrzebna płyta. Na pewno warto obejrzeć wersję filmową z niezapomnianymi smaczkami typu idiotyczne taneczne wygibasy trójki frontmanów w finale The Story In Your Eyes czy – sławne i budzące żywe reakcje wśród wielu moich znajomych – seksualne podrygiwania Lodge’a wobec Haywarda gdzieś w środku I’m Just a Singer In a Rock and Roll Band (temu numeru połączenie z orkiestrą wyraźnie zresztą uwłacza, z i tak śladowej ilości rock and rolla z wersji studyjnej robi się tu prawie Maryla Biesiadna). W sumie nie polecam wrażliwcom, można się zrazić do zespołu na długie lata. Bez obrazu otrzymujemy za to rzecz dość nijaką. Oczywiście same kompozycje z klasycznego okresu nie mogły jakoś nie zalśnić w tej oprawie (stąd trzy gwiazdki), ale te wykonania niewiele w sumie wnoszą, no bo wielkiego brudu nie ma, improwizacje oczywiście zostały zredukowane do zera (jedynym prawdziwie koncertowym momentem jest pojedynek fletowo-klawiszowy między Rayem Thomasem i Biasem Boshellem w Legend of a Mind), a z typowej otoczki koncertowej zostały tylko niedociągnięcia wykonawcze. A akurat nierówności i zgrzyty w grze orkiestry (jak na początku Emily’s Song) budzą raczej niesmak niż wzmagają adrenalinę. Są oczywiście zmiany w aranżacji, które czasem się sprawdzają (jak w akustycznym podaniu New Horizons, czy przyspieszonym Tuesday Afternoon) czasem nie bardzo (Isn’t Life Strange jest wykonane zgodnie z nową rozbuchaną wersją z płyty Greatest Hits z 1989 roku i nie zachowuje nic z dawnego ciepła).

Zapewne zgodnie z oczekiwaniami, nowe aranżacje najbardziej przysłużyły się utworom o synth-popowym rodowodzie. Nie wszystkim – Gemini Dream straszy jak zawsze (a w takim otoczeniu można by nawet rzec, że jak nigdy) i generalnie im więcej przebiło się tu syntezatorów z wersji oryginalnych, tym gorzej to brzmi (nie sposób też nie zauważyć pewnej powtarzalności się emocjonalno-melodycznej na linii VoiceSomewhereDreams). Natomiast wyzwolone z oków syntetycznych bębnów utwory Bless the Wings i The Other Side of Life pokazują nieodwołalnie, że aranż jest wszystkim! Zwłaszcza ten drugi utwór nabrał tutaj niesamowitego quasi-swingowego feelingu (zwłaszcza w codzie) i nawet nie przeszkadza groteskowe ni to intro, ni to zapowiedź w wykonaniu Haywarda: once upon a time a man went out in search of enlightenment

W sumie miły powrót do formy.

The MOODY BLUES - Keys of the Kingdom


…on the sea of mediocrity…

The Moody Blues
KEYS OF THE KINGDOM
1991
genre: pop, synth pop
best song: Hope and Pray
best moment: modulacja w Say What You Mean (Part One)

Say It With Love * Bless The Wings * Is This Heaven? * Say What You Mean (Part One) * Say What You Mean (Part Two) * Lean On Me * Hope and Pray * Shadows On the Wall * Once Is Enough * Celtic Sonant * Magic * Never Blame the Rainbows For the Rain

* * *

Najbardziej chaotyczna płyta Moody Blues. Splata się tu ze sobą trzech różnych producentów, Moraz i brak Moraza, brzmienia dyskotekowe i tradycyjne, a do tego powrócił głos Raya Thomasa. Powinni tej płyty posłuchać zwłaszcza ci, którzy zarzucają mu „sameness” – okazuje się, że dla niektórych wykonawców to właśnie jednorodność brzmieniowa i wyciskanie wygrywającej formuły do cna jest najlepszym wyjściem. Bo tutaj od tego misz-maszu aż kręci się w głowie.

To była pierwsza płyta Moody Blues, której słuchałem wtedy kiedy się ukazała a nie z katalogu wstecznego. Miałem wtedy 15 lat i musiałem polegać na wszechobecnych wtedy kasetach pirackich (nie żebym rozumiał na czym polega ich „bootlegowość”). I muszę przyznać, że ktokolwiek to wtedy wydał, zrobił niechcąco zespołowi całkiem dźwiedzią przysługę. Układ utworów był bowiem o wiele bardziej dorzeczny. W tamtej wersji kasetowej album zamykały piosenki Hope and Pray, która tak długo wyczekiwana przynosiła pomniejszą katharsis i potem tylko zostawał Say What You Mean (Part Two) jako niejakie post scriptum. I tam jeszcze nie brzmiało aż tak bardzo groteskowo jak w wersji prawdziwej, gdzie zostało idiotycznie wciśnięte od razu po i tak kontrowersyjnej brzmieniowo części pierwszej, przez co ciągnie w dół i poprzednika i druzgocze samego siebie. Dla niezorientowanych: na tle dyskotekowego prymitywnego stukotu i urywanych fraz z refrenu części pierwszej Hayward (!) recytuje (!) o tym że chciałby poseksować w lesie, w kulminacyjnym momencie odzywa się wystrzał powielony echem. Zdecydowanie najgorszy numer podpisany przez Justina.

Jest jeszcze coś niepokojącego: dziwnie spłaszczona realizacja. Na tle nienagannie brzmiących płyt pozostałych (nawet tych ociekających syntezatorami) tutaj rzuca się w uszy zwłaszcza nienaturalnie brzmiąca perkusja. Kto wie, czy zaserwowane w sposób bardziej klasyczny, takie utwory jak Bless the Wings czy Shadows On the Wall nie zabrzmiałyby prawie tak podniebnie jak dzieła dawniejsze? Koncertowa wersja tej pierwszej piosenki z następnej płyty podpowiada, że potencjał był bardzo duży. Chyba uroczej śpiewance Is This Heaven? przydałoby się pewnie obdarcie jej tylko do gitary akustycznej i ewentualnie stepowania i gwizdania. Za to Once Is Enough oraz (zwłaszcza) Magic zaskakują pokładami pop-rockowej energii nieobecnej w muzyce Moodych od czasu The Present. Dobre i to, nawet jeśli piosenki same w sobie nie zachwycają.

Najbardziej zaskakującym utworem na płycie jest zaśpiewana pełnym głosem przez Raya Thomasa piosenka Celtic Sonant. Brzmi PRAWIE jak jakiś utwór ze złotego okresu. Słychać wprawdzie, że klawisze są o wiele bardziej nowoczesne niż stary dobry mello, ale wszystko wynagradza pełny śpiew zarówno głównego wokalisty jak i (kto wie czy to nawet nie większe zaskoczenie) Haywarda w chórkach. Na takim Seventh Sojourn pewnie ta piosenka za długo by się ciągnęła, tutaj niech to trwa, niech to trwa, zanim znowu wejdą te bloody robotic drums… Pierwsza od 22 (!!!) lat kompozycja łączona Haywarda i Thomasa troszkę za to rozczarowuje, może tylko w zestawieniu z piosenkami typu Watching and Waiting. Śpiewa Hayward i tym razem w chórkach słychać głównie Lodge’a… Całość jest po prostu ładna na swój niewielki sposób. Może najważniejsze jest to, że w tym numerze Justin wrócił do swojego niebiańskiego fuzza z Blue Jays.

Dwa najlepsze utwory na płycie są napisane tak świetnie i zaśpiewane tak wzruszająco, że nie mogła zrobić im krzywdy nawet najbardziej plastikowa aranżacja. Dotyczy to zwłaszcza Say What You Mean (Part One), który z jednej strony kontynuuje najgorsze wzorce brzmieniowe z poprzedniej (uff, jak dobrze że się już skończyła) dekady (i śpiew Dżasa popowy tu do bólu…), a z drugiej porywa melodią, trąbkami (żywe?) i nieoczekiwaną zmianą tonacji pod koniec. Hope and Pray to najmniej znany element sagi „gdzie jesteś moja eks, chciałbym z tobą uprawiać grządki”, za to być może najbardziej poruszający. Na pierwszą klasę liceum w każdym razie zdecydowanie starczyło i opadające liście, była to bodaj pierwsza piosenka, która bardziej ugodziła mnie tekstem niż samymi nutami (choć i te są tu w dobrych ułożeniach, by wspomnieć tylko o partiach gitary)

Na szczęście to już ostatnia płyta przy której zadaję sobie pytanie o to czy bym jej w ogóle słuchał gdyby nagrał ją jakiś nieznany zespół z przełomu lat 80-tych i 90-tych. Wraz z projektem „Red Rocks” spojrzenie w tył z tych piosenek na tej płycie, w których maczał pióro Thomas przeszło w pełnoprawny, zamaszczysty odwrót. Uff…