poniedziałek, 5 października 2026

The HOLLIES - Distant Light



Bring them all back home!

Distant Light
The HOLLIES
1971

gatunek: rock, pop-rock
najlepszy numer: To Do with Love
best moment: mimo wszystko harmonie wokalne (np. w Long Dark Road)

What a Life I've Led * Look what We've Got * Hold On * Pull Down the Blind * To Do with Love * Long Cool Woman in a Black Dress * You Know the Score * Cable Car * A Little Thing Like Love * Long Dark Road

* * * i 1/4

Początek lat 70-tych był wbrew pozorom straszny dla muzyki pop-rockowej, przynajmniej w niektórych aspektach. Owszem, najbardziej elastyczni i wyrobieni poradzili sobie przerzucając się na prog- i art-rocka i chwała im za to. Ale co z tymi, co niekoniecznie chcieli wykonywać utwory tylko nadal grać piosenki? Beatlesi się (chyba na swoje szczęście) rozpadli. Stonesi osiedli w klimatach "męskiego grania" z bardzo nieprzyjemnymi kontekstami w tle, osobiście nie cierpię tego ich stylu, ale przynajmniej znaleźli patent na sound. Byrds rozmienili się na drobne. Kinks stracili polot. Bee Gees ugrzęźli w ślamazarnych balladach... I tak dalej, i tak delay... W latach 70-tych nie w y p a d a ł o już po prostu grać tak jak w latach 60-tych, tak wyszło. Niby logiczne, ale jednak - jako się rzekło - straszne. Być może dwa późne single The Move z 1971 roku: Tonight i Chinatown w pięknym stylu zamknęły dekadę kolorowej piosenki.

The Hollies byli jednym z najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli "kolorowej" czy "słonecznej" szeździesiony. Dzięki zaraźliwym melodiom, charakterystycznym trójgłosom i słusznym umiejętnościom wykonawczym, gładko przeszli i przez fazę Merseybeatu, i psychodelię. Wydawało się też, że udało się też im w miarę bezboleśnie zażegnać potężny kryzys wykonawczy - zastąpienie Grahama Nasha przez Terry'ego Sylvestra zaowocowało przecież paroma hitowymi singlami. Album Confessions of the Mind (do którego na pewno tu jeszcze wrócimy) przyniósł przede wszystkim wspaniały utwór tytułowy, który też był przepięknym pożegnaniem z poprzednią dekadą. No ale co teraz?

Cóż, album Distant Light ma swoich zwolenników, ale ja na pewno do nich nigdy nie będę trener Doleżal. Próbowałem się do niego przekonać parę razy, ale zawsze trudno mi go zdzierżyć w całości mimo paru bardzo dobrych momentów... Przejdźmy do kluła, jak to by pewnie powiedział Graham Nash: całość psują mi dwie sprawy - po pierwsze znaczne obniżenie wartości i zapamiętywalności melodii, po drugie i ważniejsze - idiotyczne rozwiązania produkcyjne.

Bardzo i bez ironii szanuję fakt, że wszystkie 11 piosenek na płycie podpisane zostały przez członków zespołu (w niektórych przypadkach z zewnętrznymi współpracownikami). Numerycznie w większości z nich swe gibkie palce maczał Tony Hicks, chyba najbardziej sympatyczny z Hollies, choć Allan Clarke pewnie nie podzieliłby tego zdania zważywszy na to jak - w dwóch odsłonach - stracił fotel lidera w zespole. Ale to stanie się dopiero za chwilę, na razie na pozór zespół był jeszcze jako tako zunifikowany. Problem w tym, że te ich autorskie piosenki na tej płycie są najczęściej dość mdłe. Większość z nich miesza się jak w betoniarce w mało melodyjną maź do tego napompowaną organami Hammonda i nierzadko dość pustymi solówkami (saksofon w Look What We've Got, o nie!!) w balonik rocka zaangażowanego, bez jednak jakiejś esencji. Na szczęście jest parę wyjątków od tej szaroburej reguły, należą do nich przede wszystkim urocza piosenka To Do With Love (co znamienne, jedna z najkrótszych na płycie) o typowo szeździesionowej, tęskno-słonecznej melodii oraz jeden z najdziwniejszych hitów zespołu: Long Cool Woman i tak dalej, która po prawdzie brzmi bardziej jak piosenka Creedence Clearwater Revival. Co było dla wszystkich zaskakujące, odniosła ona duży sukces komercyjny w Stanach, problem był tylko w tym, że Allan Clarke zdegustowany jałowością poczynań zespołu poszedł w ślady Nasha i już wtedy opuścił był kolegów. Dość niezłe są jeszcze trzy inne piosenki na płycie: rozłożysta ballada Cable Car też z niezłą melodią, polana niebanalnie orkiestrowym sosem, w której stosunkowo mało jest muzycznego pustostanu, a także A Little Thing Like Love z wreszcie holliesowym refrenem oraz w miarę bezpretensjonalna końcowa Long Dark Road, choć tu akurat refren ciut banalny. Reszta naprawdę zupełnie nie zostaje w pamięci, przynajmniej moim, a najbardziej kuriozalna jest (chyba) art-rockowa pieśń You Know the Score, w której nie wiedzieć czemu następuje kompletne zawieszenie akcji muzycznej - i to dwa razy.

To wszystko byłoby jednak - być może - jeszcze w miarę do ugryzienia, wiemy jak to jest z ulubionymi zespołami (a Hollies, żeby nie było, na pewno do takich u mnie należą!): mieli się te płyty wiele razy, no i w końcu jakoś się one związują z naszym życiem utrzuciowym lub zgoła z wizytą w sklepie mięsnym... Ale w przypadku tej płyty absolutnie nie chce mi się tego robić, bo zniechęca mnie do tego produkcja. Co to za pomysł w ogóle? Ron Richards, bo to nadal on, zrezygnował z u p e ł n i e z bliskich planów, co zbiegło się też z wyraźnym osłabieniem siły głosu Allana. Wielogłosów też jest mniej na tej płycie, ale tu nie wypada mi narzekać, bo zdarzało mi się wcześniej nadmieniać, że harmonie Hollies są manierystyczne i tutaj tak rzeczywiście nie jest. Ale przecież to nadal jeden z najważniejszych walorów stylistycznych zespołu, a tutaj wszystko jest zbite w jeden wokalny słup, który szczerzy się do nas z oddali... Do tego wszystko jest zrealizowane w jakiś nieprzyjemny płaski i metaliczny sposób bez zrównoważenia w dołach... Tamburyn (fajny skądinąd instrument) w jednym z numerów jest mało strawny przez to epatowanie treblami właśnie... Całokształt brzmieniowy albumu nie ma niestety nic wspólnego z piękną, bukoliczną okładką płyty... I tego niestety sobie nie wymyśliłem, żeby - na przykład - uwiarygodnić niechęć do tych piosenek. Wystarczy sięgnąć po rozszerzoną wersję albumu Distant Light i doczekać do bonusów. Różnica w brzmieniu jest kolosalna - np. w singlowym Gasoline Alley Bread z poprzedniego roku: wokale są bliskie, harmonie - porywające, a każda zagrywka perkusisty Elliotta wydaje się niesamowicie istotna... No ale co Abbey Road, to Abbey Road - niniejszy album nagrywany był w nieco mniej osławionych Air Studios George'a Martina i jednak miało to jakieś, niemałe, znaczenie.

Album Distant Light nawet spodobał się recenzentom, ale jego wyniki komercyjne nie mogły się równać z tymi z lat sześćdziesiątych. Sfrustrowany Allan Clarke zapragnął nagrać płytę solową, a koledzy z zespołu pokazali mu w takim razie drzwi i z nowym - szwedzkim! - wokalistą szykowali się do koncertów pod drugiej stronie Atlantyku. I wtedy właśnie utwór Long Cool Woman in a Long Black Dress, wydany na singlu pół roku po ukazaniu się albumu, zaczął niespodziewanie szaleć na listach przebojów poza Europą, co doprowadziło do cokolwiek groteskowych sytuacji na trasie, kiedy to hitową piosenkę chcąc nie chcąc musiał wykonywać Terry Sylvester.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Autor zastrzega sobie możliwość usuwania komentarzy wulgarnych lub niemerytorycznych w trybie natychmiastowym