poniedziałek, 25 maja 2026

The BEE GEES SING AND PLAY 14 BARRY GIBB SONGS


oh, oh, 1 - 2- 3, and now there's me...

The Bee Gee's Sing and Play 14 Barry Gibb Songs             
BEE GEES                                                            
              
1965

gatunek: Merseybeat, folk rock, pop
najlepsze numery: You Wouldn't Know, Follow the Wind
best moments: Barry udający Micka Jaggera i wszelkiej maści trójgłosy

I Was a Lover, a Leader of Man * How Love Was True * To Be or Not to Be * Timber! * Claustrophobia * Could It Be  * Wine and Women * And the Children Laughing * Don't Say Goodbye * Peace of MindShe Take Hold of That Star  * You Wouldn't Know * Follow the Wind

* * * i 1/4

A zatem Bee Gees, czyli – jak to sprytnie przetłumaczył kolega Adam z naszego pierwszego bandu – „pszczoły i gzy". Jak to często bywa na kartach niniejszego bloga: pomieszanie geniuszu z… no… powiedzmy klimatami kuriozalnymi. Ale przynajmniej nie będzie nudno! No to zaczynamy.

Bardzo łatwo zamotać się w najbardziej starożytnym okresie działalności zespołu, oto zatem w największym skrócie: bracia Gibb urodzili się w Anglii, w roku 1958 wyemigrowali z rodzicami do Australii, już po tym gdy rozpadł się ich pierwszy zespół. W 1960 roku debiutowali w telewizji, a w latach 1963-1965 wydali około dziesięciu singli, głównie z piosenkami autorstwa najstarszego z braci, Barry’ego (tego, you know, od słynnych falsetów wiele lat później). Niektóre z tych utworów znalazły się, wraz z dodatkowo nagranymi numerami, na pierwszej płycie długogrającej, wydanej jeszcze w 1965. Rok później ukazał się kolejny longplay. Łącznie omawiany okres przyniósł około 40 utworów porozrzucanych później na niezliczonej maści kompilacjach CD (ja mam niejaką Collection z 25 trackami), które generalnie brzmią wprost koszmarnie. Chciałem się z nimi zbiorczo rozprawić, ale na tzw. streamingach pojawiły się ostatnio wersje brzmiące nieco lepiej – może odnaleziono poszczególne ślady niektórych utworów, albo zaingerowano w nie popularną ostatnio metodą „de-mixing”. Na pewno zdarzają się tu i ówdzie pododawane echa i inne czarymary, ale aż takim purystą nie jestem, bym się miał na to zżymać, choć solo gitary dograne (kiedy?) z paroma innymi instrumentami do To Be Or Not to Be  brzmi dość idiotycznie i akurat tego numeru lepiej posłuchać w bardziej hm oryginalnym wydaniu.

Pierwszy zatem album Bidżisów jest trochę przypadkową zbieraniną piosenek nagranych w ciągu aż trzech lat, nie można więc tu mówić o jakiejkolwiek spójności, tym bardziej, że utwory nie są ułożone chronologicznie i w dwóch najwcześniejszych wyraźnie słychać, że młodsi bliźniacy (Robin i Maurice) są jeszcze przed mutacją. Dominacja Barry’ego jest tu przytłaczająca: nie dość, że jest  - jako rzecze tytułło - autorem wszystkich 14 piosenek, to jeszcze w znakomitej większości jest ich głównym wokalistą. I można było się spodziewać, że – przy tym całym problemie z realizacją – płyta będzie (zwłaszcza dziś) całkowicie niesłuchalna, ale tak nie jest, jeśli oczywiście ktoś jest choć w minimalny sposób otwarty na muzykę z lat 60-tych. Owszem, jest parę momentów mocno żenujących, ale głównie na poziomie wykonawczym i tekstowym (tak, Barry chętnie rymuje „chance” z „romance” i te pe z i te de), za to i melodie, i trójgłosy (o jakichś nakładkach nie ma jeszcze mowy) już tutaj są przednie. A jeśli dodamy do tego świętą młodzieńczą naiwność i całkiem dorzeczne aranżacje, rezultat jest całkiem ujmujący.

Pierwsze dwa utwory na płycie są raczej z tego gorszego sortu, rażą z jednej strony pompatycznością, z drugiej – nieporadnością. Ale już trzeci utwór, How Love Was True, mnie osobiście wzrusza. Wszystko się tu – w miarę zgadza – trójgłosy przymglone efektem tremolo, budowanie napięcia… tylko po linijce I have to have you, chciałoby się pociągnąć po Beatlesowsku „wo-wo-wo-wo-wo-wo Anna…” O tak, dosłownych i zawoalowanych cytatów wszelkiej maści jest tutaj naprawdę sporo i osoba nawet tylko nieźle obeznana w repertuarze „słonecznej sześćdziesiony” łatwo odkryje sporo tropów. I to o dziwo niekoniecznie związanych z samymi Beatlesami – tu gitara jak z Searchers, tu zaśpiew jak u Dylana przygładzonego przez Byrds, tu rytmika jak w Dave Dee, Dozy et al… Najbardziej ujmujące są dla mnie pod tym względem utwory następujące: Could It Be jest wprawdzie zapożyczone melodycznie z piosenki Ritchie Valensa, ale Barry zdecydowanie śpiewa tu barwą i manieryzmami Freddie’go (tego od The Dreamers oczywiście), takie same glissanda i taka sama operetkowość… A przy tym kilogramy młodzieńczego entuzjazmu! Jeszcze fajniejsze pod względem stylizacji jest dziełko o tytule szekspirowskim – to wyraźnie pastisz Rolling Stonsów! W podkładzie (tym oryginalnym z 1965)  wprawdzie wyraźnie nie gruwią, ale Barry śpiewa tu (zwłaszcza pierwszą zwrotkę) dokładnie jak Jagger – wyborne!

No i tak to się wszystko niezobowiązująco toczy aż do słonecznego końca. Czasem lepiej, nawet pod względem tekstowym (całkiem dorzeczny sarkazm w Claustrophobii), czasem bardzo źle ogólnie (Take Hold of That Star). Bez wyjątku zaś wszystkie utwory są tak poaranżowane, żeby wcisnąć w nie jak najwięcej trójgłosów, ale o dziwo nie uderza mnie tu jakiś wielki manieryzm - wśród tych wszystkich zapożyczeń wyraźnie wykluwa tu się oryginalny styl zespołu i to zarówno na poziomie nośnych melodii jak i pełnego wyobraźni podejścia do rzeczonych harmonii wokalnych. Ale to dwa ostatnie utwory na płycie są moimi ulubionymi, może dlatego, że leciutko uchylają drzwi ku nowym, nieznanym przestrzeniom. You Wouldn’t Know to z pozoru kwintesencja Merseybeatu, choć oczywiście w odcieniu australijskim: najlepszy jest tu piętrowo sharmonizowany refren, w którym bracia jak dla mnie utrafili w jakiś wyjątkowo kojący kolor tego trójgłosu. Ale w rozchachaną codę wkrada się jakiś nowy, mniej spięty nastrój… może festynu, może karnawału… A już Follow the Wind, z solowymi partiami Robina, to utwór malowniczo folkowy, wyraźnie kroczy w stronę jakiejś wielkości i jakiejś ponadczasowości.

Zostańmy z nimi na dłużej - będzie się działo nierzadko Nawarony!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Autor zastrzega sobie możliwość usuwania komentarzy wulgarnych lub niemerytorycznych w trybie natychmiastowym