oh, oh, 1 - 2- 3, and now there's me...
The Bee Gee's Sing and Play 14 Barry Gibb Songs
BEE GEES
BEE GEES
1965
gatunek: Merseybeat, folk rock, pop
najlepsze numery: You Wouldn't Know, Follow the Wind
best moments: Barry udający Micka Jaggera i wszelkiej maści trójgłosy
I Was a Lover, a Leader of Man * How Love Was True * To Be or Not to Be * Timber! * Claustrophobia * Could It Be * Wine and Women * And the Children Laughing * Don't Say Goodbye * Peace of Mind * She Take Hold of That Star * You Wouldn't Know * Follow the Wind
* * * i 1/4
Bardzo
łatwo zamotać się w najbardziej starożytnym okresie działalności
zespołu, oto zatem w największym skrócie: bracia Gibb urodzili się
w Anglii, w roku 1958 wyemigrowali z rodzicami do Australii, już po
tym gdy rozpadł się ich pierwszy zespół. W 1960 roku debiutowali
w telewizji, a w latach 1963-1965 wydali około dziesięciu singli,
głównie z piosenkami autorstwa najstarszego z braci, Barry’ego
(tego, you know, od słynnych falsetów wiele lat później).
Niektóre z tych utworów znalazły się, wraz z dodatkowo nagranymi
numerami, na pierwszej płycie długogrającej, wydanej jeszcze w
1965. Rok później ukazał się kolejny longplay. Łącznie omawiany
okres przyniósł około 40 utworów porozrzucanych później na
niezliczonej maści kompilacjach CD (ja mam niejaką Collection z 25
trackami), które generalnie brzmią wprost koszmarnie. Chciałem się
z nimi zbiorczo rozprawić, ale na tzw. streamingach pojawiły się
ostatnio wersje brzmiące nieco lepiej – może odnaleziono
poszczególne ślady niektórych utworów, albo zaingerowano w nie
popularną ostatnio metodą „de-mixing”. Na pewno zdarzają się
tu i ówdzie pododawane echa i inne czarymary, ale aż takim purystą
nie jestem, bym się miał na to zżymać, choć solo gitary dograne (kiedy?) z paroma innymi instrumentami do To Be Or Not to Be brzmi dość idiotycznie i akurat tego numeru lepiej posłuchać w bardziej hm oryginalnym wydaniu.
Pierwszy
zatem album Bidżisów jest trochę przypadkową zbieraniną piosenek
nagranych w ciągu aż trzech lat, nie można więc tu mówić o
jakiejkolwiek spójności, tym bardziej, że utwory nie są ułożone
chronologicznie i w dwóch najwcześniejszych wyraźnie słychać, że
młodsi bliźniacy (Robin i Maurice) są jeszcze przed mutacją. Dominacja Barry’ego jest tu przytłaczająca: nie dość, że jest - jako rzecze tytułło - autorem wszystkich 14 piosenek, to jeszcze w znakomitej większości
jest ich głównym wokalistą. I można było się spodziewać, że –
przy tym całym problemie z realizacją – płyta będzie (zwłaszcza
dziś) całkowicie niesłuchalna, ale tak nie jest, jeśli oczywiście
ktoś jest choć w minimalny sposób otwarty na muzykę z lat
60-tych. Owszem, jest parę momentów mocno żenujących, ale głównie
na poziomie wykonawczym i tekstowym (tak, Barry chętnie rymuje
„chance” z „romance” i te pe z i te de), za to i melodie, i
trójgłosy (o jakichś nakładkach nie ma jeszcze mowy) już tutaj
są przednie. A jeśli dodamy do tego świętą młodzieńczą
naiwność i całkiem dorzeczne aranżacje, rezultat jest całkiem
ujmujący.
Pierwsze
dwa utwory na płycie są raczej z tego gorszego sortu, rażą z
jednej strony pompatycznością, z drugiej – nieporadnością. Ale
już trzeci utwór, How Love Was True, mnie osobiście wzrusza.
Wszystko się tu – w miarę zgadza – trójgłosy przymglone
efektem tremolo, budowanie napięcia… tylko po linijce I have to
have you, chciałoby się pociągnąć po Beatlesowsku
„wo-wo-wo-wo-wo-wo Anna…” O tak, dosłownych i zawoalowanych
cytatów wszelkiej maści jest tutaj naprawdę sporo i osoba nawet
tylko nieźle obeznana w repertuarze „słonecznej sześćdziesiony”
łatwo odkryje sporo tropów. I to o dziwo niekoniecznie związanych
z samymi Beatlesami – tu gitara jak z Searchers, tu zaśpiew jak u
Dylana przygładzonego przez Byrds, tu rytmika jak w Dave Dee, Dozy
et al… Najbardziej ujmujące są dla mnie pod tym względem utwory
następujące: Could It Be jest wprawdzie zapożyczone melodycznie z
piosenki Ritchie Valensa, ale Barry zdecydowanie śpiewa tu barwą
i manieryzmami Freddie’go (tego od The Dreamers oczywiście), takie
same glissanda i taka sama operetkowość… A przy tym kilogramy
młodzieńczego entuzjazmu! Jeszcze fajniejsze pod względem stylizacji jest dziełko o tytule
szekspirowskim – to wyraźnie pastisz Rolling Stonsów! W
podkładzie (tym oryginalnym z 1965) wprawdzie wyraźnie nie gruwią, ale Barry śpiewa tu
(zwłaszcza pierwszą zwrotkę) dokładnie jak Jagger – wyborne!
No
i tak to się wszystko niezobowiązująco toczy aż do słonecznego
końca. Czasem lepiej, nawet pod względem tekstowym (całkiem dorzeczny sarkazm w Claustrophobii), czasem bardzo źle ogólnie (Take Hold of That Star). Bez wyjątku zaś wszystkie utwory są tak poaranżowane, żeby wcisnąć w nie jak najwięcej trójgłosów, ale o dziwo nie uderza mnie tu jakiś wielki manieryzm - wśród tych wszystkich zapożyczeń wyraźnie wykluwa tu się oryginalny styl zespołu i to zarówno na poziomie nośnych melodii jak i pełnego wyobraźni podejścia do rzeczonych harmonii wokalnych. Ale to dwa ostatnie utwory na płycie są moimi
ulubionymi, może dlatego, że leciutko uchylają drzwi ku nowym,
nieznanym przestrzeniom. You Wouldn’t Know to z pozoru
kwintesencja Merseybeatu, choć oczywiście w odcieniu australijskim:
najlepszy jest tu piętrowo sharmonizowany refren, w którym bracia
jak dla mnie utrafili w jakiś wyjątkowo kojący kolor tego
trójgłosu. Ale w rozchachaną codę wkrada się jakiś nowy, mniej spięty nastrój… może festynu, może karnawału… A już Follow the
Wind, z solowymi partiami Robina, to utwór malowniczo folkowy,
wyraźnie kroczy w stronę jakiejś wielkości i jakiejś
ponadczasowości.
Zostańmy z nimi na dłużej - będzie się działo nierzadko Nawarony!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Autor zastrzega sobie możliwość usuwania komentarzy wulgarnych lub niemerytorycznych w trybie natychmiastowym