piątek, 9 października 2026

From GENESIS to Revelation



Music, all I hear is music, guaranteed to please...

From Genesis to Revelation
GENESIS
1969

gatunek: psychedelic folk, folk-rock, art rock, lush pop, baroque pop
najlepszy numer: One Day (?) a może Window (?)
best moments: waltornia w otwarciu Window, refren In the Wilderness (zwłaszcza ten z dolną harmonią) i wysokie partie Gabriela w refrenach trzech innych utworów

When the Sour Turns to Sweet * In the Beginning * Fireside Song * The Serpent * Am I Very Wrong? * In the Wilderness * The Conqueror * In Hiding * One Day * Window * In Limbo * Silent Sun * A Place to Call My Own 
(+ bonusy)

* * * *

Uwielbiam tę płytę! Wbrew opiniom znawców prog-rocka i wszystkiego i wbrew zdrowemu rozsądkowi, który tonuje sprawy przypominając, że debiutancki album Genesis - przynajmniej w oryginalnej wersji - brzmi źle sam z siebie i jeszcze straszy nietrafnie przeprowadzonymi orkiestracjami... Tak, to wszystko prawda i jeszcze więcej: piosenki są naiwne i nieopierzone a młodzi muzycy próbują czasami zagrać więcej niż umieją... Ale to wszystko nie ma żadnego znaczenia, bo duch młodości i błogosławionego, pozbawionego racjonalnych podstaw optymizmu, którym te nagrania są przesiąknięte, wynagradza wszystkie niedostatki wykonawcze i produkcyjne. Sam poznałem te piosenki w liceum i grałem je z moim pierwszym zespołem, będąc absolutnie świadomym muzycznego powinowactwa między nami, zaprzeczającego ramom czasu i odległości.

Z pięciu muzyków tworzących pierwszą i drugą inkarnację zespołu Genesis, najbardziej znaczący ton poczynaniom nadawała trójka z nich: wokalista Peter Gabriel, który po raz jedyny w życiu (i to tylko miejscami!) śpiewał na tej płycie nie starczym głosem, pianista Tony Banks, który od zarania grupy odpowiadał za specyficzne klasycyzujące brzmienie zespołu i gitarzysta Anthony Phillips, który był w tamtym okresie jego i sercem, i motorem. No ale nie sposób też nie wspomnieć o basiście Rutherfordzie, który dołączał do Anta by wyczarowywać urocze duety gitar 12-strunowych. Był też perkusista John Silver, oczywiście nie tak doskonały jak Phil Collins, ale całkiem sprawny, przynajmniej jak na wymogi stylistyczne prezentowanego tu materiału. Największy problem całości polegał chyba na tym, że cała nasza piątka była całkowicie zależna od producenta (a nawet produfunciaka)  Jonathana Kinga, który bez konsultacji z młodzianami dograł do większości niniejszych utworów (nagranych jesienią 1968 roku) rozbuchane i nieproporcjonalne partie orkiestrowe, które - z uwagi na prymitywne warunki w studiu - ostatecznie naruszyły logiczne proporcje tych piosenek, a według wielu nawet sprzyjających grupie słuchaczy: kompletnie je zrujnowały. I niestety trudno się z tymi zarzutami nie zgodzić, ALE... można też je przy odrobinie albo nawet i dwóch odrobinach samozaparcia pominąć. Zaręczam (i zanożam), że się da!

From Genesis to Revelation jest concept-albumem luźno opartym (z akcentem na "luźno" a nie na "opartym") na motywach biblijnych. Mimo że koncept został zespołowi narzucony odgórnie, sam pomysł może nadal robić wrażenie, wszak nagrywane to było w roku 1968, kiedy to jeszcze było coś w miarę nowego w muzyce popularnej. Literackie przeprowadzenie konceptu to nieco inna sprawa, na ironię zakrawa tu fakt, że album często wrzucano mylnie na półki z "muzyką religijną" - nawet najbardziej liberalne protestanckie ramy nie zmieszczą prezentowanej tu "teologii". Ale z drugiej strony to tylko piosenki i te wszystkie "herezje" jakoś się bronią, bo tak naprawdę teksty (głównie Gabriela, ale nie tylko) opowiadają o zwykłych młodzieńczych uniesieniach i rozczarowaniach, posługując się jedynie słownictwem i obrazowaniem ze Starego Testamentu. (Potwierdzają to wczesne tytuły niektórych piosenek - "She Is Beautiful" albo "Patricia"). Orkiestrowa osnowa też wydaje się tu teoretycznie trafiona, trochę to pachnie płytą Moody Blues z zeszłego rocku, trochę Bee Geesami a najpewniej drugorzędnymi angielskimi zespołami na pograniczu psychodelii (rozumianej tu, ma się rozumieć, tylko estetycznie), melodyjnego folku i ambitnego popu. 

I teraz rzecz najważniejsza: na tej płycie nie ma słabej piosenki. Jakkolwiek nie kulałyby kwestie wykonawcze, aranżacyjne i przede wszystkim produkcyjne, dwa trochę rywalizujące ze sobą tandemy songwriterskie czyli Banks + Gabriel vs Rutherford + Phillips okazały się bardzo utalentowane. Brak wprawy po dwakroć wynagradza tu młodzieńczy urok i optymizm, zresztą każdy, kto w życiu napisał więcej niż 15 utworów doskonale wie, że na początku wszystkie rozwiązania wydają się nowe i fascynujące i przechodzą nawet rzeczy niby banalne, bo podane są tak jakby były dla autora danej piosenki kwestią wysoce zasadniczą. I dokładnie jest tak z tymi tu parunastoma piosenkami: podane one są w sposób z jednej strony bezpretensjonalny a z drugiej wyraźnie zawzięty. I to chyba Ant nadawał tego nieustępliwego rysu poczynaniom młodzieńców, jaka szkoda że pozostał w zespole na tak krótko...

Jako się rzekło, wyjściowo wszystkie piosenki na płycie mogłyby mieć dla mnie kolor czerwony, natomiast niektóre z nich okazały się na tyle mocne, że nawet nietrafne ingerencje producenta ani też niedoskonałości wykonawcze nie zdołały ich zepsuć, przynajmniej w moich uszach, bo przypominam, że raczej większość i recenzentów, i nawet fanów jeździ po tej płycie jak po lodowisku. Zatem mi osobiście najbardziej podobają się dwa następujące zakątki na płycie, do których nie mam żadnych zastrzeżeń: po pierwsze dwa otwierające utwory, ale chyba jeszcze bardziej wzruszająca jest dla mnie para: One Day + Window dopełniona przez kolejny utwór In Limbo, choć w tym ostatnim naprawdę trudno zdzierżyć nierównowagę między dudniącym (i nieco niestety przesterowanym) podkładem w prawej słuchawce a dość tym razem stonowanymi partiami trąbek w lewej. Z tych pięciu wymienionych utworów Window jest chyba moim ulubionym i gremialną niechęć do tej piosenki naprawdę trudno mi zrozumieć, bo mi się tu wszystko podoba, od genialnej partii waltorni w intrze przez delikatne zwrotki i łatwy do zapamiętania refren a potem rosnące w siłę interludium, zatrzymanie, powrót waltorni i dalszy ciąg z pięknymi obrazami w tekście aż po powtórzenia refrenu, w których nieoczekiwanie pojawiają się cztery uderzenia w werbel, jedyne na cały utwór, genialne! No może tylko te chóry w tle nie do końca się tu sprawdzają, niestety backing vocals Rutherforda i Phillipsa dość mocno obniżają wartość dwóch innych bardzo ładnych ballad: Am I Very Wrong? oraz In Hiding - i marne to pocieszenie, że na ich tle Gabriel po prostu lśni. W paru innych utworach wystąpił dodatkowy wokalista sesyjny i całe szczęście. Najbardziej szkoda mi tu tego In Hiding - bardzo mi trudno słuchać tej piosenki na zimno, bo z moim pierwszym zespołem bardzo często śpiewaliśmy te piękne słowa i stały się one bardzo moje... Nie da się jednak ukryć, że coś z tym walczykiem jest nie tak, może tempo zbyt wolne, no i znowu ta nierównowaga stereo...

From Genesis to Revelation to nie tylko przestrzenne ballady i górnolotne medytacje... Można tu też znaleźć parę utworów bardziej dynamicznych, z ostrzejszą gitarą Phillipsa. In the Beginning zaczyna się od całkiem pokaźnego rzężenia, a w kulminacyjnym momencie tym razem mocno "stremolowana" gitara kończy wers you're in the hands od destiny... Jest w tym utworze więcej ciekawych dogrywek i w sumie bardzo szkoda, że nie dane było Antowi pograć ostrzej w większej ilości piosenek, na pocieszenie zostają utwory singlowe w bonusach... Ale orkiestry nie ma też w bardzo ciekawym utworze The Conqueror, który nieco rozsławił... gitarzysta Oasis Gallagher, dzięki któremu wielu fanów Brit-popu odkryło ten numer na streamingach. Akurat mniej jest tu melodii niż w innych i sposób śpiewania Gabriela jest lekko... "liamowy", ale utwór dzielnie idzie do przodu także dzięki świetnym dogrywkom Banksa na Hammondzie, który jest tak wciśnięty w tło, że brzmi trochę jak melotron! Noel Noelem, ale sam zespół - jak już - wskazywał bardziej na utwór In the Wilderness z naprawdę udanym, wzniosłym, "szybującym" refrenem, który - zdaniem Banksa - zrujnowały cienko piejące partie smyczków... Ale czy naprawdę?

Trochę niewyraźnie album się kończy. Przedostatnią piosenką na płycie okazuje się singlowa Silent Sun, czyli utwór celowo skonstruowany jako pastisz Bee Gees (Gabriel ponoć nawet starał się imitować głos Robina Gibba w zwrotkach) - ma on swoje momenty (także w tekście), ale istotnie brzmi najmniej autentycznie na albumie. Po nim następuje enigmatyczna pieśń A Place to Call My Own, w którym pojawia się tajemnicza "guardian goddess" - matka natura, siostra śmierć, a może jednak brama utraconego raju? Niestety ostatnie dźwięki na płycie należą do ponownie niemrawych chórków wspomagających wokalistów, co nie jest najlepszym pomysłem na pożegnanie, ale nawet na to można przymknąć ucho, bo ponad wszystko to idzie młodość, młodość, a wolno jej więcej niż nam. A z resztą czy to w wydaniach CD, czy to na streamingach zawsze teraz już po wspomnianej pieśni następują o wiele żywsze utwory singlowe, np. naprawdę ujmująca (i zrealizowana jeszcze gorzej niż wszystkie pozostałe) Opowieść zimowa, p r a w i e tak porywająca jak ta Armijna... [No tutaj już przesadziłeś, Lostkordzie!]

----
Właśnie, realizacja. W momencie gdy stawiam niniejsze litery brakuje dziesięciu minut do premiery najnowszej wersji albumu, otagowanej szumnie jako (2026 Mix). Państwo tego nawet nie poczują, ale ja teraz rozprostuję kości, zrobię parę przysiadów i za (teraz już) siedem minut zasiądę do recenzenckiego odsłuchu owej wersji, która była reklamowana jako wreszcie definitywna.

(czekamy)

(no i jest!)





No i ja jestem. Dwa pierwsze utwory na płycie brzmią dokładnie tak jak mogłem się spodziewać (wcześniej dostępne były już nowe miksy utworów In Limbo oraz The Serpent): dorzecznie, dobitnie i konkretnie, ale... trochę nienaturalnie (i po co te wyraźnie komputerowe pogłosy?) Ale, jak wspomniałem wyżej, bardzo lubię akurat te dwie otwierające całość piosenki, więc jakiekolwiek poprawki nie robią tu na mnie aż takiego wrażenia. Z kolei Fireside Song w oryginalnej wersji leciutko mnie nudziła, tutaj wzrost dynamiki zdecydowanie sprawia, że mniej się wlecze, choć z drugiej strony wrażenie sztuczności brzmieniowej jeszcze bardziej się pogłębia... Zwrotka Am I Very Wrong doskonała! Refren nieco bardziej chaotyczny, gitary akustyczne chyba przesadnie podniesione ale przynajmniej chórki tak nie bolą... Oj, Gabriel walczący z chórkami w codzie mniej niestety przekonujący... In the Wilderness lekko rozczarowujące: smyczki oczywiście wciśnięte w tło, ale gdzie zniknęła przestrzeń, zrobiło się duszno... The Conqueror - no nareszcie bezsprzeczna poprawa - nowa wersja jest i bardziej dynamiczna, i bardziej klarowna, Hammond leciutko podniesiony, może to dobrze, może nie, ale na pewno dobrze, że podniesiono dogadującą z tyłu gitarę Anta. Wspaniale! No i teraz największa dla mnie zagadka - czy udało się zrobić coś z nieszczęsnym acz przepięknym In Hiding? O tak! Już refren bardziej przestrzenny. Klawesyn nie razi a ciekawie wydobyto gitarę akustyczną robiącą "drriangi" na raz. Główny wokal Petera może trochę zbyt suchy, ale to nic. Lepiej zbalansowane chórki, choć może t r o c h ę szkoda, że smyczki wciśnięto aż tak bardzo w tło. Ale ogólnie to kolejny utwór na plus. No i teraz kolejni ulubieńcy... One Day brzmi... dziwnie. Tony pozwolił tak przyciszyć fortepian? Jak już się powoli przyzwyczailiśmy: gitary akustyczne głośniej, smyczki bardzo cicho, wokal suchy - ma to swoje i wady, i zalety... Na szczęście nikt nie usunie oryginalnego miksu, a ten bardzo ciekawy... W tym akurat utworze chórki się bardzo udały, a tutaj został z nich jeno jeden falset... Ale cicho, bo teraz Window... O, i tu jestem na nie... Waltornia zupełnie tu nie brzmi! Bliski wokal Gabriela nie niesie tajemnicy i słychać, że trochę się męczy, a w wersji oryginalnej, oddalony echem łapie mnie za serce... Jestem na nie, choć utwór nadal piękny... Więcej perkusji w zakończeniu, to akurat dobrze. In Limbo dużo zawdzięcza nowemu miksowi, nie dziwota, że akurat ten numer wybrano do promocji tego wznowienia... Trochę tylko szkoda, że trąbki wciśnięto tak bardzo w tło, no i znowu pogłosy irytujące... Wynurzyły się za to bongosy i skoki dynamiczne w podkładzie... The Silent Sun bardziej porywający niż oryginał, ale wokal Gabriela znowu mniej nastrojowy i znowu nałożono nań (w zwrotkach) jakiś irytujący efekcik. A Place to Call My Own ma zupełnie inną aurę, największa niespodzianka chyba - skąd tu tyle energii w tym utworze... Coś tam mi się nie do końca zgadza z korekcją, ale ciekawe...

Mamy jeszcze siłę na bonusy? Nowemu miksowi Winter's Tale mówię nie, choć nie jest to nie stanowcze. Akurat tu było wiadomo, że raczej się nie da odratować tego utworu, ale nawet było blisko, tylko niestety zatracił się w tej próbie duch oryginału, otulający słuchacza na tę groźną zimę ciepłem... Głos Gabriela brzmi tutaj trochę jakby był dograny po latach... Dobrze, teraz One Eyed Hound... Mam dziwną słabość do tego utworu, z różnych względów, nie tylko sentymentalnych, bardzo np. podoba mi się to, że ni z gruchy ni z pietruchy w codzie pojawia się tam kwartet smyczkowy. W nowym miksie oczywiście zupełnie utracono ten efekt zaskoczenia, bo tych smyczków prawie nie słychać, ale znowu wyłoniły się w zamian ciekawe detale... Znowu muszę powtórzyć: dobrze, że nikt nie zabierze nam miksu oryginalnego... Bardzo fajnie wypada za to odrzut pt. Image Blown Out... Fajna też wczesna wersja Visions of Angels z drugiej płyty Genesis...

No dobrze, po pierwszym przesłuchaniu (i to w streamingach, więc audiofile Kolinsi nie przybiją ani piątki, ani pieczątki) nabrzmiewa we mnie nutka rozczarowania - wydaje mi się, że w pogoni za dynamiką i w zacnej chęci pogrzebania (w miksie) tak znienawidzonych przez zespół orkiestracji zatracono nieco pewne ujmujące walory wersji oryginalnej, zwłaszcza tyczy to śpiewu wiodącego Petera Gabriela. ALE... jeśli ten nowy miks ma debiutowi Genesis przysporzyć nowych fanów, to jestem jak najbardziej za! Mi akurat nie trzeba było otwierać uszu na piękno tych dźwięków, bo mam je za bardzo drogie od roku 1991, gdy pierwszy raz usłyszałem tę muzykę na kasecie. I do dziś bardzo sobie to chwalę. 

Dzięki Wam serdeczne, moi soniczni rówieśnicy z Charterhouse!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Autor zastrzega sobie możliwość usuwania komentarzy wulgarnych lub niemerytorycznych w trybie natychmiastowym