Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A3 The Move. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A3 The Move. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lipca 2025

ROY WOOD - Boulders

Into the sun she leads me on, 
why does she answer "no, sir"? 

Boulders    
ROY WOOD                                                                   
              
1973

gatunek: pop-rock, folk-rock, baroque pop, bluegrass
najlepszy numer: Nancy? Hill? Miss Clarke?
best moment: śmierć komputera w Miss Clarke i chórki w All the Way Over the Hill

Songs of Praise Wake Up * Rock Down Low * Nancy Sing Me a Song Dear Elaine * All the Way Over the Hill/Irish Loafer  * Miss Clarke and the Computer * When Gran'ma Plays the Banjo * Rock Medley : Rockin' Shoes / She's Too Good For Me/ Locomotive

* * * *

Herbert, przyjaciel moich Rodziców, przysłał mi ten album z Niemiec w roku 1993. Zrobił on wtedy na mnie niesamowite wrażenie i zdarzało mi się go nawet umieszczać w moich raczkujących albumowych TopTenach. Być może bardziej zachwyciła mnie wtedy egzotyczna osnowa i fakt, że Roy sam zagrał tu na wszystkich instrumentach, niż sama muzyka. Teraz już taki entuzjastyczny nie jestem. Wspominam o tym głównie dlatego, że kwestia osi czasu, nie tylko mojej osobistej, ma - niestety - dla tej płyty dość duże znaczenie.

Rzeczywiście Roy Wood powgrywał na ten album wszystkie instrumenty i wszystkie wokale samodzielnie, wyłączając (interesujący przykład pokory) niezbyt ważną partię fisharmonii w pierwszym utworze. Materiał był już gotowy w roku 1971, ale płyta - przez jakieś nieprzyjemne jazdy z managementem - ukazała się dopiero dwa lata później, gdy nasz Bohater zdążył już zamknąć podwoje The Move, odejść z ELO po nagraniu z nią pierwszej płyty i założyć Wizzard. Niby to tylko dwa lata, ale to ważna przesłanka, bo różne patenty aranżacyjne brzmiałyby w 1971 bardziej świeżo i nieliczni recenzenci tej płyty gadajo, że wydana wcześniej odniosłaby większy sukces niż i tak solidne 15 miejsce na listach w Wielkiej Brytanii.

W każdym razie na początku lat 70-tych taki myk, że gość nagrał płytę n a p r a w d ę solową, na pewno robił większe wrażenie niż teraz, gdy nie jest to nic nadzwyczajnego. Teraz nawet może budzić to pewne podejrzenia o przerost ambicji, ego, czy oczywiście - słowo ostatniej dekady co najmniej - artystyczny narcyzm. Na szczęście fakt, że Roy sam sobie na wszystkim zagrał sam jest najmniejszym problemem tego albumu. Fakt, na perkusji gruwił słabo, co najlepiej pokazuje otwierająca całość piosenka Songs of Praise, gdzie po wejściu w drugą zwrotkę wszystko dramatycznie zwalnia, by potem znowu przyspieszyć i tak dalej, a tzw. fille (czyli po prostu przejścia) pokazują częsty grzech tego rodzaju produkcji - instrumentalista próbuje zagrać tu więcej niż umie. Ale już z innymi instrumentami (a ich zakres jest rzeczywiście imponujący) radzi sobie co najmniej solidnie a przede wszystkim ze smakiem i umiarem. Aranżacje nie są przeładowane, a ilość ścieżek o dziwo nie odbija się na jakości. No jednak nie takie dziwo - to Abbey Road i m.in. Alan Parsons za konsoletą i rzeczywiście brzmi to całkiem dorzecznie. Osobiście mam to nawet na płycie CD (która przez długie lata była niedostępna), ale ostatnio słuchałem tego w jakimś nowym miksie na streamingach i wręcz powaliła mnie selektywność i bliskość (tak, pobliż, pobliż...) Tym bardziej szczęśliwie się to złożyło, że kolejny album solowy Roya brzmi o wiele gorzej, wchodzi wręcz w unsłuchability: wyraźnie nie to studio i wyraźnie za dużo ścieżek... Ale o tym może kiedy indziej.

Największym swoim wrogiem na Boulders jest sam Roy, no bo niby kto inny, ale jak wspomniałem nie w przerośniętym ego problem tkwi ale chyba właśnie w ego niedorośniętym. Single The Move i parę "album tracks"  wyraźnie pokazywało jak wspaniałym... a, powiem to: jak genialnym Roy był wtedy songwriterem. A tu  wyraźnie nie zaufał do końca swemu talentowi i parę razy przedobrzył z udziwnieniami i mrużeniem otrzka.

Pierwszy numer już nam daje niezły tego obraz, a potem bywa jeszcze gorzej. Songs of Praise to świetny pastisz gospel, wykonany z polotem i żarliwością (na wszystkich niemal zdjęciach we wkładce Roy ma na szyi pokaźny krzyż), w wykonaniu New Seekers utwór ten zresztą doszedł do wysokiego miejsca w konkursie Eurowizji. Wokal Wooda jest dość specyficzny i nie wszyscy strawią jego nieco koguci tembr, a jeszcze dorzucił do tego te "żeńskie" chórki, nawet nie falsetowe, tylko uzyskane techniką varispeed: Roy wyraźnie nagrał je w wolniejszym tempie i niższym rejestrze a potem przyspieszył. No nic, to tylko ornament i nie każdy zauważy (w 1993 mi to nie przeszkadzało), jedźmy dalej. Wake Up jest z kolei fantastyczna - to dość ckliwa ballada, ale na szczęście akompaniament jest dość oszczędny a do tego na sonicznej szachownicy Roy wykonuje wręcz olśniewający move: podaje rytm za pomocą wiaderka z wodą! Co do jednej tylko rzeczy - zarówno w tym utworze jak i w dwóch innych - nie mam jasności w ocenie: zamiast porządnej części środkowych dostajemy instrumentalne przełamania... Ujmę to tak: prawie nie odstają od świetnych zwrotek i refrenów.

Najlepsze na płycie ma jeszcze nadejść. Ale nie jest to dla mnie ani utwór Rock Down Low, który Starostin uznał za najlepszy, ani też Dear Elaine, który uznał za najgorszy (ja już z dwojga słabszego wolę ten). Pierwszy z nich w jakiś przedziwny sposób łączy estetykę debiutu ELO (wiolonczele w lewym kanale) z estetyką Wizzard (saksofony bardziej na prawo) i to nawet się nie gryzie, gorzej tym razem z jakąś ciekawą melodią, choć wiem, że nie o melodię w tym utworze chodzi... Elaine o dziwo została wydana na singlu i doszła do miejsca 18, bratobójczo rywalizując na listach z którymś numerem Wizzard, ale rzeczywiście dość się wlecze (wejście perkusji w ostatniej zwrotce tak ożywcze jak spóźnione) mimo ciekawej, rozłożystej melodii. Niestety oba te numery psują znowu te przyspieszone chórki, w Rock... występujące tylko w intro, ale w Elaine już prawie przez cały czas, aż się nóż w kieszeni otwiera i by pociął tę oczywiście narysowaną przez samego Roya okładkę. W nowszych wydaniach albumu mamy bonus z bardziej surową wersją Dear Elaine i brzmi o wiele lepiej, bo i chórki bardziej w tle i o dziwo Roy lepiej śpiewa, tylko zakończenie jeszcze mniej dopracowane...

Najlepszym utworem na stronie A jest dla mnie zdecydowanie pogodny utwór Nancy Sing Me a Song - prześwietna, podnosząca na duchu śpiewanka w stylu "akustyczny pop", bezpretensjonalna, solidnie wykonana z dbałością o szczegół (tamburyn w refrenie to z lewa, to z prawa). I jeszcze na koniec nieszablonowe wariacje ciążące raczej ku niższej melodii niż jak to zwykle bywa idące w górę, a jak dla mnie Roy Wood zdecydowanie lepiej brzmi w dołach. Bardzo podobna energia wyziera z otwierającego stronę B utworu All the Way Over the Hill. Kiedyś traktowałem ją jako wzorcowy utwór pop, ale po roku 2000 w popie nie występują już akustyczne gitary, więc trzeba o nim chyba myśleć jako o folk-rocku, hę? Melodia może nie jest tu zbyt porywająca, ale utwór ten stoi chórkami - w lewym kanale lecą przez cały czas kontrmelodie w stylu Mike'a Love z Beach Boys, a w prawym - przepięknie zharmonizowane dopowiedzi ( w dwóch momentach zapomniał dołożyć harmonii do jednego zaśpiewu, przecudne!). Ten bardzo ważny dla mnie numer, bo definiujący w pewien sposób moją estetykę (także na poletku twórczości własnej) zwieńczony jest smakowitym irlandzkim jigiem, porywającym pod względem energetycznym i imponującym pod względem wykonawczym - o dziwo tutaj, w zupełnie przecież nie swoim idiomie. Roy moim zdaniem zagrał najlepiej na całym albumie, wielkie brawa.

A to jeszcze nie wszystko - za chwilę pojawia się kolejny ujmujący utwór, znowu niby rzewny ale podszyty czarnym humorem, bo narratorem jest zepsuty komputer (w czasach napisania tego utworu, pamiętajmy, były one wielkości człowieka), który relacjonuje bycie naprawianym (to paradne!) przez piękną dziewczynę - niestety ostatecznie odkręca mu śrubki i komputer dokonuje swego elektronicznego żywota... O, i tutaj technika varispeed jest wykorzystana w sposób bardzo przekonujący! A na dodatek mamy krótkie, trafne i smakowite przełamanie właściwie jazzujące... Kolejny kandydat do najlepszego utworu na płycie.

Teraz wprawdzie występuje niezbyt potrzebny pastisz gatunku bluegrass pt. When Gran'ma Plays the Banjo... No, raz można przesłuchać, Roy na banjo gruwi bez zarzutu, choć za wiele kalorii utwór ten nie ma. Ciekawe, czy Kristen Wiig zna ten utwór, w jednym skeczu SNL pojawił się "Captain Sexy Banjo" z zagrywką w podobnym stylu... Ale oto następuje wielki finał, wiązanka trzech tematów rock'n'rollowych. Nominalnie nie jest to moja bajka (dlatego też nie przepadam za zespołem Wizzard), ale jeden z tych trzech elementów jest dla mnie wręcz olśniewający, chodzi oczywiście (dla kogo "oczywiście"?) o pastisz Everly Brothers pt. She's Too Good For Me. Wejście tego utworu przypomina mi równie olśniewającą przygodę z utworem Swing the Mood niejakich (niejakiego?) Jive Bunny & The Mastermixers, który często był grany w polskich radiach na przełomie lat 80-tych i 90-tych, kiedy mimo wszystko starej muzyki było w mediach jak na lekarstwo - tam między Elvisa i innych wsamplowano prawdziwych braci Everly i na tej pustyni bez wielogłosów było to podobnie ożywcze. W swojej Wiązance Roy oczywiście sam sobie nałożył dwugłosy (wyższa partia, czyli "partia Phila" chyba znowu lekko przyspieszona), ale ten fragment to coś więcej niż pastisz - to piękna opowieść o odrzuceniu o pięknej melodii podana z dyskretnym humorem i nareszcie występuje tutaj "middle eight" z prawdziwego zdarzenia. Nie wiem czy lepiej broniłaby się jako osobny utwór, dla mnie jej country'ująca poprzedniczka i to saksofonowe coś, co następuje później tylko podbijają jej wartość na zasadzie kontrastu. Nie wiem co to znaczy "robić lokomotywę", pewnie coś takiego jak u nas "robić węża" na potańcówkach, dla Roya Wooda mogę nawet buchać parą, zasłużył na to.

Chciałem dać ocenę 3 i 3/4, ale nakręciłem się i podwyższyłem do 4 gwiazdek. Być może fakt, że Roy Wood samodzielnie wgrał na swój album połowę orkiestry nie robi już na nikim wrażenia, ale tu nie chodzi tylko o tanie popisy, a na słabości aranżacyjne można machnąć ręką lub uchem, bo klasa wykonawcza jest tu łatwo wyczuwalna. Jedna być może rzecz sprawia, że album ten - jak i tysiące innych - ma dziś o wiele mniejszą rangę dziś niż w latach 70-tych: tyle się po nim na świecie pojawiło muzyki innej i ważniejszej, że te kawałki w sumie o niczym (no, jeden Rock Down Low w niepojęty i raczej nieprzekonujący sposób łączy bad town sinners i Wietnam) bardzo straciły na potrzebności. Ale może właśnie po to właśnie warto sięgnąć po tę płytę - tak po nic, jak drzewiej bywało.

  

wtorek, 14 listopada 2023

THE MOVE - Message From the Country

(okładka: Harvest, za Wikipedią)
Sister, I have touched the evergreen

Message From the Country           
              
THE MOVE                                                                   
              
1971

gatunek: rock, art rock, baroque pop, hard-rock, progressive,  
najlepszy numer: tytułowy i The Minister (a wliczając bonusy: Tonight i Chinatown)
best moments: harmonie wokalne (zwłaszcza w tytułowym)

Message From the Country * Ella James * No Time  * Don't Mess Me Up * Until Your Moma's Gone * It Wasn't My Idea to Dance * The Minister * Ben Crawley Steel Company * The Words of Aaron * My Marge   [+ bonusy]

* * * * 

Mojego pierwszego albumu The Move (składanka Fire Brigade) słuchałem gdzieś tak w roku 1989. Ostatni zaś album The Move miałem poznać niemal 20 lat później, gdy miałem dokładnie 30 lat, tuż przed tą nieszczęsną być może chwilą, gdy prawie cała muzyka była już w internecie na wyciągnięcie ręki i przez to nieco (nieco?) straciła na wartości. Nie udało mi się wcześniej wysłuchać ani fragmentu tej płyty. I co?

Dojrzał zespół i dojrzałem ja. To już nie była muzyka tak olśniewająca jak na pierwszych singlach. Pewnie taka nie miała być. W ogóle przecież nie miała być, album Message From the Country był nagrywany trochę na od... czepnego, równolegle z pierwszą płytą ELO, przez niemal taki sam skład, niemal w czasie tych samych sesji. I mimo że za tą dubeltówką stało dwóch naprawdę wielkich songwriterów, cudu być nie mogło i trochę dłużyzn jest.

I ostatni album The Move, i pierwszy album Orkiestry są dość nierówne, ale mimo wszystko różnią się i klimatem, i brzmieniem. Nie potrafię wskazać bardziej ulubionego, może jednak niniejszy? Na pewno trzem muzykom (którzy dwoili się i troili - literalnie, przez overdubbing - jak mogli) udało się w dużej mierze naprawić błędy popełnione na Looking On. Już nie tak łatwo wskazać utwory za długie i momenty zupełnie niepotrzebne, nastroje bywają różne, ale łączy je jakieś nieokreślone pogodne podejście. O tak, o ile album The Electric Light Orchestra jest ciężkostrawny i posępny, Message From the Country utrafił w szczęśliwie jasny ton. Po "sabbathowości" poprzedniego albumu został tylko utwór Ella James, ale i on przekręcił się w stronę popu. Czasem tych uśmiechów jest aż za dużo, co najlepiej słychać chyba w ostatnim na płycie utworze My Marge, wykrzywionym w takim uśmiechu, że bolą od niego mięśnie policzków, nie brzucha. O dziwo jest to jedyny utwór oficjalnie podpisany przez obydwu, powiedzmy, liderów, choć Roy Wood gdzieś tam wspomniał, że wiele piosenek na tej płycie było prawdziwymi kolaboracjami i podpisy pod utworami należy traktować umownie.

Tak, to dobrze słychać w tych nagraniach i to nie tylko dlatego, że - starym dobrym Move'owym zwyczajem - główni wokaliści wymieniają się przy mikrofonie w bardzo swobodny sposób czasem nawet podczas tej samej zwrotki. O ile z debiutu ELO trudno nie uczynić pojedynku między Royem i Jeffem, tutaj raczej rzuca się w ucho podziwu godna jednomyślność. Nawet Bev Bevan podpisał jeden z utworów (Don't Mess Me Up) a śpiewa inny (Ben Crawley) - akurat chyba o jeden z nich też jest za dużo, ale oba ujdą. Do listy nie do końca nieodzownych utworów dorzuciłbym jeszcze kolejny rock'n'rollowy pastisz - Until Your Moma's Gone, choć i ten może przykuć uwagę nieobliczalnymi partiami instrumentalnymi. No i tyle narzekań.

Z górnej półki albumu Message From the Country błyszczą się aż cztery piosenki podpisane przez Jeffa Lynne'a. No Time i Words of Aaron są z nich najlżejsze - ozdobione odpowiednio folkową i popową posypką, choć oba mogą zaczarować niespodziewanymi zwrotami melodycznymi i rytmicznymi, a w tym drugim dodatkowo dogaduje - po raz jedyny w historii The Move - the moog. Oczywiście w każdym z nich przesypują się piętrowe wielogłosy, ale na tej płycie to norma. O jeszcze jeden poziom wyżej stoją utwory The Minister i tytułowy Message From the Country. Pierwszy z nich jest niesamowicie zwarty i intensywny, choć dzieje się w nim wiele różnych dobrych rzeczy, od zaraźliwego acz niebanalnego motywu gitarowego przez żarliwie wyśpiewane, niesłychanie melodyjne zwrotki, refrenowe zatrzymanie aż po hipnotyzującą kodę na oboje (?) i (jedyny raz na tej płycie) wiolonczele, choć nie tak sążniste jak na debiucie ELO i wyraźnie przesunięte w dół miksu. Z kolei utwór tytułowy to istne cudo nakładek wokalnych, do tego jeszcze pogłębionych echem, choć nie stanowiłyby one żadnej wartości bez bazowej tęsknej melodii i przykuwającego uwagę tekstu. O właśnie, pełno na tej płycie niesamowitych one-linerów, choć wyśpiewanych z oczywistym przymrużeniem oczu. Jeszcze jeden element zwraca uwagę w tej niesamowitej piosence, twardy i zarazem melodyjny bas Roya Wooda, który na tej płycie brzmi zupełnie inaczej niż to co grał Rick Price. Tutaj akurat najprawdopodobniej partia Ricka nie została wymazana i można sobie te dwa basy porównać, ale znów - raczej się dopełniają niż ze prześcigują.

Dangerously the past explodes about my years. To cytat z bodaj najdziwniejszego utworu na tej dziwacznej płycie. Muszę przyznać, że dopiero dziś, po kolejnych niemal dwudziestu latach od pierwszego przesłuchania tego albumu, udało mi się go w pełni zrozumieć, docenić i zaczerwienić. It Wasn't My Idea to Dance przesycony jest kolejną nowinką z bogatej kolekcji instrumentów Roya Wooda - tym razem popiskuje na dudach, na dobre i na złe, bo miejscami jego partie przypominają wyczyny Rossa w słynnym odcinku przedweselnym Friends; ale też miejscami są o wiele bardziej zmyślne i dowcipne niż te pozostałe pastisze, a do tego innymi miejscami wydają się zakrawać (przypadkiem?) o jakąś wirtuozerię. Do tego dodajmy kanciastą melodię eksplorującą absolutnie nierockowe skale i otrzymujemy jedyny w swoim rodzaju na wskroś angielski posuwisty taniec rodem z dworskich przybudówek niedaleko kurnika. Fantastyczny utwór, choć czaił się pod płotem przez paręnaście lat, prawdziwa wiadomość ze wsi.

A to jeszcze nie koniec. Niegłupio przy okazji omawiania tej płyty wspomnieć o towarzyszących jej singlach (do znalezienia w bonusach na CD), czy raczej odwrotnie, bo to tylko dzięki niespodziewanej popularności utworów Tonight i Chinatown odrodziła się na chwilę popularność przybladłej gwiazdy i wytwórnia wymogła na The Move ten ostatni longplay. A te singlowe klejnociki są naprawdę cudowne, Roy Wood niejako żegna się nimi z okresem młodzieńczym, kiedy talent wręcz wylewał się spod jego długopisu. Tonight jest niebywale kojący, mimo że utrzymany w dość biegnącym tempie i mimo że melodia zwrotek należy do dość wymyślnych, z grą półtonami w zwieńczeniu kolejnych wersów. Jak on to zrobił, że jest to równocześnie tak trudne i tak wpadające w ucho? Dodatkowym prezentem jest w tym utworze tradycyjna wymiana wokalistów - gdy po dość chropowatym interludium Jeff Lynne za-trzyna śpiewać trzecią zwrotkę, mamy tu do trzy-nienia z jakimś drobną bezinteresowną cudownością, za którą trudno nie pobiec, jak za niezasłużoną nadzieją. Z kolei Chinatown łączy w swojej trzyminutowej historii tak dużo frapujących motywów melodycznych,  harmonicznych i aranżacyjnych, że trudno nie dać im się olśnić, choć ponownie nie są to rozwiązania proste. I znowu muzycy The Move mrużą tu oczy niemal do bólu mnożąc orientalne skojarzenia - i łatwiej przez to przełknąć straszliwą linijkę surely you know the likes of me should be left alone

Bo to nieprawda, ta płyta nie nadaje się do samotnego odsłuchiwania. A jeśli już, to przynajmniej zaprasza, żeby od razu potem się odezwać. Bo takiego uśmiechu nie można marnować.

poniedziałek, 13 listopada 2023

THE MOVE - Looking On

(okładka: Fly (za wikipedią)
 there's a pain inside my chest where my soul should be  

Looking On                                    
THE MOVE                                                                   
              
1970

gatunek: hard-rock, progressive,  
najlepszy numer: Brontosaurus
best moment: fraza kończąca gitarowe solo w Looking On



Looking On * Turkish Tram Conductor Blues * What ? * When Alice Comes Back to the Farm * Open Up Said the World at the Door * Brontosaurus * Feel to Good  * [+ bonusy]

* * *

Niby powinno być zupełnie inaczej niż ostatnio, bo zespół The Move dokonał bardzo istotnej zmiany w składzie i diametralnie odświeżył (dobrze, że przy tym nie odświe-umarł) brzmienie...  Ale problem pozostał dokładnie ten sam: mamy tu sześć niezłych piosenek, z których prawie wszystkie są dużo za dugie. So long, Artie, so long!

Tym nowym Muwem (czy tak się powinno go nazywać w dzisiejszych czasach, gdy każdy się o wszystko obraża?) został znany skąd inąd Jeff Lynne - na razie bardziej z inąd, bo z wesołkowatego zespołu Idle Race, któremu magazyn Jakiś Tam Music wróżył bycie drugimi Beatlesami, a to dobre... Jeff znał się z Royem Woodem od dawna i do przystąpienia do składu był cokolwiek niechętny. Gdy przystał, właściwie przesądził o upadku zespołu The Move. Looking On miała być ostatnią płytą naszych domorosłych gangsterów z Birmingham, a że taką się nie stała, to... chyba świetnie!

Jeff Lynne był w 1970 roku bardzo sprawnym gitarzystą i już w pełni ukształtowanym, jeszcze lepszym kompozytorem. Niestety był też dość drewnianym pianistą, żeby nie powiedzieć fortepianowym łamagą, a tu akurat zespół postanowił rozszerzyć instrumentarium miedzy innymi właśnie o pianissimo (Jeff nawet gra tu dość katastrofalne solówki). To wszystko wpisywało się w grubszy błąd, bo także Roy Wood postanowił rozszerzyć s w o j e instrumentarium. Akurat ten tu zawodnik był jak Brian Jones - potrafił szybko opanować każdy instrument i się popisywać, ale i on przedobrzył: od tych nałożonych na siebie w jednym z utworów dwóch obojów (lub obu dwojów, żart) robi mi się obu-marle. Innym wynalazkiem Roya z tego okresu było banjo ze zdemontowaną częścią obudowy i włożonym do środka mikrofonem. Nasz żartowniś nazwał to cudo bandżarem i mitował nim sitar w dwóch kawałkach o proweniencji hard-rockowej. No i jak wypadło? - zapytał ktoś na chodniku pod oknem.

Miałem kiedyś takiego dentystę (panie Jerzy - pozdrowienia!), który prezentował osobliwy model empatii w stosunku do pacjenta. Pytał czy boli i jeżeli się skinęło twierdząco głową, to on rzucał siarczyste słowo i pacjentowi robiło się bardziej uśmiechnięcie. Poniekąd podobne mam odczucia co do tego tutaj albumu - BOLY wprawdzie, że dosłownie każdy utwór (może poza Brontosaurusem) jest w moim odczuciu wyraźnie za długi, ale trudno się przy tych żarcikach - miejscami - NIE UŚMIECHNĄĆ (nawet z wiertłem między zęboma), bo przeprowadzone zostały w sposób jak zawsze w przypadku tego zespołu dość ujmujący. Dwa najkrótsze utwory wysłano na singlowy bój (o-bój!), co pokazało z jednej strony, że Roy się trochę wypstrykał twórczo, bo zawsze dotąd na single komponował osobno; a z drugiej strony trochę się tam ktoś przeliczył, bo utwór When Alice Comes Back to the Farm, mimo że akurat w zestawie najkrótszy, absolutnie "singlowy" nie był. No i przepadł, chyba słusznie. Bronosaurusowi powiodło się lepiej, bo to akurat świetna, no i na szczęście dość zwarta kompozycja. Służy jej bardzo - w odróżnieniu od chyba wszystkich pozostałych numerów - przełamanie rytmiczne na końcu i ogniste sola tym razem na przesterowanej gitarze slide. To chyba jedyny tak naprawdę "kanoniczny" numer Move na tej płycie, brawo Roy!

Akurat te singlowe utworky  reprezentowały "Sabbathową" część albumu Looking On, Ja akurat Sabbathów nie słucham, ale znawcy wyraźnie wskazują na bezpośrednią inspirację, chodzi zwłaszcza o te radykalnie ciążące ku dołowi gitary. Najlepiej słychać te wpływy w otwierającym album utworze tytułowym, który trzyma w napięciu dzięki dziwnemu połączeniu rzewnej melodii z masywnym riffowaniem (zdarzył się nawet dość sycący sprzęg!) No i co? Na wysokościach czwartej minuty Sabbathowski sznyt zostaje przełamany i doznajemy trzyminutowej kody najpierw z bandżarem od przodu, a potem z gitarą od tyłu, a to wszystko na dość nieznośnym podkładzie czytaj pitoleniu a la sziódmy Dave Brubeck po kisielu. Aha, w środku tego dżeza-wi jest jeszcze kolejne przełamanie z obojami.

Z kolei najdłuższym na płycie utworem jest niemal dziesięciominutowe pseudogospelowe... nic specjalnego autorstwa niestety także Roya Wooda. Gdyby to skrócić do dwóch i pół minuty, to byłoby to nawet przyjemne, a tak... no cóż, dużo pianina... Jeszcze jeden utwór (oprócz najlepszego - do czasu - tytułowego i tych singlowych) dołożył Roy, choć w epoce ten numer przypisano sympatycznemu Bewowi. No cóż, parafrazując "Pana Samochodzika", po wielogodzinnych oględzinach okazało się, że srebrne kielichy okazały się złote i wysadzane drogocennymi kamieniami. 

A może odwrotnie.

Jeff Lynne dołożył dwie swoje kompozycje. Pierwsza właściwie brzmi jak ELO i jak większość ballad tego (już niedługo mającego nadejść) zespołu może wzruszyć przepiękną melodią i aranżacyjnym rozmachem (choć na razie zamiast smyczków w tle - bogate wielogłosy) i zaskoczyć hm... zaskakującym tekstem. Ale i ten numer jest za długi (może o solo donikąd na przekaczkowanych gitarach, a może o przełamanie w innym metrum), dlatego wycofuję czerwony kolor ze znaku zapytania w tytule. Z kolei Open Up... ma najbardziej zaraźliwą, beztrosko-Beatlesowską melodię, no ale szybko grzęźnie w wyjątkowo jak dla mnie niechlujnych solówkach, a potem w kolejnej nietrafionej kodzie, tym razem na bębny od tyłu i jakieś dziwaczne chóralne zaśpiewy.

No i tak się toczy toczy ten long uroczy... Zaiste - long play, niestety. Niby jest jak zawsze eklektycznie, ale to eklektyzm pozorny, bo wszystko jest grane tak samo, z takim samym... n i e p r z e k o n a n i e m? Dla mnie to najsłabszy album The Move, ale znam takich, że - jeżely pan pozwoly - sz pszyjemnością! Zerknijmy na Ol Mjuzik? O, też dali trzy gwiazdki. Może pójdę tam pracować, w szkszydle polskim.
 
Najważniejszą chyba rzeczą, która zdarzyła się podczas sesji do tego albumu była inna piosenka Jeffa Lynne'a - 10538 Overdrive. Zrobiła ona na Roy'u wrażenie tak wielkie, że panowie liderzy zgodnie postanowili zostawić ją na projekt większy niż ot, nowa płyta The Move. Chyba słusznie.

P.S. (ajlowju) Różne wydania płyty niniejszej i poprzedniej prezentują różne (czasem mało logiczne) wybory bonusów. Zazwyczaj do wydania Looking On na CD dodawany jest - między innymi - utwór Lighting Never Strikes Twice. O dziwo, napisał go basista Rick Price i śpiewają go z Roy'em na dwa głosy. Świetny numer! Chyba nawet bardziej przebojowy niż Brontosaurus, dla którego był stroną B. I akurat tutaj przełamanie z bandżarem ma sens, jest wręcz, na swój "b-side'owy" sposób, olśniewające! I może znacząco podwyższyć ocenę albumu, ale to akurat najmniej ważne.


czwartek, 27 lipca 2023

THE MOVE - Shazam!

(Regal Zonophone)/Wikipedia
 she stills means all the world to me, you know she does

'Shazam'                          
THE MOVE                                                                   
              
1970

gatunek: rock, hard-rock, progressive,  
najlepszy numer: Fields of People
best moments: kaskady gitar w Fields of People i wszelkie wielogłosy

Hello Suzie * Beautiful Daughter * Cherry Blossom Clinic Revisited Fields of People * Don't Make My Baby Blue * The Last Thing On My Mind * [+ bonusy]

* * * i 3/4 

Przez te dwa lata od wydania pierwszej płyty zarówno naokoło The Move jak i wewnątrz zespołu pozmieniało się niemal wszystko. Zespół wprawdzie zaliczył swój jedyny w historii hit numer 1 (Blackberry Way), ale nieudana trasa po Stanach i rozliczne napięcia przełożyły (a raczej: przełoumarły) się na zmiany w składzie i stylistyce zespołu. Te drugie najlepiej obrazuje odkopany w sumie nie wiadomo po co utwór Cherry Blossom Clinic, który z psychodelicznego (a nawet psychiatro-delicznego) straszydełka przerodził się w utwór właściwie hard-rockowy, do tego rozbudowany o do bólu humorystyczne wstawki od Bacha do Czajkowskiego. No i ten nadzwyczaj płodny band z różnych powodów przedstawił na swoim sofomorskim albumie tylko sześć utworów, i to jest tej płyty słabość największa - absolutnie obysześć jest za długich, po prostu.

Nawet nie chodzi o to, że tylko stronę A tym razem napisał Roy Wood (w tym zresztą dwa kotlety zostały odgrzane, utwór Hello Susie wydal wcześniej zespół Amen Corner). Covery ze strony B zostały dobrane dorzecznie i wykonane - miejscami - podniebnie, czy nawet podtakbtak, żeby trochę przysporzyć tej płycie pozytywnych wajbsów, które latają w za mało tu piosenkach. Cóż z tego, że Fields of People olśniewa aranżacyjnymi fajerwerkami, skoro jest po kiego grzyba rozwleczony do dziesięciu minut, z których ostatnie trzy przepadają na jakąś pseudo-ragę rodem z nadplutych przedmieść Birmingham. Nie inaczej jest z resztą utworów, w każdym z nich jest coś grubo lub chudo niepotrzebnego, nawet niezmiernie urocza Beautiful Daughter jest ozdupiona wstawkami gadanymi, niby ankietą uliczną, która też powtórzona jest na stronie B, co niby daje wrażenie "concept-albumu". Taki concept album mógł jednak napisać tylko niejaki Erich von Dänikąd, hłe hłe.

Gdyby te utwory miały wszystkie po dwie, trzy minuty i gdyby uzupełniono je singlowymi perełkami typu wspomniane Blackberry Way, Curly czy Omnibus, album miałby u mnie niechybnie pięć gwiazdek, bo to nie jest tak, że zespół zatracił wszystkie swe talenta. Co więcej, wiele odjechanych walorów ciągle tutaj lśni, zwłaszcza niespodziewanie jak na takie ucholiczności podnoszącej na duchu pieśni (no właśnie, szkoda że nie "piosence") Fields of People, która przez gburowate dogadywania z offu odziera oryginał amerykańskiej formacji Ars Nova z pseudomistycznego patosu. W Last Thing On My Mind zespół ponownie rozmieszcza trzech głównych wokalistów w w zupełnie nielogiczny i genialny sposób, z kolei znów hard-rockowe Don't Make My Baby Blue to ujmujące pożegnanie z zespołem Carla Wayne'a, swym matowym barytonem wyciągnął tu naprawdę zapierające dech w piersiach górki. Cóż, oba te utwory ciągną się przez sześć i siedem minut i naprawdę nie ma ku temu wystarczających przesłanek, bo przy wszystkich swoich talentach nasi koledzy po prostu nie byli porywającymi instrumentalistami. 

(A może to tylko znak czasów i mojego znudzenia miliardami utworów dostępnych na skinienie dłoni? A może to jednak zespół miał rację i trzeba zaopatrzyć się w winyl, wyłączyć wszystko inne i zanurzyć się w tych dźwiękach?

Nieee...)



piątek, 14 lipca 2023

THE MOVE - Move

 in the world of fantasy you'll find me          

Move                           
THE MOVE                                                                   
              
1968

gatunek: pop-rock, psychedelic pop, 
najlepsze numery: połowa z nich
best moments: flety i oboje we Flowers, kwartet smyczkowy w Lemon Tree, chórki imitujące syrenę straży pożarnej & many more

Yellow RainbowKilroy Was Here(Here We Go Round) The Lemon Tree * Weekend * Walk Upon the Water * Flowers In the Rain * Hey Grandma * Useless InformationZing! Went the Strings of My Heart  * The Girl Outside  * Fire Brigade  * Mist On a Monday Morning Cherry Blossom Clinic [+ bonusy, dużo bonusów]

* * * * *

Miałem duże szczęście do The Move, a on do mnie. Jakimś cudem mój kolega Marcin z piętra niżej miał w zbiorach winyli swojego ojca swoiście legendarny krążek Fire Brigade. Nie wyobrażam sobie dziś lepszego wejścia w świat piosenek Roya Wooda. Owszem, wszystkie utwory na tej składance były jego autorstwa i może właśnie dlatego ten album brzmi do dziś bardziej spójnie niż którykolwiek z czterech katalogowych longplayów The Move. Co więcej, jak na zespół (kanonicznie rzecz biorąc) z nie do końca pierwszego garnituru szeździesiony, dyskografia chłopaków z Birmingham trzyma się wyjątkowo dobrze na rynku - różnych wydań podstawowych płyt jest w zasadzie od groma, a do tego jeszcze koncertówki, rarytasy, frędzelki... Nic, tylko słuchać i słuchać, a warto, bo to moim (niekanonicznym rzecz dając) zdaniem zespół numer trzy.



Debiutewna płyta jest chyba najlepsza, bo - mimo miejscowych załamań i przy całym charakterystycznym dla The Move eklektyzmie - jest najrówniejsza. Niełatwo zresztą je porównywać, bo wszystkie nagrano w innych składach i na tych czterech longach wystąpiło w szortach bagatela siedmiu lead vocalistów.  Na niniejszej śpiewa cała nasza pierwsza piątka, najlepiej chyba o dziwo Ace (o dziwo, bo nominalnie głównym wokalistą był Carl), najgorzej - Bev. Zresztą numer z Bevanem to wygłup, w którym poza ostatnim akordem wokalnym (zing-zing-zing-ziiing) nie ma nic długotrwałego. Bębni za to potężnie i zawadiacko, i aż w dwóch numerach ma krótkie solówki, które nawet dobrze siedzą w kompozycjach. Dobre i to.

Ale płytę otwiera matowy głos Ace'a Kefforda, najbardziej niedocenionego członka zespołu, który zresztą najszybciej od niego odpadł w niefajnych okolicznościach. Owa Yellow Rainbow to zresztą najbardziej nowocześnie brzmiący utwór na tej nieszczęsnej pod tym względem płycie, która została wydana parę miesięcy po czasie (zespołowi skradziono gotowe już taśmy z nagraniami i trzeba było dużo rzeczy powtarzać), gdy psychodelia, na której The Move wypłynęli singlami w roku poprzednim, była już passé. Ale ten utwór jest zbyt twardo zagrany jak na płochą psychodelię, a i tekst jest w sumie ironiczny, z zatem antypsychodeliczny (zauważyli Państwo jak w tych narkotycznych obłokach w sumie mało jest humoru?) Wątków auto- i pociągo-ironicznych jest na tej płycie zresztą więcej, może dlatego, że na szczęście Roy Wood ponoć nigdy nic nie brał.

Lidera słychać na wierzchu dwugłosu drugiego utworu, ale dopiero w następnym Roy w pełni rozkłada kolorowe skrzydła. Już na pierwszy rzut ucha i trochę wbrew jego koguciemu śpiewowi sprawia wrażenie niezwykle wrażliwego i obdarzonego wielką wyobraźnią i wręcz niebiańską lekkością twórcy, któremu te zgrabne piosenki jakoby wylewały się od niechcenia z brzucha czy czego tam. Podobne oleje słyszę u młodego Syda Barretta, natomiast Roy trafił na kolegów o wiele bardziej nieokrzesanych niż studenciaki architektury. I taki, nie waham się powiedzieć "penerski" odpór jaki stawiali wrażliwemu Royowi zwłaszcza Carl i Trevor (ten pierwszy na wczesnych koncertach rozwalał siekierą podłączone do sieci telewizory, drugi miał emploi wręcz... więzienne) wytwarzał bardzo interesujące napięcie stylistyczne, nie na darmo John Lennon określił zespół Move jako "Hollies z jajami". O ile zatem środkowa część Lemon Tree oparta niemal wyłącznie na niesamowicie zaaranżowanej partii kwartetu smyczkowego ukazuje zespół w odcieniu najbardziej wyrafinowanym i subtelnym, o tyle chropawe wokale Trevora Burtona w kolejnym na płycie Weekendzie są na wskroś rockowe i przyziemne. I tak przyjemnie acz kaprawo ta płyta będzie toczyć się do świetlanego "psychicznego" końca. Ale zanim na scenę wtoczy się rzeczona, zupełnie odjechana skarga na temat kruchości naszej mentalnej kondycji (Cherry Blossom Clinic - jakież tam są straszne trąbki!), posłuchamy kilku absolutnych perełek brytyjskiego pop-rocka ze środka lat 60-tych. I Useless Information z niesamowitymi chórkami, i Flowers in the Rain z niesamowitymi orkiestracjami zakreślonymi ręką Tony'ego Visconti'ego, i Fire Brigade z niesamowitym wszystkim mogą stanowić wzorzec mądrego, bezpretensjonalnego grania z tamtych czasów, można by to wysłać w kosmos i zapraszać ufoków do cofnięcia czasu. A przecież to jeszcze nie wszystko - jest po drodze niesamowicie urokliwie przyczajona Girl Outside i zbolała Mist On a Monday Morning. Wszystko to wyszło spod pióra Roya Wooda, ale brawa należą się całej naszej piątce.  Jest w necie kilka występów telewizyjnych pierwszego składu The Move - niezłe to były ziółka, prawdziwa DY MÓWA!

Z uwagi na trzy zawarte w programie covery, album być może nie zasługiwałby na maksymalną ocenę, na szczęście rozbuchane wydania CD zawierają tyle smakowitych kąsków (chodzi tu głównie o piosenki wcześniej wydane na singlach), że każdy może sobie zestawić swój własny debiut Move na pięć gwiazdek. U mnie na taką płytę weszłyby singlowe I Can Hear the Grass Grow i Night of Fear, ale też - przede wszystkim - niezwykle zadziorny utwór Vote for Me, który wyleciał w ostatniej chwili z albumu, bo zespół nie chciał spowodować jeszcze jednej kontrowersji po tym gdy został pozwany przez premiera Wielkiej Brytanii. To jednak doskonały utwór, bardzo zresztą podobny strukturalnie do Yellow Rainbow, ale zaaranżowany jeszcze bardziej klarownie niż tamten i wykonany z jeszcze większym ogniem. Autorem utworu jest oczywiście Roy Wood.