sobota, 23 maja 2026

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - Zoom

Maybe I was weak when I should have been strong

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA
Zoom

2001

gatunek: pop-rock
best song: zdecydowanie Lonesome Lullaby
best moments: zakończenie State of Mind, i mimo wszystko wszystkie bardziej rozbudowane wielogłosy (zwłaszcza te w Ordinary Dream)

Alright  * Moment In Paradise * State of Mind * Just for Love  * Stranger On a Quiet Street * In My Own Time * Easy Money * It Really Doesn't Matter * Ordinary Dream * A Long Time Gone * Melting in the Sun * All She Wanted * Lonesome Lullaby 

 *** i 1/4

Nie wiem jak to się stało, że ten album w epoce mnie ominął, może nie zdążyłem go kupić w sklepie, a może zbyt ochoczo zaufałem jakiejś niepochlebnej recenzji? Uprzedzając, spoilerując i nieźle sobie przy tym z Państwa dworując (taki żarcik do rymu) - nie mam czego żałować, choć muszę przyznać, że to odkryte przeze mnie po 25 latach wiekopomnie dzieło zaskoczyło mnie raczej pozytywnie. Najważniejsze okazało się jedno: nie mieć wobec Zooma żadnych oczekiwań.

Recenzja będzie niedługa, bo sprawa jest bardzo prosta. 15 lat po wydaniu niefortunnego Balance of Power, Jeff nie stracił właściwie nic ze swojego songwriterskiego sznytu: na płycie nie ma słabej piosenki i na pozór wszystko się zgadza, bo dużo jest tu melodii i nawet trochę dawnego rozmachu. Są firmowe chórki, dopowiedzi, falsety... Nawet gdzieś z tła przebijają smyczki. Problem w tym, że Jeff zupełnie stracił czucie rynku i - tylko mu nie mówcie - (to oczywiście moje subiektywne zdanie) zmysł producencki! Produkcja jest płaska i nudna i momentami brzmi to trochę tak jakby Jeff realizacyjnie sabotował dawne dokonania (przy okazji balansując songwritersko na granicy auto-pastiszu. Nie ma zupełnie tego dawnego wrażenia pełni i tego, że się p r z e l e w a. Niestety w zamian nie dostajemy też żadnej, nie wiem, "raw energy". Owszem, trochę to bardziej kopie niż Balance of Power, ale tak jakby kopało sześcioletnie dziecko. A z tym wyczuciem rynku chodzi mi o to, że płyta jest bardzo gitarowa, a rola instrumentów klawiszowych została ograniczona do minimum (Richard Tandy wystąpił tylko w jednej piosence, a resztę śladowych partii dograł Jeff)... A tu pech chciał, że właśnie mniej więcej w 2001 roku z mainstreamu znikły gitary akustyczne, a elektryczne zeszły na dalszy plan...

Z całym szacunkiem do Jeffa, nie bardzo chce mi się wnikać, co tam się u niego ciekawego działo przez te 15 lat. Wiemy, że pomagał Beatlesom przy Antologii i przy projektach solowych i ładnie się chłopaki odwdzięczyły. George oderwał się trochę od swoich mantr i zagrał slide'm solówki w dwóch utworach, co było niestety jednym z jego ostatnich twórczych działań przed dość przedwczesnym odejściem. Dwa kawałki, w których przyszło mu zagrać należą do tych bardziej rockowych, które wydają mi się bronić gorzej od tych bardziej nastrojowych, ale właśnie doczytałem, że A Long Time Gone odnosi się do śmierci mamy Jeffa, co dodaje tej pieśni dodatkowej głębi (drugim Harrisonowym momentem na płycie jest utwór przedostatni). W ogóle teksty na tej płycie są bardzo zgrabne, choć generalnie niewesołe, nie dziwota w wieku pięćdziesięciu kilku lat...  Ringowi przypadł za to w udziale ujmujący Moment of Paradise, utwór być może najbardziej przypominający klimatem piosenki ze złotego okresu ELO.  Utwór otwiera chwytliwy motyw klawiszowy, który jako żywo przypominał mi początek jakiejś piosenki Skaldów - zabrało mi to parę kwadransów, ale doszedłem do tego, że chodziło mi o Sto tysięcy złotych - proszę sprawdzić. Ringo puka tu jak to on, niby nic specjalnego, ale... A drugi utwór z jego udziałem to znowu "rockers" - Easy Money, nic wielkiego. Ale ale... czy Jeff nie krzyczy tam przed solówką gitary do samego siebie "take it, Jeff?" Oby nie...

Gości na płycie jest więcej, ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia (łącznie z udziałem Beatlesów), bo całość brzmi trochę tak jakby to Jeff nagrał wszystko sam. Owszem, niektóre utwory, zwłaszcza ostatni, przykuwają bardziej uwagę niż inne, ale nawet i one wydają się tonąć w jakiejś mieliźnie, przeciętnczyźnie - czy to aranżacyjnej, czy to realizacyjnej. Niby na głos i czasem instrumenty są tu nałożone stare dobre efekciki - tu tremolo, tu dilejik, tam fazer - ale te wszystkie rzeczy  jakoś nie mogą się przebić z tła, zupełnie nie błyskają w stereo i nie a t a k u j ą jak dawniej przepychem i figlarnymi iskierkami. Posunąłem się nawet do tego, że nauczywszy się szybko niektórych z tych jak dawniej fajnych melodii w refrenach, sam sobie dostawiłem jeszcze jeden falset w górze i od razu zaczęło to przypominać dawne trzasy.

Dziwnie się tej płyty słucha zbliżając się do wieku Jeffa podczas jej nagrywania. A więc to tak teraz będzie, szaroburo i jakby zza jakiejś matowej szyby?






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Autor zastrzega sobie możliwość usuwania komentarzy wulgarnych lub niemerytorycznych w trybie natychmiastowym