Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A13 The Byrds. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A13 The Byrds. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lipca 2012

The BYRDS - Byrds


funny how the circle is a wheel

The Byrds
BYRDS
1973

genre: rock, country rock, pop rock,
best song: Changing Heart
best moment: śpiew McGuinna w Sweet Mary

Full Circle * Sweet Mary * Changing Heart * For Free * Born to Rock & Roll * Things Will Be Better * Cowgirl in the Sand *  Long Live the King * Borrowing Time * Laughing *(See the Sky) About to Rain

* * *  i ½

Chyba jednak dobrze, że marzenie pokoleniowe się nie spełniło i Beatlesi nigdy się nie zeszli. Nie było niepotrzebnego jęczenia. Czy ktoś kiedyś widział udany re-union? Czy ktoś kiedyś wszedł do tej samej rzeki?

The Byrds byli chyba pierwszym jakby nie było Wielkim Zespołem, który zszedł się po latach w klasycznym składzie i nagrał nową płytę, wyprzedzając o rok czy dwa brytyjskich kolegów ze Small Faces i The Animals. I trzeba od razu napisać najlepiej dużymi literami: NIE WYSZŁO WCALE TAK ŹLE. Wbrew temu co zwykle na temat tej płyty piszą krytycy i krzyczą byrdsowi ultrasi. Nie ma zresztą co się im dziwić, nostalgia potrafi odebrać zdrowy rozum. Bo z albumem Byrds jest tak, ze owszem może się podobać, i to momentami bardzo, tylko wtedy gdy zapomni się o zeszłorocznych śniegach.

Kluczową zasługą pięciu Ojców Założycieli było to, że nawet nie próbowali odtworzyć mniej lub bardziej duszn… chciałem powiedzieć: słusznych brzmień ze złotych lat ’65-’67, co sprowadziłoby się w praktyce do odgrzewania wody po hippiesowskim kisielu. Muzyka rockowa była w roku 1973 w zupełnie innym miejscu, mówiąc bez ogródek: na skraju przepaści artystycznej i technologicznej w którą miała zaraz wpaść i Starsi Panowie Byrds raczyli to zauważyć. Jeśli jednak ktoś musiałby chwycić się jakiejś brzytwy powiązań, to można przywołać płytę Turn! Turn! Turn!, którą niniejszy album miejscami przypomina. Albo odwrotnie: to tamten miejscami zawadzał o brzmienia, które zdominowały płytę Byrds.

Okazuje się bowiem, że płyta jest przede wszystkim konsekwentnie akustyczna. Gdzieniegdzie pojawia się Rickenbacker, ale na pewno nie na pierwszym planie, a nawet jeśli (Born to Rock & Roll) to bardzo mało zostało z tamtego lejącego klangu. Podstawę brzmienia stanowią bezsprzecznie gitary akustyczne, a „mgłę robią” tym razem najczęściej mandoliny Hillmana, które w połączeniu z harmonijką Clarka (na szczęście nie nadużywaną) skutecznie pchają The Byrds 1973 Sound w otchłanie bluegrassu. Odskocznią od niego bywają wybijane na tępych akordach brzmienia american-rockowe, ale te dwie płaszczyzny soniczne nie skaczą sobie do gardeł, gdyż jako się rzekło materiał jest dość spójny, a pożądaną różnorodność zapewnia nie wymiana instrumentów ale raczej osobowości songwriterskich.

Przypomnijmy: Gene Clark po odejściu z zespołu prowadził cenioną działalność solową, Crosby podbijał stadiony z zespołem Crosby Stills Nash i czasem Young, Hillman dalej eksperymentował z country-rockiem w zespole Flying Burrito Brothers, w którym po jakimś czasie znalazło się nawet miejsce dla Michaela Clarke’a, a McGuinn nagrywał coraz mniej zauważane płyty Byrds z różnymi składami. Jest to o tyle ważne, że zwabieni do wspólnego nagrywania zgrabną ponoć sumką, pozostali osadzeni w swoich stylistycznych okopach. I powinno było to płycie wyjść na dobre, bo żaden z czterech kompozytorów nie zdominował poczynań jak to bywało wcześniej – wszyscy zgodnie wnieśli na płytę po dwa utwory i dopełnili miejsca dwoma numerami Neila Younga i jednym Joni Mitchell.

Tak naprawdę jedynym niewydumanym problemem płyty Byrds było to, że nie wszyscy dawni mistrzowie byli tu u szczytu formy. Im płyta zmierza głębiej w działkę Crosby’ego (i Younga), tym bardziej traci na nerwie i blasku. Wszystko zaczyna się jednak od trzech numerów niemal genialnych. Otwierający całość Clarkowy Full Circle to przyjemne melodycznie rozważanie nad nieprzewidywalnością wydarzeń - złociste harmonie i srebrzyste mandoliny sprawiają, że łatwiej się pogodzić z tym, że nic nie jest na zawsze. Druga piosenka Clarka ma nawet zmianę w tytule i choć jest bardziej zrezygnowana w przesłaniu, to pod względem kompozycyjnym (ach ten melizmat zwieńczający niedopowiedzianą zwrotkę) i aranżacyjnym (ach te bogate harmonie rozmawiające ze sobą na dwóch planach przestrzennych) jest prawdziwym majstersztykiem. Pomiędzy nimi rozgrywa się dramatyczny numer współstworzony przez McGuinna, o tym że nie umie podołać miłości, śpiew i solo i w harmoniach jest tu wręcz rozdzierający. Gdyby cała płyta była jak te trzy pierwsze utwory, to kot wie czy nie byłaby najlepszym dziełem zespołu w ogóle. Niestety po obiecującym otwarciu (najlepszy wokal Crosby’ego na płycie), przeróbka piosenki For Free przenosi po raz pierwszy poczynania naszych ulubieńców na mielizny melodyczne i emocjonalne. I ten jeden raz nawet nieskalane harmonie nic tu nie pomogą. Kolejny numer McGuinna też już nie jest taki nieodzowny jak poprzedni, ale przynajmniej ożywia całość i pozwala zauważyć, że Michael Clarke nareszcie nabrał rockowego strzała. Na scenę wchodzi Hillman ze swoim niepoprawnym optymizmem i zwłaszcza po niespodziewanej zmianie tonacji album nabiera rumieńców, zwłaszcza w suspensie kończącym refren, godnym najlepszych współbrzmień zespołu Crosby Stills & Nash. Z drugiej strony nie jest to niewiadomoco i dobrze, że muzycy nie przeciągają struny (dwie piosenki Hillmana są najkrótsze na płycie). Pierwszy z coverów Neila Younga jest dość nijaki w partiach solowych, ale – ponownie – gdy wchodzą harmonie, robi się błogo. Szkoda, że nie zauważył tego Crosby, bo jego działka zgodnie uważana jest za największe rozczarowanie płyty. Jeszcze pierwsza jego propozycja: Long Live the King trzyma się w ryzach, choć słychać, że Dave odbiegł tak daleko od swojej delikatnej stylistyki z połowy lat sześćdziesiątych jak daleko był od swojego dawnego image’u bez wąsa. Pogodny i energiczny numer Hillmana i Lali Borrowing Time daje bardzo przyjemnego kopa i tutaj niestety można wyłączyć płytę, żeby nie zatracić dobrego nastroju, gdyż ostatnie dwa numery niestety rozmieniają go na drobne czy raczej nijakie, dobrze pokazując co może być najgorszego w amerykańskim rocku podszytym country. Narracja toczy się powoli i leniwie. Tak też może toczyć się ściek, jeśli nie da się wodzie dostępu do powietrza. W obu utworach na do widzenia bywają bardzo kaloryczne momenty, tylko komu chciałoby się do nich dotrzeć w tej nudzie wolnej jak zdechła tatanka na stepie

Wznowiony zespół rozpadł się jeszcze przed zaplanowaną trasą koncertową i album niesłusznie przepadł w meandrach rockowej historii, bo wcale nie był tak zły jak się go przedstawia. Przy okazji McGuinn, Clark, Crosby, Hillman i Clarke (wymieńmy ich razem bo nigdy już nic w takim składzie nie nagrają) dość nieoczekiwanie pokazali, że jeśli coś przetrwało  w   n i c h    s a m y c h  z własnej spuścizny artystycznej to o dziwo ani nie przekraczanie granic gatunkowych, ani sygnałowe brzmienie Rickenbackera, ani nie eksperymenty z efektami dźwiękowymi, ale – tu się uśmiechnoł – złociste harmonie wokalne. Dla takich dwu-,  trzy-, i czterogłosów, którym udało się rozświetlić prawie każdą udaną i mniej kompozycję  na płycie warto zdobyć ten album i zatoczyć pełne koło.

sobota, 30 czerwca 2012

The BYRDS - Sweetheart of the Rodeo


nothing is better, nothing is best
take care of your heath and get plenty of rest

The Byrds
SWEETHEART Of The RODEO
1968

genre: country, country rock
best song: You Ain’t Going Nowhere
best moments: uderzenia w talerz w Nothing Was Delivered

You Ain’t Going Nowhere * I Am a Pilgrim* The Christian Life * You Don’t Miss Your Water * You’re Still On My Mind * Pretty Boy Floyd * Hickory Wind * One Hundred Years From Now * Blue Canadian Rockies * Life In Prison * Nothing Was Delivered

* * *

Różnica między tym a poprzednim albumem Byrds jest wręcz straszna i nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Postulat ucieczki od wtórności wydaje się być wręcz obiektywnym kryterium wartości w muzyce rockowej, a świetlane przykłady zespołów The Beatles i (nawet bardziej) Pink Floyd, które potrafiły znacząco zmieniać stylistykę z albumu na album jedynie umacniają brawa też tutaj. Można by wprawdzie nieśmiało skontrować przywołując „core” siedem klasycznych albumów The Moody Blues, którzy – stawiając sprawę radykalnie – przechodząc na pozycje zdecydowanie popowe i później synth-popowe zdegradowali swoją wielkość; ale to na nic – tego zespołu przecież nikt nie szanuje.

Nic mnie to nie obchodzi, słuchając płyty – klatą i dreszczem – ogniem i mieczem – zapominam o historycznym kontekście. Argument o ewolucji artystycznej niezmiernie przydaje się w akademickich lub winiarnych dyskusjach o prymacie Doors nad Ceilingią Black albo przy ustawianiu własnoręcznych rankingów wszechświata. Między nami pisząc, McGuinn, ta płyta jest lekko nudnawa.

Did I say “lekko”?

Na taki a nie inny soniczny obraz albumu Sweetheart of the Rodeo złożyło się kilka splotów niefortunnych wydarzeń, ale pre państwa mogło być jeszcze gorzej. Dzięki (dzięki!) niejasnościom prawnym głos Nowego Gwiazdora Byrds zabrzmiał solowo nie w pięciu ale w trzech utworach na płycie, a sam zainteresowan narzekał, ze przez to wszystko „za dużo tego starego brzmienia Byrds, z którym walczyliśmy, przedostało się na płytę”. Całe szczęście – można zawiesić ucho na starych dobrych jęczących dwugłosach McGuinna i Hillmana, które są właściwie jedyną pozostałością po dawnych wzniesieniach. Zostawiając na boku niechęć do nowego muszę przyznać, że twardy głos Grama Parsonsa dobrze zespoił się z pozostałymi w trójgłosie, w refrenach Hickory Wind wypadają bardzo tęsknie choć nie ckliwie. Także nowy perkusista, jak mu pozwolą, pokazuje fajnie osadzone uderzenie. Tak, ten skład miał spory potencjał i płyta ta, tata, zdecydowanie ma dobre momenty. W czym zatem Wasz maruda widzi praab?

W dwównach. Po pierwsze, przynajmniej w zestawieniu z jeszcze zeszłorocznymi śniegami na autorskim poletku The Byrds, prawie wyłącznie obce kompozycje na Rodeo sprawiają w większości wrażenie biegu jałowego. O dziwo, dotyczy to zarówno warstwy muzycznej jak i tekstowej – okazuje się, że ani McGuinn ze swoimi zapędami filozoficznymi, ani nawet Crosby z uniwersalistycznymi nie byli wcale naiwnymi durniami bredzącymi po uwaleniu się LSD. Owszem, zdarzały się tu i ówdzie małe niesmaczki, ale jednak z ich piosenek biła niekłamana oryginalność i świeżość. Tutaj bywa różnie, ale zbyt dużo utworów ma podobne, banalne, progresje akordowe a nawet melodie, że o feelingu nie wspomnę (pomyślałbym kto, że country jest jednak bardziej różnorodne), a jeśli chodzi o teksty, to – podane z (a jednak!) tradycyjnie byrdsowskim dystansem – bywają w niezamierzony sposób groteskowe. Nie bez przyczyny uważa się (paczcie, tym razem nawet i ja!), że na omawianej płycie najlepiej udały się dwie przeróbki Dylana na brzegówkach. No tak, Dylan country’ował ale się nie scountrzył. No i przede wszystkim, czy mi się to podobało czy powiedzmy mniej, McGuinn już od pierwszej płyty zaznaczał niejako manie Dylana we krwi.

Właśnie. Nie zawsze f a s c y n a c j a  jakąś stylistyką oznacza do niej artystyczne p o w o ł a n i e.  Odwrotnie niż Hillman (jak przekonująco wyśpiewał o Blue Canadian Rockies), McGuinn chyba zamierzył się na coś co go nie tyle przerosło, tylko właśnie nie dorosło do pięt. Jak dla mnie po prostu niepotrzebnie zamknął swój talent niepokornego poszukiwacza w ramy gatunku, w którym nie potrafił nic twórczo zamącić. Bo w odróżnieniu od połowy świata krytyki muzycznej ze smutkiem orzekam, że – poza wspomnianymi utworami Dylana i niezłą autorską (oczywiście by Gram Parsons) One Hundred Years From This Time nie ma tu żadnego country-rocka. Ino country, country, country i tak aż do znudzenia. Mojego, Polaków! A w bonusach znajdziemy niesamowity utwór podpisany „McGuinn/Hillman”, który pokazuje koncepcję zupełnie odwrotną – countrowy temat został poddany bardzo ożywczej, wręcz wstrząsającej, t w ó r c z e j, operacji. Jest i Rickenbacker i niespokojne harmonie a wcale nie brzmi to psychodelicznie. No, troszkę.

Wiele bym dał by cała płyta mogła być taka jak numer Pretty Polly.

środa, 20 czerwca 2012

The BYRDS - The Notorious Byrd Brothers


truth is real, truth is real,
that which is not real doesn’t exist

The Byrds
The NOTORIOUS BYRD BROTHERS
1968

genre: psychedelic rock, psychedelic pop, jangle pop, country rock, raga-rock
best songs: Natural Harmony, Change Is Now, Tribal Gathering
best moments: zwrotki Get to You, kwartet smyczkowy w ...Robertson

Artificial Energy * Goin’ Back * Natural Harmony * Draft Morning * Wasn’t Born to Follow * Get to You * Change Is Now * Old John Robertson * Tribal Gathering * Dolphin’s Smile * Space Odyssey

* * * * i ¾

Casus płyty Notorious Byrd Brothers dziwi mnie nawet bardziej niż sytuacje związane z Abbey Road czy L.A.Woman. Wewnętrzne konflikty, znużenie sobą nawzajem czy tematów zabrakło mogą urodzić niezwykłej urody niemożliwe kwiaty, ale tutaj? Pracę nad płytą zaczyna czterech gości, kończy dwóch, przez studio notorycznie przelatują fucki a przez karłowate kompozycje (cztery z dziewięciu oryginalnych piosenek na płycie nie posiadają refrenów!) przewijają się muzycy sesyjni z różnych bajek – a jednak na pożegnanie z klasycznym okresem działalności zespołu dostajemy płytę zaskakująco spójną konceptualnie i stylistycznie za to bez tej jednowymiarowości brzmieniowej jak na debiucie.

Do kompozycji Crosby’ego Draft Morning McGuinn i Hillman napisali nowy tekst, antywojenny w wymowie i dość płytki w poetyce. Ten dość żałosny gest był jednak chyba jedynym momentem w którym mógłbym wziąć stronę coraz grubszego Wąsacza. Dołączona jako bonus piosenka Triad z okropnym tekstem o trójkącie seksualnym słusznie została usunięta z programu, natomiast reszta, włączając w to sabotowany przez Crosby’ego cover Goin’ Back broni się dość skonale, czy to z jego głosem (Tribal Gathering) czy bez niego (w Natural Harmony głos McGuinna w bridge'u jest wyraźnie preparowany tak by przypominał usuniętego że tak powiem kolegę [ci „bracia” w tytule to rzeczywiście niezły żart]). Nie wszystkie piosenki trzymają najwyższy poziom, ale żadna nie razi mnie tak jak Mind Gardens. Jedynym mankamentem albumu, poza z trudem skrywaną (ale jednak skrywaną) ubogością niektórych kompozycji, jest zbytnie napakowanie efektów psychodelicznych, zwłaszcza phasingu, którym ocieka otwierający całość Artificial Energy, i którego użycie w znanym z singla Old Johnie Robertsonie zakrawa na groteskę. Inna jednak sprawa, że od biedy użycie tych smaczków da się obronić w kontekście całościowego przesłania albumu.

Płyta Notorious Byrd Brothers zdaje się być świadectwem poważnego zagubienia w dorosłym świecie, co nie jest oczywiście jakąś nowością tematyczną nawet jak na rok 1967, ale też można tu między wierszami wyczytać wyznanie niewiary w ideały hippiesowskie. Narkotyki, wyliczone tutaj bez większych poetyckich uników, obok dzieciństwa, przyrody i podróży (nawet w kosmos) jako jedna z dróg ucieczki przed cierpieniem i rozpadem zastanych warunków cieplarnianych są najmniej przekonującym elementem układanki (najbardziej – życie Prawdą i teraźniejszością, jak w Change Is Now). W tym kontekście data wydania płyty (do tej pory raczej przypadkowa – 3 stycznia 1968) staje się wyjątkowo symboliczna. Czy z Crosby’m czy bez niego, dni The Byrds jako heraldów alternatywnych stanów świadomości były policzone. Nikt wprawdzie nie spodziewał się, że coraz śmielsze country'owe ornamenty w aranżacjach za chwilę staną się zrębem odświeżonej stylistyki, ale co bystrzejszy obserwator mógł łatwo zauważyć: The Byrds już wiedzą, że flower-power nie działa! I znowu doszli do tego nie później niż Beatlesi.

Oczywiście szkoda tych żabotów w aranżach, na szczęście zespół zostawił nam na sam koniec bardzo kaloryczne kąski. Należą do nich przede wszystkim bardzo sugestywny utwór Hillmana, latarniana i lunatyczna Natural Harmony, która mieni się wieloma pstrokatymi kolorami wokali i rytmów, cudownie miękka i kojąca ballada Get to You o przylocie do Londynu, ciężka filozoficznie ale nie przygniatająca powiastka Change Is Now i dwa przedostatnie utwory Crosby’ego jakby nigdy nic kontynuujące wątki kadzidełkowe i nadmorskie z poprzednich albumów. Dwa covery – Goin’ Back (podobno można dosłuchać się w nim głosu Gene’a Clarka, który na moment zastąpił Crosby’ego) i Wasn’t Born to Follow (później w soundtracku „Easy Ridera”) – również nie skąpią nostalgicznej/buntowniczej urody i tak naprawdę nieco odstają tylko przepsychodelizowane brzegówki. Ale, jak mawiają mistrzowie gwiazdkowania, ze wszystkiego da się zrobić listę – coś zatem musi być na końcu.

Delfina uśmiech czy łabędzia śpiew?

Odpowiedź w następnym odcinku.

środa, 23 maja 2012

The BYRDS - Younger Than Yesterday


…oh, but I was so much older then
I’m younger than that now

The Byrds
YOUNGER THAN YESTERDAY
1967

genre: psychedelic pop, psychedelic rock, jangle pop, country rock, raga-rock
best songs: Renaissance Fair, The Girl with No Name
best moment: pierwsze solo gitary w Have You Seen Her Face

So You Want to Be a Rock and Roll Star * Have You Seen Her Face * C.T.A.-102 * Renaissance Fair * Time Between * Everybody’s Been Burned * Thoughts and Words * Mind Gardens * My Back Pages * The Girl With No Name * Why?

* * * * i ½

Mam kompocik z tę płytą. Niby bywa moją ulubioną w dyskografii Byrds dzięki pięknym melodiom i wysmakowanym aranżacjom, ale równocześnie w kontekście poprzedniej płyty ta trochę rozczarowuje. Fifth Dimension obiecywała bowiem jakąś dzikość i motykę na słońce, a tutaj z tego buntu przeciwko pop-rockowym schematom zostało bardzo niewiele – nieokiełznana solówka McGuinna w drugim numerze i sympatyczne acz niesłuchalne kuriozum Crosby’ego pot tytułem Mind Gardenś…

No nic, zobaczmy najpierw co tu mamy dobrego, na szczęście jest tego od groma. Zdaje się że zaskakującym bohaterem płyty Younger Than Yesterday jest basista. Nie dość że niespodziewanie złożył na winylu aż cztery, bardzo różnorodne piosenki (dwie countrujące, jedna psychodeliczna i jedna flowerpower-popowa - każda ładniejsza i od poprzedniej i od następnej, hehe), to bardzo też rozbestwił się na czterech grubych strunach. Najlepiej słychać to w dwóch niebywałej urody spokojnych numerach Crosby’ego – Renaissance Fair i Everybody’s Been Burned, w których Hillman z niebywałą pewnością wędruje po gryfie nierzadko w poprzek melodii a raz czy dwa przyjmuje nawet rolę solisty. Jego przemiana przypomina nieco stylistyczne wyzwolenie gitarzysty na płycie poprzedniej, jest tylko bardziej subtelna, tak jak zresztą cała ta płyta.

Także David Crosby jest coraz bliżej pełnego rozkwitu artystycznego. Właściwie można by orzec, że ów rozkwit właśnie się dokonał, o czym świadczy właśnie nieco niezauważony utwór Everybody’s Been Burned, o którym Starostin zdaje się napisał, że powinien być grany w kościołach. Może bez przesady, man, ale rzeczywiście wyważony tekst bije na głowę większość hippiesowskich wredni na temat uniwersalnej miłości o przepraszam love. Pełen nieco kadzidełkowej  słodyczy Renaissance Fair całkiem mu do pięt dorasta a i nowa wersja Why (nagrana na przekór kolegom z zespołu i większości recenzentów) moim nieskromym zdaniem przebija poprzednie pewnego rodzaju złocistym poblaskiem otrzymanym przez umiejętne zbalansowanie planów dźwiękowych i dodanie falsetowej harmonii w refrenie. Do tego jest jeszcze dużo dobra w bonusach – kolejny popis delikatności It Happens Each Day i przede wszystkim wzruszający utwór Lady Friend, który jakimś cudem przepadł na listach. Czy to wszystko przekreśla jedna wtopa? Hm, naprawdę dość trudno znieść utwór Mind Gardens, nawet nie przez to, że utwór – jak to buńczucznie podkreślał jego kompo – idzie na wojnę z tradycyjnie pojętą rytmiką i melodyką piosenek pop, to przecież całkiem inspirujące… Owo dziełko całkowicie rujnują obleśne gitary od tyłu syfiące nieopanowanymi treblami. To dziwne, bo piosenkę przedtem, czyli we wspaniałym lunatycznym Thoughts and Words, ten sam patent sprawdził się wręcz wzorowo… Do tytułu songwritera rocku zostało zatem Crosby’emu jeszcze jedno ale: uwajaj uwajaj, uwajaj by nie pjedobjyć!

Mimo wszystko płyta dostałaby ode mnie pięć gwiazdek nawet z tym tu uroczyskiem – przynajmniej było ciekawie a wszystkie bezeceństwa możn by skwitować sloganem „prawda czasu prawda winylu nylu na badylu”. Niestety jak dla mnie spadł tu poziom cukru u lidera, niestety… Najlepsza z jego trzech piosenek (no, jego jak jego, jedna to cover Dylana…), C.T.A. 102, wprawdzie znowu świetnie ogrywa patent pt. „oni tak na serio, tej?” ale nieco flaczeje pod koniec, kiedy przez kilkanaście długich taktów w sumie nic się nie dzieje – gościnny występ pozaziemian nie do końca to wszystko ratuje. Za to otwierający płytę atak ni to na Monkees ni to na siebie samych jest jakoś dziwnie zaaranżowany, z tymi głośnymi do bólu grzebieniami. Niby fajny numer, ale Wasz zupełnie nie czcigodny mec. Ę. Zęt miał to (nie)szczęście poznać najpierw absolutnie soczystą (acz co ważne zachowującą wszelkie bogactwo harmonii) przeróbkę koncertową w wykonaniu The Move – postawiony przy niej oryginał wygląda nieco jak pastiszowy bękart.

No i ten nieszczęsny cover Dylana – na pewno ważny ze względu na przesłanie płyty, choć i tak pewnie lepiej pasowałby (tytuł zresztą też) ze swoim przesłaniem na płytę następną, gdzie dobrze korespondowałby z piosenką Goin’ Back. Nie jestem po prostu przekonany – i do tempa, i do aranżacji, i do sensowności (nawet już głupiutkie Don’t Make Waves z singla jest bardziej porywające). Warto natomiast sprawdzić wykonanie koncertowe na którejś tam rocznicy dylanowej – kolejne zwrotki My Back Pages śpiewają tam po kolei McGuinn, Neil Young, Clapton, Dylan i Harrison – wbrew naszym zapewne zgodnym odczuciom co do takich naprędce skleconych supergrup, tutaj się naprawdę udało, wymienianie się wokalistów ożywiło dość jednostajną melodię, a o dziwo harmonie wręcz mnie wgniotły w krzesło gdy to widziałem na Wiwie Cwaj (na jutubie zdaje się nie ma). Tak, w takim rozdaniu trzymający wszystko w ryzach Rickenbacker Rogera naprawdę mógł poruszyć…

Z perspektywy lat łatwo się mądrzyć, ale istotnie dwa ostatnie albumy Byrds z klasycznego okresu powinny się wymienić tytułami. To na niniejszej płycie nasi notorious brothers, upojeni wzrostem indywidualnych umiejętności, naprawdę rozpadli się jako zespół - może dlatego McGuinn nie miał głowy do  dalszego przekraczania granic… Wszelkie żenujące cyrki związane z nagrywaniem płyty następnej, które doprowadzą do zastąpienia na okładce Crosby’ego koniem, będą tylko smutnym następstwem prostej zasady „gdzie liderów sześć”…

czwartek, 19 kwietnia 2012

The BYRDS - Fifth Dimension

…what if he's died all in some battle slain …

The Byrds
FIFTH DIMENSION
1966

genre: raga-rock, psychedelic rock, folk rock, jangle pop, country rock
best songs: John Riley, Eight Miles High
best moment: jedno z przejść perkusyjnych w 2-4-2 Fox Trot (1:35)

5D (Fifth Dimension) * Wild Mountain Thyme * Mr. Spaceman * I See You * What’s Happening?!?! * I Come and Stand at Every Door * Eight Miles High * Hey Joe (Where You Wanna Go) * Captain Soul * John Riley * 2-4-2 Fox Trot (The Lear Jet Song)

* * * * i ½

Trzeci album Byrds zaczyna się od posępnie wyśpiewanego przez (wciąż jeszcze Jima) McGuinna wywodu filozoficznego. Uff uff, do pierwszej płyty nie będzie powrotu. Rickenbacker został w tym utworze wtłoczony w podkład, ale i tak słychać, że to co jest grane to nie jest ta dawna frużelina. W harmoniach też się przerzedziło, pojawiły się za to stosowne organy podkreślające rangę wypowiedzi. Wraz z odejściem głównego wokalisty i kompozytora zespołu (Clark pojawia się tylko w dwóch utworach na płycie, w tym jednym instrumentalnym) musiało przyjść nowe, ale już od pierwszych taktów wiadomo, że przyszło lepsze.

McGuinn stanął na wysokości zadania i przygotował aż trzy wyłącznie autorskie kompozycje, co dla klasycznego okresu The Byrds jest absolutnym ewenementem. Jako drugi nadworny songwriter objawił się David Crosby, a wszelkie dziury w harmoniach pozałatał coraz śmielej poczynający sobie basista. Do tego The Byrds zwyczajowo podparli się materiałem folkowym, tym razem jednak nie autorstwa Dylana et al, ale zaczerpniętym głównie z tradycji wyspiarskiej i to zakreślonej szerokim łukiem (od Irlandii Północnej po wyspy Orkney),  co doskonale wpasowało się w zapowiedzianą przez utwór 5D nutę uniwersalistyczną i pasowało do przekroczenia przez zespół ram nawet najdzielniejszego jangle popu.

Jednak największą zasługą McGuinna było na tej płycie radykalne przekroczenie własnego stylu gitarowego. Zainspirowany muzyką Johna Coltrane’a spróbował przełożyć jego saksofon na swoją gitarę i rezultat był wstrząsający. Tak postrzępionych, często atonalnych partii w poprzek melodii i metrum wtedy, w roku 1966, nikt jeszcze nie grał. A już w połączeniu z tymi kojącymi melodiami wyśpiewanymi w słodkich harmoniach dają efekt absolutnie nowatorski. Jak zawsze w zimnej wodzie kąpany, zespół spokojnie wyczekał z tymi nowinkami do czwartej piosenki na płycie, czyli przepięknej I See You i od razu trafił w dziesiątkę – pokrzywione gitary „jedynie” wypełniają przerwy między poszczególnymi linijkami w zwrotce, ale i tak przenoszą romantyczną aurę w inny, szaleńczy wymiar, od razu wiadomo, że tu nie ma żadnych szans. W następnym What’s Happening?!?! nowa estetyka sprawdza się nieco gorzej, bo owe gitary zamiast tradycyjnego refrenu robią wrażenie próby zamaskowania niedorostu inspiracji a nie świadomej decyzji artystycznej, choć oczywiście to tylko moje wrażenie – Crosby (w bonusach) tłumaczy ten chwyt dość przekonująco. Dla mnie jednak o wiele bardziej przekonujące jest połączenie tych dwóch opcji w słynnym Eight Miles High, gdzie partie śpiewane i improwizowane, choć również formalnie rozłączone, wydają się do siebie idealnie pasować a i trzeba przyznać, że i melodia jest ciekawsza i dwugłosy zniewalające, no i nic nie trzeba tłumaczyć, bo poczucie zagubienia w podróży (co ciekawe, podobno nie w tripie) jest namacalne.

Jeszcze jeden z muzyków odniósł na tym albumie zwycięstwo nad samym sobą. Przystojniak za garami przestał być w końcu jedynie maskotką grupy i w końcu mocniej przyłożył, co sprawiło, że sound od razu podniósł się z małoletniego popu w trzcingodne regiony rockowe. Całkiem popisowy jest pod tym względem ostatni numer na płycie, często lekceważony Lear Jet Song. Z jednej strony jest to o wiele lepszy żart niż śpiewana „na poważnie” Oh!Susannah, a z drugiej może to wcale nie żart? Odgłosy z kabiny pilota może są i za głośne, ale – pomijając już kompletne nowatorstwo ich wykorzystania (album ukazał się wcześniej niż piosenka Yellow Submarine) – znowu stawiają słodkie chórki w ciekawym kontekście, a sekcja naprawdę tutaj lśni – Clarke po każdym zaśpiewie proponuje inne przejście i jedno z nich (chyba zresztą nieco chybione, jedno uderzenie jest jakby niezamierzenie podwojone, hurra) naprawdę  mnie porywa. Także biegnąca piosenka Mr Spaceman ma tę cudowną dwuznaczność emocjonalną. You’ve grown, Halfling… Yes, you have grown very much…

Kolejnym sukcesem płyty Fifth Dimension jest to, że tym razem covery nie zostają tak bardzo w tyle za propozycjami autorskimi. Właściwie w ogóle nie zostają, bo Byrdsom zdarzył się tutaj mały pośliźniak w postaci raczej bezbarwnego instrumentala Captain Soul, opartego na rytmie a la Spencer Davis Group, nawet przyjemnego gdyby nie ta zupełnie niepotrzebna i wsteczna yardbirdsowska harmonijka Clarka. Tym razem pomieszanie stylów dało efekt nieco chaotyczny. Spośród zaś czterech przeróbek chyba najmniejsze wrażenie robi mimo wszystko byrdsowskie podejście do Hey Joe, zaskakująco błahe w kontekście późniejszego słynnego wykonania Hendrixa, niewiele z niego wynika poza zadziornym śpiewem Crosby’ego. Za to „makabryczny” I Come and Stand at Every Door, opowiadający o tym jak duch dziecka z Hiroszimy pielgrzymuje po domach prosząc o pokój na świecie, ciężaru gatunkowego ma aż za dużo i nie jestem pewien czy piosenka pop go do końca dźwiga, na szczęście przytomny niedopowiedziany śpiew McGuinna i takież harmonie skutecznie powstrzymują ten utwór od wejścia w rejony groteskowe. Wiele gorzkich plam tuszu wylano w necie na temat nakładek smyczkowych w tradycyjnych piosenkach Wild Mountain Thyme i John Riley, a mi się podobają. Rozszerzają kontekst „Starego Świata” o skaliste krajobrazy ze środka Stanów i niejako odświeżają znaczenie słów. A jest co odświeżać, bo do poziomu dawnej opowieści o tym jak miłość cierpliwa jest  z drugiej z tych piosenek nie było dane zbliżyć się 99 procentom rockowych songwriterów zwłaszcza z rodzaju tych co to nie mogą osiągnąć satysfakcji.

Wszystko zatem poszło w dobrą stronę, a najlepsze jeszcze przed nami, gdy basista Chris Hillman przestanie prostować sobie włosy żelazkiem i zabłyśnie jako czwarty już z kolei utalentowany kompozytor o wokalista The Byrds.

czwartek, 29 marca 2012

The BYRDS - Turn! Turn! Turn!


…a time to gather stones together…

The Byrds
TURN! TURN! TURN!
1965

genre: jangle pop, power pop, folk rock
best songs: The World Turns All Around Her
best moment: zwrotka It Won’t Be Wrong

Turn! Turn! Turn! * It Won’t Be Wrong * Set You Free This Time * Lay Down Your Weary Tune * He Was a Friend of Mine * The World Turns All Around Her * Satisfied Mind * If You’re Gone * The Times They Are a-Changing * Wait and See * Oh! Susannah

* * * i ¾


Z tym albumem sprawa jest bardzo prosta. Od debiutu zmieniło się niewiele – znowu mamy połowę piosenek autorskich i połowę przeróbek (w tym dwie kompozycje Dylana) i znowu najbardziej przekonują mnie propozycje własne, tym bardziej że - nic nie tracąc na melodyjności – Clark i McGuinn nieco zróżnicowali swój styl. To jest zresztą największy plus tej płyty w stosunku do poprzedniej: człowiek nie jest już tak zduszony magmowatym janglem; owszem, Rickenbacker wciąż gra że tak pem pierwsze skrzypce, ale do głosu zostały dopuszczone także gitary akustyczne, przynoszące błogosławioną przestrzeń. O tak, teraz można spokojnie mówić o folk-rocku! Żeby jeszcze covery trzymały równy poziom…

Zacznijmy jednak od utworów bezsprzecznie udanych. W kolejce po najwyższe miejsce na podium nagle jakaś kotłowanina i oto typowany przez koników do niechybnego zwycięstwa utwór tytułowy pada nagle z folkowych nóg, a złoty medal odbiera otwierająca stronę B (chyba najlepsza) kompozycja Gene’a Clarka (przynajmniej za jego stażu w Byrds) The World Turns All Around Her. Misternie pomyślane dwugłosy tym razem nie duszą się w Rickenbakerze jak w garnku, od otwierającego temaciku akompaniament jest bardziej wyrazisty i selektywny i piosenka ma większego kopa niż najbardziej agresywny numer na Tambourinie czyli It’s No Use. W dodatku w tekście mamy pełną rozpacz a w melodii pełnię słodyczy. Ta kotłowanina nominalnie przeciwstawnych środków stylistycznych przynosi niezapomnianą podwalinę pod brzmienie gitarowych numerów na płycie Revolver. Oczywiście w takim And Your Bird Can Sing Beatlesi wznieśli ów power-popowy format na wyżyny dla Byrds niedostępne, ale – po raz kolejny! – to Byrds byli tam pierwsi. Zresztą o s t a t e c z n i e nie ma tu mowy o żadnym wyścigu, obie piosenki bynajmniej sobie nie przeszkadzają.

Początek piosenki It Won’t Be Wrong (napisanej przez McGuinna jeszcze dla wczesnej inkarnacji zespołu nazywającej się  The Beefeaters) zapowiada podobne wysokości, rozumicie, tight production and all… Ścisk w aranżacji nieprawdopodobny, ścisk w gardle niemożebny i wtedy… niestety któryś mądry postanowił zmienić metrum… szkoda… McGuinn z Crosbym wydubali jeszcze jeden numer razem, podobno w opozycji do hegemonii Clarka, nawet przyjemna melodyjka, ale tekst owego Wait and See mocno zalatuje szeździesiątym czecim. Clark tymczasem, jak to dobitnie pokazuje ślamazarne If You’re Gone z uporczywą „indyjską” wokalizą w tle, bywał już i to obiema nogami w raga-rocku. I szkoda, że nie był bardziej płodny, bo „epicka” Set You Free This Time jasno pokazuje, że – swoimi słowami – zbliżył się do Dylana na niebezpieczną odległość, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie. Jeszcze jedną poruszającą skargę (She Don’t Care About Time) upchnięto na singiel, a potem trzeba było już nalewać z pustego.

To covery kładą tę płytę. Żaden z nich nie jest jakoś potworny, ale przynajmniej z połowy z nich bije aura niepotrzebności. Podobno w niniejszym wykonaniu The Times They Are a-Changing można doszukać się jakichś pokładów ironii; cóż, ja słyszę tylko odcięcie kuponów od pomysłu na czteroczwartowanie Boba. Ale przynajmniej jest tu beat i clang, za to w powolnym Lay Down Your Weary Tune jedynym urozmaiceniem akcji jest to, że tę samą melodię śpiewają McGuinn solo i czterogłos razem. Podobnie i Satisfied Mind, i He Was a Friend of Mine są oparte na w kółko powtarzanej jednej zwrotce, co znacząco umniejsza brzmieniowe walory obu (w Friend pyszny Hammondzik w tle). Jeśli dołożymy do tego słynną Oh!Susannęh (tu pomysł polega na tym, że wykonano to ze śmiertelną powagą), na zachwycenie się którą trzeba mieć dobry dzień, wyjdzie nam niespecjalnie ważkie pół płyty.

Na szczęście do najlepszej przeróbki nikt się raczej nie przyczepi, najlepsze świadectwo wystawiają jej ci, którzy biorą tytułowca za autorski numer Byrds. Do sprawdzonego patentu na lejącą gitarę i przytomne alternacje unisona i harmonii (wszystkie pomysły na partie wokalne, na czele z trójgłosem w kulminacji refrenu, są tu wyjątkowo trafne) dochodzi  lekko tylko przeredagowany przez Pete’a Seegera tekst biblijny i znacząca poprawa w grze Michaela Clarke’a, który przestał pukać a zaczął myśleć co gra. Podobno  Turn! Turn! Turn! to pierwszy hit w historii z wykorzystaniem start-stopów, ale i same wstawki (zwłaszcza w wyciszeniu) nabrały świeżości i nerwu.

W sumie zostaliśmy poczęstowani typowym albumem przejściowym. Cieszy rozwinięty warsztat wykonawczy i dwa najlepsze utwory łatwo przechodzą do historii (tzn. numer Seegera do światowej, numer Clarka do mojej, hehe), a jeśli chodzi o te mielizny, to kto się może oprzeć gdy wytwórnia naciska? Na szczęście już następnym razem covery będą stanowiły mniejszość i to mimo nagłego wyskoczenia za burtę głównego piosenkopisarza The Byrds. I to za burtę samolotu…

wtorek, 28 lutego 2012

The BYRDS - Mr. Tambourine Man


all will be well if if if if if
say the green bells of Cardiff

The Byrds
MR. TAMBOURINE MAN
1965

genre: jangle pop, pop rock, power pop, folk rock
best songs: Here Without You. It’s No Use
best moment: harmonie w Bells of Rhymney

Mr. Tambourine Man * I’ll Feel a Whole Lot Better * Spanish Harlem Incident * You Won’t Have to Cry * Here Without You * The Bells of Rhymney * All I Really Want to Do * I Knew I’d Want You * It’s No Use * Don’t Doubt Yourself, Babe * The Chimes of Freedom * We’ll Meet Again

* * * *

Zawsze wydawało mi się, że Byrds cieszą się, przynajmniej w piśmiennictwie amerykańskim, większą renomą niż na to zasługują. Fenomen tego zespołu jest nieco podobny do aureoli nad Sierżantem Pieprzem – prawdziwą zasługą i jednych i drugiego było nie tyle wytyczenie nowych trendów, co wczesne wysłuchanie tego co w trawie piszczy i wykorzystanie tego do cna. W przypadku The Byrds chodzi mi głównie o słynne użycie gitary 12-strunowej, który to pomysł Jim ‘Roger’ McGuinn podpatrzył może i u Beatlesów, ale na pewno wysłuchał u The Searchers – słynny motyw z I’ll Feel a Whole Lot Better został wzięty z searchersowskiej przeróbki Needles and Pins i miał się jeszcze nie raz pojawić i u jednych, i u drugich, ale całą sławę zgarnęli Byrds. Nie mogę być jednak niesprawiedliwy i muszę przyznać, że owszem były ku temu podstawy. Może pomysł na  Rickenbackera  nie był oryginalny, ale brzmienie – ba, cały styl grania! -  jakie na nim McGuinn osiągnął już na pewno tak. Do tego dochodził na pewno świeży jak na rok 1965 pomysł na opracowywanie coverów, od zawsze udane (przynajmniej pod względem muzycznym) własne piosenki i ciekawy układ wokalistów. Do tego dojdzie, już w następnym roku, otwarcie na wpływy jazzowe i countrowe,  i ich niepowtarzalne wcielenie do stylistyki a potem imponująca (choć niekoniecznie szczęśliwa) tej stylistyki zmiana. Tak, przy wszystkich wątpliwościach, The Byrds na pewno zasługują na grupę A, w końcu nie każdy zespół może się poszczycić tym, że wywarł znaczący i co ważniejsze: od razu dający się wysłyszeć wpływ na The Beatles. Bez debiutanckiego albumu The Byrds nie byłoby Rubber Soulu w znanej nam postaci.

Niestety Mr. Tambourine Man raczej nie sięga gumowych podeszew Beatlesów. O ile Rubber istotnie jest być może najbardziej zawiesistą pod względem brzmieniowym płytą Czwórki, to w przypadku The Byrds momentami nie ma czym oddychać. Na tą wszechogarniającą magmę składa się wiele czynników, ale chyba najważniejszy – oczywiście obok wszechlejącego clangu Rickenbackera – jest zaskakujący brak umiaru w stosowaniu harmonii wokalnych (jest to chyba jedyna płyta, której udało się samego ona – mnie, który gotowy jest dograć trójgłos do przemówienia prezydenta – zmęczyć przesytem mazi). Zaskakujący dlatego, że spośród pięciu członków zespołu, czterech potrafiło niezgorzej użyć swych głosowych powabów: prpaństwa, oto ony: twardy Clark, jękliwo-dylano-wiercący dziury w brzuchach McGuinn, na razie jeszcze przyczajony z tyłu Hillman i przede wszystkim prawdziwy tenor Crosby: nie taki wysilony jak Lennon czy nawet McCartney, tylko tak swobodny prawie jak Garfunkel albo ten facecik z Zombies i do tego mniej świdrujący niż Nash z Hollies, późniejszy zresztą kolega, na razie jednak ciągle zowien „misz-Masz z Hollies”… Takie konfiguracje powinny zaowocować nie lada przestrzeniami, a otrzymujemy jedynie podręcznikową nawet nie close harmony, ale raczej ciasną harmony. I do tego zwykle utrzymaną w nudnych dwugłosach – o ile trzygłosowe harmonie użyte są rzadko i zawsze ze smakiem i zawsze windują piosenkę na wyższy poziom (kulminacja Bells of Rhymney i tytułowa linijka Chimes of Freedom) to opracowania dwugłosów, wzięte wszystkie do kupy robią sprawiają po prostu wrażenie manierycznych: McGuinn dubluje Clarka w głównej melodii a nad nimi wyraźnie zdenerwowany Dave - jeszcze jeden dowód na to, że nie ma czegoś takiego jak „dobry stres”, przynajmniej w muzyce. Dlatego też piosenki z tej płyty najlepiej wypadają jak dla mnie na singlach, składankach, czy zgoła w kompie, bo gdy nie zdąży się nawarstwić ten lukier, wszystko jest całkiem przyjemne. Pora na całą płytę przychodzi jednak nieczęsto.

Do tego całego superglue zdaje się mocno przyczyniać perkusista Clarke. Na szczęście ten chociaż nie śpiewa, ale na jego pohybel można przytoczyć absolutnie nierockowy strzał w werbel i co tam ma obok niego. Nie ma się zbytnio co dziwić, wszak podobno głównym powodem dokooptowania go do składu był utalentowany wygląd, ale szanse na wyjście z lepkiej masy dźwiękowej zostały przez jego gładziutką grę ostatecznie zaprzepaszczone. Do tego żeby pewnie ożywić partie rytmiczne producent Melcher bardzo uwypuklił różne przeszkadzajki z tamburynem na czele – co niestety gremialnie przyczynia się one do tego, że album brzmi momentami o wiele bardziej staroświecko niż cokolwiek na Rubber Soulu, który przecież różnych świergotów nie skąpił. Zwłaszcza skądinąd przyjemny utwór Don’t Doubt Yourself Babe dość trudno zdzierżyć, bo na wysunięte przeszkadzajki jak również i na gitary nałożono ohydne tremolo, które zapewne sprawdzało się nieźle jako chwyt emfatyczny, ale przecież nie tak aż ciągle…  Muszę jednak w tym miejscu pochwalić wzorową współpracę gitarzystów na całej płycie – niby Crosby bezceremonialnie zepchnął Clarka na nieco idiotyczne pozycje z tamburynem w ręku, ale na brzmienie Byrds jego buta miała choć w tym miejscu dobry wpływ, przy McGuinnie bardzo łatwo przeuszyć drugą gitarę, a nie warto, bo David daje Rogerowi bardzo stabilną a przy tym zadziorną podstawę. Na kolejnych płytach rola drugiej gitary stanie się jeszcze ważniejsza gdy Crosby zacznie eksperymentować z otwartymi strojami, wcześniej niż Keith Richards.

Słowo „lider” przy nazwisku McGuinna wygląda na okładce cokolwiek groteskowo, ale w sumie trudno się dziwić, skoro na pierwszy rzut i oka, i ucha to Gene Clark wyrasta na głównego bohatera płyty jako główny autor i wokalista. Owszem, popularność i rangę w dorocznych zestawieniach zapełniły Byrdsom przeróbki piosenek Dylana, ale to pięć piosenek autorskich (wszystkie Clarka w tym dwie do spółki z McGuinnem) stanowi o charakterze debiutu i o perspektywach bandu na dłuższą metę. Postawione obok tekstów dylanowskich, teksty autorskie nie bronią się wcale (choć czasem potrafi wylecieć jaskółeczka: oh I should be good to you, but I can’t cause before), za to pod względem melodycznym wszystkie utrzymane są na tym samym wysokim poziomie. Oczywiście, jak można było się spodziewać, są zaśpiewane bardziej naturalnie i bardziej emocjonalnie. Największym przebojem stała się oczywiście energetyczna I’ll ‘Probably’ Feel a Whole Lot Better, zgrabna przyśpiewka o uwolnieniu się z toksycznej relacji, ale i nieco ostrzejsza niż pozostałe There’s No Use, i z kolei nieco bardziej stonowana Here Without You wypadają co najmniej tak samo przekonująco ze swoimi jak na rok 1965 bardzo świeżymi progresjami akordowymi i oczywiście wielogłosami. Co ciekawe, w obu tych utworach (a także w bonusowym She Has a Way, gdzie słychać to najlepiej – would wait for her very lo-o-ong…), zwracają uwagę middle sections. We wszystkich trzech, w pewnym momencie występuje chwilowe zawieszenie akcji melodycznej, które próbuje się zamaskować sowitymi melizmatami. Być może świadczy to o braku weny, która pozwoliłaby Clarkowi pokusić się o jakieś bardziej dobitne rozwiązania, ale mi to absolutnie nie przeszkadza, bo czuć w tym prawdziwy powiew wolności artystycznej, na przekór tym sczelnie pozapinanym aranżacjom. Najsłabiej wypada chyba piosenka I Knew I’d Want You (także tu najciekawsza jest część środkowa i także w niej występuje sowity melizmat, tym razem na samym końcu) i chyba dobrze się stało, że jako debiutancki singiel zastąpił ją Mr Tambourine Man.

Na płycie znajdziemy aż cztery covery Boba Dylana i jak się zdaje istotnie ten tytułowy jest najlepszy. Rozbuchaną wersję oryginalną McGuinn skrócił do jednego refrenu i jednej zwrotki i wtłoczył w ramy bezpiecznego metrum 4/4, ale wszystkie popowe kompromisy zrekompensował nieosiągalną dla Dylana słodyczą opracowanie i oczywiście brzmieniem Rickenbackera. To wystarczyło, żeby przed The Byrds otworzyły się popowe salony i listy przebojów, choć nie wszyscy mieli im zapomnieć to, że akurat w tej piosence zagrał tylko McGuinn i muzycy sesyjni (przyjdzie im to jeszcze wytknąć na własne życzenie). Pozostałe trzy przeróbki nie są złe, ale też nic istotnego na płytę nie wnoszą, biorąc pod uwagę ich nie tak znowu aż oszałamiające melodie. Ale wypada nadmienić, że solowe acz płaczliwe partie McGuinna w Incident i Chimes są miłym wytchnieniem od wielogłosów, a i same chłopaki połapały się, że All I Really Want to Do można ulepszyć i zmienili jedną ze zwrotek na dygresję, bardzo zresztą w swoim stylu, nice.

Jednak to wśród pozostałych przeróbek kryje się zwycięzca albumowego Top Cover 7. O ile ożywiony beatem a la Bob Diddley Doubt rozczarowuje wspomnianymi niedoróbkami produkcyjnymi, to już zamykająca album We’ll Meet Again może frapować niejednoznacznym połączeniem tkliwości i ironii, bardzo ciekawy pomysł. Najlepszym nieautorskim fragmentem jest dla mnie jednak przejmująca ballada The Bells of Rhymney opracowana pierwotnie przez Pete’a Seegera. Byrdsowski sos nie naruszył jednak kruchości kompozycji i dobrze dopełnił dramatyczny tekst, a trójgłosowa kulminacja godna jest najlepszych piosenek Moody Blues.

Ten najbardziej przestrzenny na płycie opus wydaje się być najlepszym (i jedynym?) wytłumaczeniem etykietki folk-rock, którą zaczęto szafować przy opisywaniu poczynań The Byrds, choć akurat w przypadku tej płyty ów tag nie wydaje się być szczególnie fortunny,  jako że z bazowego folka w kompozycjach Dylana zostało tylko nazwisko pod tytułem, a w piosenkach autorskich nawet go nie powąchasz. Samego rocka też zresztą tu na lekarstwo, Mr Tambourine Man to chyba po prostu zawiesisty gitarowy pop. Nie zawsze może do zniesienia na dłuższą metę, ale już na następnej płycie będzie różnorodniej, a potem to już osiem mil nad ziemią…