Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A10 - Skaldowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A10 - Skaldowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 listopada 2025

SKALDOWIE - Rezerwat miłości

Złoto, fiolet i purpura
oczyszczają serce z mgły

Rezerwat miłości
SKALDOWIE                                                             
              
1979

gatunek: pop, baroque pop, art rock
najlepsza piosenka: Pójdę do nieba oraz Jasny dzień przynosisz
najlepsze momenty: wstęp do Nie widzę ciebie... i zakończenie Jasnego dnia

Rezerwat miłości * Jasny dzień przynosisz * Wierniejsza od marzenia * Nie widzę ciebie w swych marzeniach * Z tobą wszystko jest niezwykłe * Pora chleba i owoców * Pójdę do nieba * Dopóki jesteś * Gdyby nie śpiewał nikt [+bonusy]

* * * * (wersja z bonusami: * * * * i 1/4)

Rezerwat miłości to godne pożegnanie Skaldów z latami 70-tymi i - jak mi się dziś zdecydowało - ostatnia płyta zespołu, która zostanie opisana na tym blogu (pod niniejszym wpisem będzie jeszcze krótki postskrypt o dalszych poczynaniach dyskograficznych). Kiedyś iść trzeba w tę najdalszą dal... Już w roku 1979 czasy dla ambitnej muzyki nie były sprzyjające, a miało być oczywiście jeszcze gorzej. Jeszcze w roku poprzednim Andrzej Zieliński zdążył przeprowadzić kolegów przez swoją kolejną wielką formę, Podróż magiczną (do przedstawienia baletowego), która nie ustępowała rozmachem swoim dwóm wielkim poprzednikom, choć brzmieniowo była od progresywnych ogrodów dość daleka. A teraz zaproponował pop rostu pop, z elementami art rocka. Mądry to pop i przebojowy, ale coś wyraźnie się skończyło. O na przykład, pierwsza z brzegu rzecz: w wersji podstawowej w ogóle nie uświadczysz tu Hammonda. Tak, jeśli uznamy, że Skaldowie to polscy Moody Blues, to to jest ich Octave, tylko że o wiele żywsze i nie takie smutne.

Dla niektórych - przede wszystkim, dla innych (w tym dla mnie) - na końcu stawki, Rezerwat miłości zawiera dwa kolejne wielkie szlagiery zespołu, które z powodzeniem wykonywał na koncertach (i to bardzo przekonująco) nawet i trzydzieści parę lat później. Mi osobiście już bardziej podoba się Wierniejsza od marzenia, ze zdziwieniem odkryłem dziś, że utwór ten śpiewał na płycie Andrzej Zieliński, bo na koncertach częściej słyszałem go w wykonaniu jego brata. Niegłupi to przebój z niegłupim tekstem, bardzo szanuję, mimo że taka "festiwalowa" estetyka (oj, te trąbki...) absolutnie nie jest moja. Z kolei jeszcze lżejsza piosenka Dopóki jesteś raczej mnie nudzi, choć nawet ona nie jest pozbawiona typowo Skaldowskich akcentów melodycznych i na pewno nie przynosi zespołowi wstydu, bo przecież to nie ich wina, że lata później Wojciech Gąssowski przejął śpiewane basowe bombombombom do swojego już bardzo upiornego przeboju o prywatkach. Z pewnością jednak to nie te dwa utwory stanowią dla mnie o wartości tej płyty.

Trzeci w kolejności najbardziej z niej rozpoznawalnych kawałków to Nie widzę ciebie w swych marzeniach z gościnnym udziałem wokalisty Stanisława Wenglorza, choć właściwie nie tak do końca gościnnym, bo przez parę miesięcy był właściwie stałym członkiem zespołu. Jak by nie było, utwór jest na wskroś Skaldowy w swoim rozbuchaniu i na szczęście znowu nieoczywistej formie, Owszem, żaden z braci Zielińskich nie mógłby zaśpiewać go aż tak ekspresyjnie (zwłaszcza w bardzo ryzykownych momentach falsetowych), ale rozbuchany śpiew Wenglorza równoważony jest w refrenie przez najpierw falsetową a potem niższą harmonię Andrzeja Zielińskiego (bardzo sprytnie wymyślone!), a między tymi linijkami Jan Budziaszek sadzi swoje już wręcz przysłowiowe triole (oczywiście kompozycja nie jest też pozbawiona soczyście zawieszonych kwart). Dodatkową atrakcją utworu jest tajemniczy, dynamiczny wstęp w zupełnie innym metrum a także ciekawie zaaranżowana partia orkiestrowa i nieoczywisty tekst Leszka Aleksandra Moczulskiego. To chyba ostatni w dyskografii Skaldów utwór o jednoznacznie rockowym charakterze.

Ponoć w epoce popularna była też piękna piosenka z folkowymi pobrzękami zatytułowana Pójdę do nieba, dla mnie o tyle ważna, że - pomijając dwie ciekawostki z innej bajki z lat 80-tych autorstwa Jacka Zielińskiego - była ona chronologicznie najnowszą propozycją w programie kluczowej dla mnie składanki pt. Ballady. To jeden z trzech utworów na Rezerwacie, który ozdabia 12-strunowa gitara akustyczna niejakiego Pawła Birulego i w tym gra ona chyba najpiękniej. Dzięki przepięknemu tekstowi Jastrzębca-Kozłowskiego przed naszymi oczami po raz kolejny pojawiają się góry, choć akurat melodyka tej pieśni nie wskazuje wyraźnie na Tatry. Nie szkodzi, to chyba najbardziej tradycyjny na płycie utwór pod względem brzmieniowym, zdominowany przez nadal atrakcyjne wielogłosy, do tego poprowadzone niejako dwuwarstwowo. Zawsze miałem wrażenie, że refreny śpiewa tu Konrad Ratyński, ale dziś muszę się z tego wrażenia wycofać, choć mam podejrzenie, że drugi przewrót refrenu śpiewają Andrzej z Konradem unisono (a kończy się to wszystko stylowymi trójgłosami). Na początku mojej przygody ze Skaldami miałem w posiadaniu jakąś kasetę greatest hits, na której - być może w wyniku błędu - umieszczono radiową wersję niniejszego utworu, nieco mniej bogatą brzmieniowo i z leciutko innym frazowaniem w zwrotkach, ale też bardzo niczego sobie. Na wydaniu Kameleona można ją oczywiście znaleźć w bonusach, dlatego teraz damy tu okładkę, w środku recenzji, tak jak kiedyś Monty Python dawał napisy końcowe nie tak gdzie trzeba.

O prosz:














Moim z kolei drugim (po Pójdę do nieba) ulubionym utworem w zestawie jest rozbuchana piosenka Jasny dzień przynosisz. Po raz kolejny jej głównym walorem są niesamowite partie wokalne, czy to w formie "call (Jacek) & response (Andrzej + Konrad)", czy to - w znowu wyśmienitej - trójgłosowej harmonii. Ale nie tylko na wielogłosach zawieszona jest ta przedziwna pieśń. Pomijając nawet typowy dla Andrzeja Zielińskiego konglomerat inspiracji, który niestety miał niedługo zniknąć ze Skaldowskiej stylistyki (tutaj słyszę motywy meksykańskie, bałkańskie i rosyjskie), utwór jest przedziwny pod względem rytmicznym. Po pierwsze Jan Budziaszek zaskakuje tutaj odważnymi akcentami "na i" wygrywanymi na hi-hacie w zwrotkach, które w refrenie zmieniają się w granie bardziej osadzone i "w uszach utajone", bo po prostu bębny bardzo wtapiają się w tło. Ale najlepsza jest zwariowana coda, w której zespół powtarza frazę jakbyś niczego nie miała na swoją obronę/tylko co głęboko w oczach utajone w coraz szybszym tempie i znowu z akcentami "na i", teraz mocno wybijanymi nie tylko na hi-hacie ale i na werblu. Tempo ostatniego z tych kółek jest naprawdę obłędne i zespołowi należą się tu wielkie brawa za tak fantastyczne ugranie (i uśpiewanie!) tego fragmentu. Jest jeden z najbardziej wyróżniających się momentów w c a ł e j historii fonograficznej zespołu Skaldowie i jedna z ich najbardziej energetycznych chwil, może nawet tylko dla niej jednej warto sięgnąć po ten album.

Na tej stosunkowo krótkiej płycie mamy jeszcze cztery mniej znane piosenki, z których dwie skomponował Andrzej Zieliński. Różnią się one od siebie jak dzień i noc. Numer tytułowy jest niecharakterystycznie zbolały i niepokojąco realistyczny. To bodaj jedyny w dorobku Skaldów utwór z tekstem Macieja Zembatego, ale wyraźnie mamy tu do czynienia z czymś więcej niż jakiś kolejny tekst do kolejnej piosenki. Tu nie ma mowy o żadnej stylizacji, żadnej wielkiej poezji, ani o kunsztownych żartach, tutaj jest jakby samo życie, w jednym z najsmutniejszych swoich oblicz, choć opisywane w tekście rozstanie odbywa się w sposób bardzo cywilizowany, tym smutniej się paradoksalnie robi... Bardzo mocna rzecz. Z kolei skoczna pioseneczka Z tobą wszystko jest możliwe to, jak rozumiem, pastisz Stevie'go Wondera, dla mnie rzecz pośledniej wartości, choć ratuje ją refren oparty na już typowo Skaldowej melodyce, z bardzo fajną partią syntezatora niezobowiązująco w tle. Utwór ten świetnie wywiązuje się ze swojego zadania poszerzenia gamy stylistycznej płyty Rezerwat miłości, ale obawiam się, że poza tym mało z niego pozostaje.

Z kolei dwa utwory skomponowane przez - jak by nie było - nadal beniaminków songwriterskich na łonie zespołu prezentują się całkiem zacnie, choć zdecydowanie daleko im do evergreenów. Jackowa Pora chleba i owoców urzeka stonowaną aurą i tradycyjnym brzmieniem (z instrumentów klawiszowych w akompaniamencie tylko zacne pianino elektryczne). Pod względem melodycznym jest to rzecz zaskakująco różna od piosenek pisanych przez brata Andrzeja, w zwrotce opartej na bujaniu bossa-novy jest coś z piosenki poetyckiej, a w refrenie już już wydawało mi się, że melodia poleci w stronę jednej z piosenek Czerwonych Gitar, ale w ostatniej chwili skręca ona gdzieś w jesienną mgłę. To dość ważna piosenka w tym miejscu dyskografii Skaldów, bo już w XXIw. ukaże się parę płyt Skaldów w dużej mierze (lub w całości) opartych na kompozycjach Jacka Zielińskiego i właśnie Pora chleba i owoców dobrze wyznacza kierunek jego autorskich pohukiwań. Melodia płynie tu niespiesznie, akordy zmieniają się dość subtelnie (choć też niebanalnie) i generalnie akompaniament stara się nie przeszkadzać popisom wokalnym, dla których robi się nagle dużo więcej miejsca niż w piosenkach Andrzeja, o wiele bardziej podporządkowanych harmonii. Na ich tle niniejszy utwór wypada jednak bardzo sympatycznie i ożywczo.

Rezerwat miłości zamyka dość energetyczna kompozycja Konrada Ratyńskiego pt. Gdyby nie śpiewał nikt. Jest ona zupełnie odmienna w swojej bluesowej aurze od kompozycji braci Zielińskich i przydałaby się jej bardziej surowa produkcja, ale i tak robi na mnie bardzo dobre wrażenie głównie dzięki fajnym harmonizacjom (i wokalnym, i gitarowym), które windują tę prostą, trochę big-beatową melodię na wyższy poziom rozmarzenia.

I to już byłoby wszystko, ale dzięki wydaniu Kameleon Records możemy sobie przedłużyć rozmarzenie o osiem dodatkowych utworów. W dwóch z nich ponownie zaśpiewał Stanisław Wenglorz, a trzy kolejne to ciekawe wersje radiowe piosenek omawianych wcześniej, ja jednak skupię się na dwóch innych piosenkach nagranych dla radia (jedna w roku 1975, druga w 1979), które brzmią o wiele bardziej rozłożyście i progresywnie niż cokolwiek w bazowej trackliście. Obie można też znaleźć na wspominanej wcześniej płycie Z biegiem lat.  Starsza z tych kompozycji, W oknach otwartych, to właściwie zapomniany Skaldowy klejnot, jak dla mnie absolutny klasyk, co z tego że na mniejszą skalę rozpoznawalności. Ta wieloczęściowa piosenka (bo mimo wszystko jest to bardziej piosenka, niż jakiś wielki utwór, co tylko dodaje jej czaru) zaczyna się bardzo podobnie do Łagodnego świata twoich oczu, tylko że zamiast partii fletu mamy w tym otwarciu (okna) mamy tu ładne wokalizy na trzy głosy. Wchodzi tęskna zwrotka, niby o tym samym co zwykle (słowa: Jastrzębiec-Kozłowski) ale znowu: wszystko to jest mniej upoetyzowane a wręcz do bólu "życiowe": chodzą plotki podobno na mieście/że o tobie nie mogłem zapomnieć...  I właśnie w tym miejscu następuje przełamanie z fortepianem elektrycznym, które z wejściem bębnów nabiera coraz większej dynamiki, a za chwilę zaskakuje jeszcze bardziej, bo powrót partii wokalnych jest wręcz nieco drapieżny, rozchodzą się one w ryzykowne, częściowo falsetowe wielogłosy, które jednak świetnie współgrają z nieco rozpaczliwym przesłaniem. I nagle na placu bitwy zostają tylko bębny i prawie niesłyszalnie pulsujący bas, na tle których Andrzej Zieliński wygrywa - na syntezatorze - przedziwne solo, trochę wirtuozerskie, trochę puszczające oczko, trochę sarkastyczne. Tak jak zwykle nie bardzo lubię te Andrzejowe Yamahy (Yamachy?), to tę (dlaczego tak krótką?!) solówkę cenię nad wyraz. Wkrótce do klawisza nerwowo dołączają skrzypce i potem jeszcze jeden synth i ten instrumentalny trójgłosik ostentacyjnie przerywa dobitne wejście bębnów (znowu a la King Crimson), które przerywa ten taniec i przypomina o tym, że przecież ona odeszła i że boli. Znowu toczy się zbolała zwrotka i znowu chodzą plotki... I znowu to samo przełamanie, już nie zaskakuje, ale jeszcze bardziej odziera umysł z mgły iluzji. wyraźnie trzeba ten stan ducha/serca jakoś zakończyć i rzeczywiście tak się staje, krótka nieoczekiwana mocna triolowa wstawka kończy te wszystkie płaczliwości i rozbija nieprawdziwe jesienne kolory w proch i pył.

Kolejny utwór w sekcji bonusowej, Ostry zakręt, został nagrany cztery lata później i oczywiście odbija się to na brzmieniu, które jest o tyle bardziej popowe, że nawet w rytmicznej podstawie brzęczy syntezator. Ale to nadal świetny utwór, bo tym razem napięcie budowane jest przez miarowo wzrastającą ekspresję wokalną - utwór zaczyna się od zgorzkniałych fraz śpiewanych solo przez Andrzeja Zielińskiego, do którego  w kolejnym kółku za chwilę dołącza w dole Jacek, a w jeszcze kolejnym Jacek przechodzi na harmonię w górze, a Konrad zdaje się dostawia swój głos w dole. W takim trójgłosowym "rozstawie osi" wkraczamy w dosadny refren, którego aury nie zdoła złagodzić klawiszowa poświata: ach tak wygląda świat? tak przyjaźń, a tak miłość?/ a całe życie dotąd, a całe życie dotąd - zdawało się, przyśniło! A może by tak przystawić te słowa do Krywania i innych tego typu form górotwórczych, może one też tylko zdawały się, przyśniły? I może też Sierżant Pepper, Syd Barrett, topograficzne oceany i Eldorado? Bo teraz, pod sam koniec lat 70-tych zdaje się jakby w modzie były tylko boleści rodem z  The Wall... I nikt nie gratuluje: "poznał pan wreszcie życie"... A lata 80-te, westchnął smutno, będą dla muzyki jeszcze gorsze niż czasy punka i disco.

Na szczęście płyta Rezerwat miłości rozstaje się z latami 70-tymi w sposób godny i mimo wszystko - przynajmniej w jakiejś mierze - na swoich zasadach. Otrzymaliśmy płytę spójną brzmieniowo i tekstowo (o tak, wyjątkowo mamy tu dobre teksty) i różnorodną pod względem stylistyki i inspiracji. To są nadal królewscy i zwycięscy Skaldowie i niech tak jeszcze na długo zostanie.

_______________________________________________

Po wydaniu niniejszego longplaya, w kolejnym roku przydarzyło się Skaldom nieszczęście w postaci "olimpijskiej" płyty Droga ludzi, której wartość w dużej mierze dyskredytują straszliwie złe teksty. Nie potrafiłbym o tej płycie pisać na sposób inny niż cyniczny, a tego chciałbym Państwu oszczędzić. Potem zespół się na parę lat rozsypał, a pod koniec lat 80-tych wrócił z płytą Nie domykajmy drzwi bez Andrzeja Zielińskiego w składzie, który jednak potem wracał (mniej lub bardziej dorywczo) na koncerty i kolejne wydawnictwa.

W 2008 roku ukazała się niezła składanka 2CD pt. Z biegiem lat wydana przez Polskie Radio. Zawiera ona utwory radiowe z lat 1972-1980, które nie miały swoich odpowiedników studyjnych. Niektóre z nich Kameleon dołączył do opisywanych tutaj płyt w wersjach bonusowych, inne można znaleźć na płytach Twą jasną widzę twarz i Nocni jeźdźcy. Wypełnia je bardziej popowe oblicze Skaldów, ale to nie znaczy, że nie da się tam znaleźć jeszcze paru perełek. Należy do nich m.in. właśnie bardzo wyrazista piosenka Nocni jeźdźcy. Zaskakująco dobrze udokumentowana jest też koncertowa działalność zespołu, z klasycznego okresu najlepiej brzmią chyba nagrania zarejestrowane oczywiście w Niemczech, choć parę niezłych rzeczy można znaleźć też na czteropłytowym boksie z cyklu Z archiwum Polskiego Radia.

czwartek, 20 listopada 2025

SKALDOWIE - German Radio Sessions

 Das ist die Romantik der Polen: von Kalisz bis Pcim und so fort


German Radio Sessions
SKALDOWIE                                                             
              
2017/2019

gatunek: baroque pop, art rock, folk-rock, pop

wersje moim zdaniem lepsze niż polskie oryginały: Nimm alles wieder, Du bist gekommen, Diese zwei Zeilen, Dad ist Dein Gesischt, Abends..., Nur Muzik, Ich weiss es jetzt oraz (największe zaskoczenie): Ballade (!)

najlepsze momenty (inne niż w wersjach polskich): końcówka Stille, wyciszenie Das is Dein Gesischt, przewrót refrenu Nimm alles wieder z wysoką harmonią śpiewaną przez Andrzeja Zielińskiego, przyspieszenie pod koniec Kennst du das nicht

vol. 1 (1970-1971)
Cisza krzyczy (Stille) Zapomniany młyn (Die vergessene Muhle) * Na wszystkich dworcach świata (so viele Zuge kommen) * Od wschodu do zachodu słońca (Guten Tag, heller neuer Tag) * Czasem kochać chcesz (Kennst du das nicht) Narodził się człowiek (Du bist gekommen) * Prawo Izaaka Newtona (Isaak Newton) *  Noc w Krakowie (Funkelnde Nacht) * Der Blick vom Turm *  Łagodne światło twoich oczu (Ein sanften Leuchten deiner Augen) * Zabierz sobie wszystko (nimm alles wieder) * Tylko muzyka (Nur Musik) * Zajęczym tropem (Wanderung) * Jaskółka (Diese zwei Zeilen) * Zaśnij, słoneczko (Wiegenlied)

* * * * 

vol. 2 (1973 - 1976)
Aż do gwiazd (Sterne werden Erden sein) * Księżyc we włosy (Mondschein im Haar) * Miłość przez wieki się nie zmienia (Was Liebe war...) * Na granicy dnia (Das ist Dein Gesischt) * Dziej się nam ballado (Ballade) *  Wieczór na dworcu Kansas City (Abends auf der Bahnhof von Kansas City) * Nie słuchał mnie nikt (Ich weiss es jetzt) * Szukam cię od rana (Ich such' mein Madchen) * Słowa do matki (Trag diesen Ring) *  Street 2000 (Strasse 2000) Jak znikający punkt (Ein ferner Punkt* W oknach otwartych (Am offeren Fenster) * Wszystko kwitnie wkoło (Fruhling) 

* * * * i 1/4


Poza opisywaną tu wcześniej "niemiecką" wersją Krywania oraz (też opisanym) wyborem progresywnych nagrań zarejestrowanych w Niemczech ale śpiewanych po polsku, Kameleon Records wydał jeszcze dwie kompilacje wyłącznie niemieckojęzycznych wersji różnych utworów z najlepszego moim zdaniem okresu działalności zespołu Skaldowie. I tu dziwna sprawa: dostałem je parę lat temu do recenzji, każdą wysłuchałem dwa czy trzy razy, napisałem, co miałem napisać i o nich zapomniałem. Bez większego entuzjazmu postanowiłem dołączyć je do niniejszego cyklu na fali późnego zachwycenia Skaldami i ku mojemu najwyższemu zdumieniu okazało się, że to nie są tylko dodatki do dyskografii na prawach marginalnej ciekawostki. Nie! One są naprawdę esencjonalne i co lepsza, druga z tych płyt wcale jak dla mnie  nie odstaje od pierwszej, wręcz przeciwnie, wbrew temu, co wydawca Paweł Nawara napisał we wkładce.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla płyty te są tylko dla zagorzałych fanów Skaldów i zapewne dla wielu z nich śpiewanie tych pięknych pieśni w języku niemieckim zakrawa na jakąś obrazę. Rozumiem takie obiekcje, sam je miałem. Jeśli jednak nie jest to przeszkoda nie do przeskoczenia, gorąco zachęcam do zapoznania się z tymi wydawnictwami. Były momenty (zwłaszcza na vol. 2), że byłem autentycznie wzruszony. Zresztą moje wewnętrzne statystyki mówią same za siebie: powyżej wypisałem aż osiem utworów, których niniejsze niemieckie wersje uważam za lepsze niż oryginalne, a być może powinienem do nich jeszcze dodać Strasse 2000 (tak, jest w tej wersji nawet ten niezwykle oryginalny opad wokalny!)

Jedna sprawa nie ulega wątpliwości: znakomita większość tych utworów po prostu o wiele lepiej b r z m i niż studyjne polskie oryginały. Dotyczy to wszystkich utworów na drugim dysku za wyjątkiem Okien otwartych (tak, używajmy już polskich tytułów),  Słów do matki  i Znikającego punktu, w których drażni mnie trochę realizacja głównych wokali (w trzecim z wymienionych chodzi mi tylko o zwrotki), wywalonych za bardzo do przodu w miksie i trochę dudniących. Ale nawet w tych trzech propozycjach mamy bardzo interesujące momenty inne od tych nam znanych, np. w Słowach za głównym wokalem świecą się jeszcze jakieś falsety (głównie słyszę tam Konrada), a z kolei w refrenach Punktu i tej środkowej części z echem na trąbkę w końcu wszystko mi się skleiło. A w przypadku niektórych utworów różnice w produkcji są wręcz kolosalne. Dotyczy to zwłaszcza dynamiki całości, ale też spójności akompaniamentu. Wschodnioniemieccy realizatorzy zrozumieli w lot, że Skaldom nie jest potrzebna jakaś nie-wiadomo-jaka selektywność (taka jak na Stworzeniu świata...), bo wtedy tracą polot i kopa. Jedyny całościowy zarzut, który mam do kwestii produkcyjnych, jest taki, że stricte rockowe fragmenty są tu wyraźnie ugładzone w kierunku popowym, stąd np. Dworce świata wypadają o wiele mniej wyraziście, rażą mnie też pogłosy na wokalach w Aż do gwiazd, no i wejście w refren Księżyca we włosy też nie jest aż tak porywające. Ale żadna z tych wersji nie jest dla mnie jakimś wielkim rozczarowaniem, a w drugą stronę różnice są o wiele większe. Jedynie w utworze W oknach otwartych razi mnie układ niemieckich słów, jest ich w porównaniu do wersji polskiej po prostu za dużo, tam gdzie mieliśmy pięknie zharmonizowane melizmaty, tutaj mamy osobne sylaby. W dodatku w części szybszej do głosów Skaldowych (trochę się zresztą rozmijających we frazowaniu) dołączają jeszcze głosy żeńskie i jak dla mnie zdecydowanie robi się z tego chaos... No, ale na pocieszenie mamy oczywiście kapitalną wersję polskojęzyczną, do znalezienia na składance pt. Z biegiem lat.

Tak jak pisałem wcześniej, niemieckie studia wyzwoliły w Skaldach o wiele większy luz i pewien rodzaj wesołości, wynikający zapewne z tego, że muzycy zdawali sobie sprawę z tego, że nagrywają przecież wersje alternatywne, czyli z zasady o mniejszym kalibrze. Czasami jednak brak spinki potrafi urodzić rzeczy niespodziewane. Szybsze tempa bardzo przydają się zwłaszcza utworom Zabierz sobie wszystko oraz Na granicy dnia, które na macierzystych płytach wydawały się średniakami, a tutaj każdy z nich kipi energią. W pierwszym z nich bardzo urzekł mnie ostatni refren, w którym Andrzej Zieliński sam śpiewa wyższą partię do tej pory zarezerwowaną dla Jacka. Andrzeja jest w tych nagraniach zdecydowanie więcej niż Jacka, chyba czuł się pewniej w języku niemieckim (zwłaszcza na vol. 1, na moje laickie (choć nadal lingwistyczne) ucho na vol. 2 ich śpiew wypada o wiele bardziej naturalnie). Ale fani wokalu Jacka Zielińskiego też mają się tu w czym zasłuchać - w ...granicy dnia wypada on wręcz fenomenalnie, a do tego niewymienione w opisie żeńskie chórki udatnie mu pomagają. Także Kansas City jest wykonane szybciej i bardziej porywająco (i jeszcze z podwójnym zakończeniem!), trochę w tej niemieckiej wersji przypomina klimatem piosenkę Szanujmy wspomnienia, brawo. Szybsze tempo nie służy tylko wspomnianym Dworcom, które zupełnie straciły tu swoją kolejową "mosiężność". Ale trójgłosy nadal brzmią tu stylowo... Z kolei Czasem kochać chcesz generalnie zagrane jest bardzo podobnie do wersji ze Wschodu do zachodu, ale może zaskoczyć kontrmelodią w postaci wokalizy Andrzeja Zielińskiego w zwrotkach oraz niesamowicie energetycznym zakończeniem (co za bas!).

Co tam jeszcze... Piosenka Od wschodu do zachodu słońca trochę się dłuży pod koniec, ale w nagrodę otrzymujemy nieoczekiwaną falsetową harmonię w końcowych refrenach (Konrad Ratyński to śpiewa?) Inne piosenki z tej płyty wypadają w wersjach niemieckich w miarę podobnie do polskich, tylko w Cisza krzyczy więcej zabawy w partiach instrumentalnych (nie ma tu też wokaliz a-a-a-a, które w wersji oryginalnej zakrywały partie trąbek w łączniku i to dobrze). Bardzo pociesznie wypada Zajęczym tropem, gdzie tłumacz tekstu nie zrezygnował z nazw polskich miejscowości. Zamiana gitary akustycznej na elektryka przenosi piosenkę stylistycznie z folku w stronę rocka, choć tamburyn tę zmianę tonuje. Niezbyt lubię oryginalne wersje pieśni Narodził się człowiek oraz Jaskółka, tutaj jednak obie bardzo mi się podobają, wokale się aż tak bardzo nie wysuwają na przód i oba utwory szczęśliwie tracą na patosie, a zyskują na barwach. Zwłaszcza dotyczy to Jaskółki, której wydłużone zakończenie nieoczekiwanie ozdabia dźwięk dzwonów. O, Zaśnij słoneczko też zaśpiewane jest dużo szybciej niż obie wersje polskie i tym razem burzy to intymny nastrój kołysanki, ale piosenka nadal jest tak ładna, że słucha się jej ze wzruszeniem, zwłaszcza, że tym razem Andrzej Zieliński nie ma problemu z najniższymi dźwiękami. A Szukam cię od rana wypada równie ujmująco jak na Wspomnieniach, tylko że brzmi bardziej naturalnie (partię syntezatora tu wykonuje chyba gitara przepuszczona przez efekt?), a na dodatek jest to pełna wersja z dwoma refrenami i dwoma zwrotkami, tak jak u nas w wersji radiowej. 

Jest na tych dwóch płytach parę ciekawostek: bardzo ładna wersja mniej znanej piosenki Noc w KrakowieTylko muzyka tym razem zaśpiewana przez Jacka i też jakoś pełniejsza pod względem dynamiki oraz zupełna niespodzianka, piosenka Der Blick vom Turm nie pochodząca w ogóle z repertuaru Skaldów. I jeszcze jedno, Miłość przez wieki się nie zmienia jest jedyną z 28 pozycji na obu płytach, której podkład wykorzystano też w wersji polskojęzycznej, tej która na Kameleonowym wydaniu albumu Stworzenia świata część druga została opisana jako (wersja alternatywna). Oczywiście wszystkie podtrzymuję wszystkie komplementy, którymi obsypałem ją w poprzednim wejściu.

Z tego rodzaju zbiorami wersji alternatywnych (żeby nie powiedzieć: "dziwacznych") jest pewnie tak jak z różnymi niekanonicznymi koncertówkami - te utwory, które uwielbiamy w wersjach studyjnych zwykle trudno przebić (zgodnie z "prawem pierwszego przesłuchania/upodobania") a łatwiej przekonać się do innych wersji piosenek mniej dla nas ważnych. Ale jeśli chodzi o wg. mnie najlepsze dwa opracowania na tych dwóch płytkach z Niemieckimi sesjami radiowymi, to pochodzą one z dwóch porządków. Otóż za podniosłą pieśnią Nie słuchał mnie nikt (też poznałem ją na składance Z Biegiem lat) zbytnio nie przepadam, trochę przeszkadza mi czasem obecny w repertuarze Skaldów trudny do zniesienia patos. Natomiast w wersji niniejszej utwór ma zupełnie inny nastrój. Główny wokalista, Jacek, śpiewa wprawdzie nadal podniośle, ale tonuje go nieobecny w wersji polskiej Hammond ale i - przede wszystkim - rozłożyste, Beatlesowskie harmonie wokalne w tle, jakież to sycące, świetne! Mimo tych obfitości w podkładzie, aranżacja nie jest pozbawiona światła i utwór nie upada pod swoim własnym ciężarem. Jeszcze większym przebojem stała się jednak dla mnie niemieckojęzyczna wersja piosenki Dziej się nam ballado, co jest osiągnięciem o tyle znaczącym, że przecież w wersji radiowej utwór ten już od dawna zdecydowanie należał do moich ulubionych. Tu jednak dorzeczna realizacja wyniosła go jeszcze wyżej.  To już nie jest tajemnicza ballada z odcieniem "gotyckim", tylko raczej pełnoprawna pieśń art-rockowa, której ton nadaje już nie fortepian, ale Hammond, który z zwrotkach grany jest barwą klasyczną, a w refrenach (bracia Zielińscy wykonują je zgodnie unisono jak za najlepszych czasów) rozlewa się efektem Leslie. Podnosząca na duchu koda także nie rozczarowuje, a już trzypiętrowe Ballaa... (Andrzej) - Ballaa... (Jacek) - Ballaaade! (Konrad) wzrusza mnie do szpiku starokawalerskich kości.

Nie lekceważmy tych płyt!

Jak zawsze na koniec stosowne linki:

vol. 1














vol.2





piątek, 14 listopada 2025

SKALDOWIE - Stworzenia świata część druga

Już odkryta nasza przyszłość
chmury po niej goni halny


Stworzenia świata część druga
SKALDOWIE                                                             
              
1977

gatunek: rock progresywny, art rock, baroque pop, pop
najlepszy utwór: (wersja podstawowa:) tytułowy, (wersja rozszerzona:) Miłość przez wieki się nie zmienia
najlepsze momenty: (wersja podstawowa:) autocytacik z Jeszcze kocham w tytułowym, (wersja rozszerzona:) wszystkie przejścia perkusyjne w Miłość... oraz aaaaaaaa! w Street 2000 

(wersja podstawowa):
Stworzenia świata część druga  * Nasza miłość jak wiatr halny * Miłość przez wieki się nie zmienia * Przechodząc obok siebie  * Jak znikający punkt * 
* * * * 
(a w wersji rozszerzonej dodatkowo):
Aż do gwiazd  * Street 2000 (wersja radiowa)  * Jak znikający punkt (wersja radiowa)  * Nasza miłość jak wiatr halny (wersja radiowa)  Miłość przez wieki się nie zmienia  * Idąc przed siebie
* * * * *

Stworzenia świata część druga, zarówno w szerokim rozumieniu albumowym jak i w zawężonym do samej suity, często kwitowana jest jako coś w rodzaju „Krywania 2”. Jako gorliwy mitodestruktor miałbym wielką ochotę popolemizować z taką narracją, ale niestety zbyt wielu argumentów tu miał nie będę. Przed przystąpieniem do niniejszej recenzji przesłuchałem suitę parędziesiąt razy, tak więcej niż 50 i mniej niż 100, ale gdy dzisiaj próbowałem sobie przypomnieć szczegóły, nie przychodziło mi to łatwo. Ot, na początku część śpiewana (najpierw imponujące wokalizy w harmoniach, potem fragment z tekstem współautorstwa Andrzeja Zielińskiego), potem spiętrzenie z charakterystycznymi podziałami rytmicznymi, a dalej dużo improwizacji i na koniec wyrazisty, powtarzany prawie do znudzenia, motyw o lżejszym, nieco „opolskim” kalibrze, z wyraźnie i srebrzyście bzyczącym syntezatorem prowadzącym melodię. Zawsze robiło to na mnie dość duże wrażenie podtrzask samego słuchania, ale na pewno brakowało mi w tym utworze czegoś, co jakoś przebiłoby Krywania, choć przecież zawsze powtarzam, że muzyka to nie wyścigi, nawet z samym sobą.

Byłem więc w niezłej kropce, żeby nie powiedzieć: „znikającym punkcie” i nagle odkryłem – dla siebie – klucz do tego utworu. Z góry przepraszam Państwa i Zespół za projektowanie osobistych zmagań mentalnych, ale aż nie mogę się powstrzymać: dla mnie bowiem suita Stworzenia świata część druga to p o ż e g n a n i e z czasami dawnych wzlotów, marzeń, fantazji i wolności twórczej, a w węższym rozumieniu z „klasycznymi Skaldami”. Najpewniej takiego rozumienia Andrzej Zieliński nie planował, bo jest niezgodne ani z tytułem, ani z dość lapidarnym tekstem tego utworu, ale tutaj, po raz ostatni, słyszę oczywiście niedosłownie – wszystko, co dotąd nas w muzyce Skaldów urzekało. Mamy zatem rozmach, kontrolowany patos, wirtuozerskie wykonania, karkołomne zwroty akcji, grę kontrastami i kolorami, nieposkromioną fantazję i – rzecz jasna – żonglowanie gatunkami i inspiracjami (od muzyki klasycznej, przez góralszczyznę, echa big-beatu i awangardy, po Mahavishnu Orchestra), kontekstami a tym razem nawet autoodnośnikami. W środkowej części utworu nietrudno znaleźć niezbyt zawoalowany cytacik z samego Krywania a nawet z piosenki Jeszcze kocham. W takim kluczu pożegnania bardzo znamienny jest wspomniany końcowy fragment, który wcześniej przez chwilę pojawia się przez chwilę jako jeden z wielu elementów układanki, tak jak popowe oblicze zespołu było tylko jednym z wielu, które reprezentował. Teraz jednak, dokładnie w szesnastej minucie i szesnastej sekundzie utworu Jan Budziaszek w zasadzie kopiuje przejście perkusyjne Michaela Gilesa (jedno z moich ulubionych w historii muzyki rockowej zresztą) spod końca pewnego utworu z płyty z czerwoną gębą na okładce. Ale mimo, że wprowadzony temat metrycznie trochę przypomina refren In the Court…, to pod względem kolorystycznym – niestety (?) – jest to już czysty pop. To już koniec, zdaje się mówić zespół, zapraszamy na, nomen omen, część drugą naszej twórczości, już trochę mniej niesamowitą i mniej wyszukaną i przede wszystkim prawie zupełnie nierockową. Zapraszamy i dziękujemy za te niemal dziesięć lat, kiedy mogliśmy dla Was rzeczywiście stwarzać nowe fantastyczne światy.

No, my też dziękujemy.

Strona druga zaczyna się od bardzo przyjemnego utworu o charakterze Podhalańskim. Nazywa się on Nasza miłość jak wiatr halny i zupełnie nie ma w nim porywającego magnetyzmu paralelnego na Krywaniu utworu Juhas zmarł, ale to bardzo piękna pieśń z paroma charakterystycznymi dla Skaldów rozwiązaniami melodycznymi (ciekawe kontrasty moll-dur) i aranżacyjnymi (ponownie świetny dialog głosów Andrzeja i Jacka solo w refrenach w opozycji do nawet bardziej niż zwykle rozbuchanych trójgłosów w zwrotkach. Piękna pieśń, tylko niestety znowu dość płasko brzmią te górzyste muzyczne krajobrazy pod względem realizacyjnym… No, ale na razie tę kwestię zostawmy, bo właśnie przychodzi czas na utwór najbardziej w tym zestawie szokujący.

Piosenkę Miłość przez wieki się nie zmienia poznałem w roku 1997 na słynnej już na tym blogu kasecie Ballady i byłem nią zachwycony do tego stopnia, że właściwie weszła wtedy na czoło mojego Skaldowego rankingu (no, może dzieląc go z radiową wersją Skowronków). Nawet było mi trochę głupio wobec braci Zielińskich, bo przecież to kompozycja Konrada Ratyńskiego… Choć trzeba przyznać, że cały zespół wzorowo dołożył się do walorów wykonawczych i kolorystycznych, cała piątka zagrała tu po prostu genialnie. W roku 2004 natrafiłem na podwójne wydanie CD Krywań + Stworzenia… z serii „Yesterday” by Polskie Nagrania, tuż przed tym, gdy te płyty zupełnie zniknęły z polskich sklepów. Niestety byłem mocno zdegustowany jak się okazało katalogową wersją tego utworu. Tym razem winą mogę obarczyć tylko produkcję, a pewnie jeszcze bardziej stan techniczny polskiego studia nagraniowego, bo Skaldowie zagrali to niemal nuta w nutę tak samo jak – jak się okazało – parę lat wcześniej w studiu wschodnioniemieckiej Amigi, tylko teraz odrobinę wolniej. Dlatego też tym razem bardziej niż zwykle podkreślam rangę Kameleonowego wydania rozszerzonego. Jakby co, można też tę wersję niemiecką znaleźć na trzypłytowej Antologii. Ja w każdym razie polskiej wersji nie uznaję.

Od razu służę linkiem do omawianego wydania:

Znakomity utwór Miłość przez wieki się nie zmienia zaczyna się w wersji alternatywnej od krótkiego pisku Hammonda, do którego dochodzą skrzypce, przełamanego mocnym wejściem bębnów. Uprzedzając fakty, Jan Budziaszek być może gra w tym utworze swoją życiową partię i te jego kotły dudnią tu z nieprawdopodobną siłą. Trudną melodię wstępnego tematu, opartą zresztą na bardzo ciekawej progresji akordowej, kompozytor śpiewa falsetem w unisonie ze skrzypcami, na które nałożono ciekawy efekt. Temat kończy się wysoką trójdźwiękową kulminacją i sprawy wyciszają się, by wprowadzić zwrotkę, krystalicznie podaną przez matowy baryton Konrada Ratyńskiego, znany z wielu wcześniejszych wielogłosów, ale teraz po raz pierwszy aż tak wyeksponowany. Zwrotka płynnie przechodzi w piękny, podnoszący na duchu refren (słowa o miłości, która nigdy nie ustaje, napisała Ewa Lipska). Refren wprowadzony jest oczywiście przez kolejną monumentalną wstawkę bębnów i co ciekawe, refren ów nuta w nutę powtarza melodię zwrotki, zmienia się tylko progresja akordowa pod spodem oraz nasycenie i dynamika podkładu instrumentalnego. Jan Budziaszek przedziela niektóre linijki refrenu a później także powracającego tematu wstępnego swoimi ulubionymi triolami, które brzmią wprost doskonale i łatwo wbijają słuchacza zarówno w krzesło jak i w pełne zanurzenie w zachwyceniu. Druga zwrotka jest bardzo podobna do pierwszej, choć za plecami wokalisty zostaje teraz tylko Hammond, który leciutko zmienia harmonię w podkładzie, a w prawym kanale zdaje się odzywają się modne w latach 70-tych pedały basowe. Drugi refren jest bardziej intensywny niż pierwszy, bo śmielej odzywają się bracia Zielińscy w wokalnej kontrmelodii w lewej słuchawce, a po prawej dołącza wytworny fortepian. Teraz przychodzi czas na solo skrzypiec, z którym pięknie przegryzają się chórki, wyśpiewujące zamiast wcześniejszej kontrmelodii wokalizę, która powtarza główną melodię. I w końcu zaczyna się najlepsze, po półtonowej modulacji powraca śpiew Radka, który tym razem jest punktowany przez bardzo przyjemne dogadywanie gitary Jerzego Tarsińskiego, a na słowach kamień jak był, tak jest z kamienia, z kolei Hammond przeprowadza przez chwilę bardzo ryzykowną, krótką kontrmelodię… Konrad Ratyński powtarza teraz ostatnią frazę refrenu: i wieczna miłość jest odwieczna, a podkład z każdym powtórzeniem jest coraz bardziej nasycony: bracia Zielińscy, do tej pory śpiewający unisono, rozdzielają się w bardzo sycące wielogłosy, no i przede wszystkim Jan Budziaszek przedziela te powtórzenia swoimi przejściami, najpierw oczywiście triolowymi, ale ostatnie z nich, chyba najlepsze w jego karierze, jest trzydziestodwójkowe, niesamowicie precyzyjne, rozległe i ogniste. Po nim w końcu wszystko ucicha, zostają tylko punktowe, wysokie dźwięki gitary, trochę a la Getting Better ulubionego zespołu basisty, do których w zupełnym wyciszeniu dołącza niesforny Hammond, burząc ten gitarowy porządek. Cały utwór, pomijając nawet przepiękne przesłanie pełne nadziei, stanowi kolejne Skaldowe mistrzostwo aranżacji: każdy z muzyków doskonale znajduje w nim swoje miejsce, a grając genialnie nie przysłania swoim ego pozostałych instrumentalistów i wyśmienitej głównej melodii. Wielkie brawa!

Po takich wyżynach może nawet dobrze się stało, że następny utwór jest w pytę leciutki i szczerze mówiąc nie bardzo pasuje do całości, można nawet powiedzieć, że trochę psuje powagę utworów z nim sąsiadujących. Ale na jego korzyść zdecydowanie przemawia jego niezobowiązujący i rozsłoneczniony ton, przynajmniej w wersji radiowej (do znalezienia oczywiście w bonusach). No bo znowu, osobiście wolałem jak piosenka Przechodząc obok siebie nazywała się jeszcze Idę przed siebie, a świetny wokal Jacka Zielińskiego przegryzał się z leciutkim, ale mimo wszystko wyrafinowanym graniem Andrzeja Zielińskiego (chyba tylko on tak potrafił!) na Hammondzie w prawej słuchawce. Wersja studyjna jest zaskakująco niemrawa, a porównanie dialogujących ze sobą w wyciszeniach wokalizacji braci zdecydowanie wypada na korzyść wersji radiowej, w której jest po prostu namacalnie więcej radości. Szybko więc przechodzimy do ostatniego dania w głównym zestawie: monumentalnej, choć też dość żwawej pieśni Jak znikający punkt. Tym razem, może o dziwo, wolę chyba wersję studyjną od radiowej, ta ostatnia (rozgrywająca się w wyższej tonacji!) wydaje mi się troszeczkę zbyt rozwleczona i nie lubię tego stękania w części środkowej, choć sam już nie wiem: dwugłosy w refrenach są tu przecież bardziej ekspresyjne i lepiej zlepione! W wersji studyjnej wszystko jest jednak w sam raz, przyczajona zwrotka wybucha w potężny, niemal rozpaczliwy refren (znowu głos Jacka nad Andrzejowym) a w środku pojawia się fantastyczna, niespokojna część instrumentalna – tutaj w głównej roli trąbka z tajemniczym pogłosem a pod nią Hammond z jakimś wręcz psychodelicznym, pływającym efektem. Bardzo jest to mocna rzecz i jeśli ktoś nie miałby nic przeciwko mojej narracji o pożegnaniu z dawnymi wysokościami, czy to natury miłosnej, czy metafizycznej, czy tylko stylistycznej, to jest to pożegnanie w wielkim stylu.

Ale to jeszcze – na szczęście – nie do końca koniec. Jak już wspomniałem w omówieniu poprzedniego albumu, wersje radiowe dwóch piosenek z LP Szanujmy wspomnienia znalazły się w programie niniejszego wydania rozszerzonego. I bardzo słusznie, bo i Srebrny maszt, i Street 2000 są tu przedstawione w długich, bardzo progresywnych opracowaniach, o wiele lepiej pasujących do całości niż nieszczęsne Przechodząc obok siebie. Utwór Aż do gwiazd (bo tak pierwotnie nazywał się pierwszy z wymienionych) po raz pierwszy usłyszałem na wydanej w 2008 roku składance Z biegiem lat i było to bardzo mocne doświadczenie. Okazało się, że ten niepozorny na poprzednim longpleju utwór miał oryginalnie bardzo otwartą formę wypełnioną stylowymi… chciałem napisać „improwizacjami”, ale chyba te solówki były przynajmniej w części komponowane, bo łatwo zapadają w pamięć, nawet Jan Budziaszek ma tu swoje pięć minut. Nie tylko te solówki, ale przede wszystkim wspaniałe, rozłożyste trójgłosy w momentach śpiewanych nadają tej kompozycji jakiegoś kosmicznego wymiaru, nawet wręcz obrazoburczego, bo wymowny tekst Ewy Lipskiej traktuje – znowu! - o stworzeniu świata, lepiej niż to uczynił oryginalny Stwórca. A może to tylko moja nadinterpretacja? Zresztą to przecież „tylko” Skaldowie i nawet tak wielkie słowa w ich ustach brzmią jakoś umownie i - jak zawsze - trochę filuternie… W każdym razie w tej starszej wersji utwór Jacka Zielińskiego robi naprawdę wielkie wrażenie.

Z kolei Street 2000 brzmi w wersji radiowej mało klarownie, ale nawet w takim wydaniu – dla mnie oczywiście – bardziej przekonująco niż w tej płaskiej realizacji z poprzedniego albumu. Absolutnie ważniejsze od brzmienia jest tu jednak to, CO jest tu grane. W odróżnieniu od nienaturalnie wyciszonej wersji studyjnej, tutaj nikomu się nie spieszy. I zwrotki, i refreny wybrzmiewają dobitnie i – zgodnie z ponurym tekstem – dość złowieszczo. Trójgłosy w refrenach są też są tu zaaranżowane inaczej (co się będziemy krygować – lepiej!) niż w późniejszym przecież „pierwowzorze”. Ale największe zaskoczenia przynosi bardzo wydłużona część środkowa. Tam gdzie w wersji studyjnej płasko pikał fortepian, tutaj odzywa się… no chyba jednak Hammond, trochę tym razem brzmiący jak elektryczne pianino (i nie dziwota – to piękne solo wyraźnie inspirowane jest przepiękną partią Raya Manzarka z Riders on the Storm, choć nie ma tu mowy o jakimkolwiek plagiacie). W końcu solo gaśnie w zupełnym niemal wyciszeniu i wtedy… Wtedy, po krótkim przegraniu głównego motywu, dzieje się coś naprawdę niesamowitego nawet jak na niesamowitości Skaldowskie: bracia Zielińscy i Konrad Ratyński wykonują bardzo dziwny, dłuuugi glissandowy opad wokalny poparty jeszcze jakimś wysokim dźwiękiem wydanym przez sam nie wiem jaki instrument (a może to jest jeszcze jeden - preparowany - wokal?). To naprawdę wielkie szczęście, że ta kapitalna wersja funkcjonuje w obiegu wydawniczym. I warto się natrudzić, żeby ją zdobyć, tym bardziej że nawet wersji podstawowej tego albumu nie ma w streamingach.

A swoją drogą, Skaldowie przestrzelili z tymi przepowiedniami, ale tylko trochę, niestety. „Street 2000” nie była jeszcze taka zła, ale już „Street 2025”… Tym bardziej warto wracać do tamtych dawnych wysokości, nawet jeśli miałyby być tylko zaklęte w dźwiękach starej płyty.






 

SKALDOWIE - Szanujmy wspomnienia

To co było, co już przeszło, gdzieś w balladzie jeszcze mieszka...

Szanujmy wspomnienia
SKALDOWIE                                                             
              
1977

gatunek: pop, baroque pop, art rock
najlepsza piosenka: Słowa do matki, Szukam cię od rana oraz Dziej się nam ballado (najlepiej w wersji radiowej)
najlepsze momenty: fortepian w Życzeniach i wokale w Street 2000

Wszystko kwitnie w koło * Życzenia z całego serca * Zgadzam się na ten świat * Słowa do matki * Szanujmy wspomnienia * Szukam cię od rana * Dziej się nam ballado * Srebrny maszt * Na granicy dnia * Zagubieni w ulicach miasta * Z przymrużeniem oka * Street 2000 [+bonusy]

* * *  i 3/4

Aż cztery lata dzielą niniejszą parę albumów (lekkie Wspomnienia + cięższe Stworzenie...) od poprzedniej i w światku okołorockowym to bardzo bardzo dużo. Oczywiście Skaldowie przez te cztery lata nie próżnowali, nadal nagrywali dla radia i w studiach niemieckich (i nie tylko) i dużo koncertowali, więc w jakiś sposób trzymali rękę na pulsie. Sytuacja na polskim rynku wydawniczym też nie była taka dramatyczna jak na Zachodzie, gdzie art rock i rock progresywny wyraźnie się już opatrzyły i właściwie wszyscy najbardziej znamienici przedstawiciele tych gatunków, może z wyjątkiem Pink Floyd, zaczynali padać jak muchy (lub obrastać w plastik) w ataku przypuszczonym przez disco i punk. U nas cięższa i progresywna odmiana rocka właściwie rozkwitała, ale to nie do końca sprzyjało Skaldom, bo pierwiastek bluesowy zawsze był dla Andrzeja Zielińskiego dość marginalny i nigdy nie był on "prawdziwym rockersem", zawsze skłonny do mieszania gatunków i mimo wszystko ciążący ku popowi. Może dlatego lider Skaldów przeczekał lata tych sejsmicznych wstrząsów i w końcu zaproponował nieco wygładzoną repryzę poprzedniego "dwupaku". I pewnie wtedy był to ruch jak najbardziej dorzeczny. Album Szanujmy wspomnienia przyniósł wreszcie - po kilku latach od piosenki W żółtych płomieniach liści (z EP-ki pod tym samym tytułem) - kolejne żelazne evergreeny w postaci dwóch utworów go otwierających. I bardzo dobrze. Ale osobiście mam z tym materiałem dość spory problem. Bardzo nie lubię określenia "płyta/piosenka źle się zestarzała", ale w tym przypadku dokładnie mam takie odczucia. Oczywiście - jak zawsze w takich sytuacjach - sprawa jest wysoce subiektywna, ale też niestety dla mnie bardzo znamienna i niestety długofalowa. Mógłbym jeszcze próbować zrzucić winę na producenta, bo nie mam wątpliwości, że album nie brzmi tak jak by mógł. Ale też po raz pierwszy rozmijam się tu gruntownie z Andrzejem Zielińskim w rozeznaniu, które brzmienia są plastikowe (czy wręcz tandetne), a które nie. Mówiąc wprost - tej Yamasze, na której w dużym stopniu oparte jest brzmienie niniejszego wydawnictwa i która właściwie zastąpiła organy Hammonda, ja mówię "nie".

Już pierwsze takty mówią wszystko o nowym obliczu Skaldów i każdy może sobie na ten temat łatwo wyrobić własne zdanie. Andrzej Zieliński nie stracił ani krztyny ze swojego geniuszu kompozytorskiego - Wiosna jest ultraprzebojowa, ale melodia jest niegłupia, rozłożysta i stylowa (ach, powróciły zawieszone kwarty!) Co więcej, piosenka jest oparta na fajnym, beatlesowskim riffie, nieco przypominającym Day Tripper (byłem na kilkunastu koncertach Skaldów w latach 2003-2013 i na jednym z nich Konrad Ratyński c h y b a je ze sobą przez chwilę pozamieniał). No ale co z tego, kiedy jest to grane taką a nie inną barwą i jeszcze zepsute płaską realizacją. Na pocieszenie mamy bardziej zachowawczą wersję radiową (to zdanie dotyczyć może większości zawartych tutaj piosenek), choć akurat w tym przypadku wstępny riff zagrany jest jeszcze bardziej agresywną barwą synthu i dopiero później wszystko robi się w miarę tak przyjemne sonicznie jak wcześniej.

Nie mam większych zastrzeżeń do brzmienia utworu Życzenia z całego serca, bardzo mądrego przeboju utkanego z bardzo wielu wątków wzdłuż i wszerz i ozdobionego wytworną i wyrafinowaną partią fortepianu. Tutaj jednak znowu wyraźnie zawodzi produkcja - mam wrażenie, że wszystkie te niezwykle misterne plany aranżacyjne są... na pierwszym planie (najgorsza jest ta cieniutko bzycząca orkiestra). Wielka szkoda, ten utwór najlepiej brzmiał mi na wspomnianych koncertach, choć bez orkiestry. O dziwo, mimo znowu bardziej inwazyjnego brzmienia syntezatora, wersja radiowa jest "głębsza", "ciemniejsza" i niejako pełniejsza, mimo że też bez orkiestry (to pasmo zagospodarowały tu same skrzypce), ale tutaj z kolei Andrzej nie gra aż tak wirtuozersko. Bardzo dobrze robią miejscowe przesterowane dźwięki sam nawet nie wiem czego, które wnoszą posmak jakiejś tajemnicy, bardzo pasujące do tego pięknego tekstu Andrzeja Jastrzębca-Kozłowskiego). Niestety, produkcja nie uniosła tego ciężaru kompozycji, wielka szkoda.

Kolejny utwór, pod optymistycznym tytułem Zgadzam się na ten świat, jest najbardziej chyba "popową" propozycją w dotychczasowym dorobku Skaldów, ale rozbraja mnie swoją bezpretensjonalnością i p r a w i e wszystkie rozwiązania bardzo mi się podobają: świetne są te skontrastowane ze sobą części prowadzone przez głosy obu braci, świetne jest to punktowe "u - u - u" Alibabek, no i świetne są te smyczki w refrenie, w niepojęty sposób przepowiadające brzmienie płyty Discovery ELO dwa lata później. I wtedy - jaka ulga - wreszcie wchodzi wytęskniony Hammond i w końcu można się naprawdę rozmarzyć i rozsmakować w przepięknych Słowach do matki. Poznałem tę przepiękną piosenkę na kasecie Ballady, którą wytwornie zamykała po wybrzmieniu cudownych dźwięków innego absolutnie topowego utworu i pasowała tam idealnie. Tutaj za to otwiera najlepszy moment albumu, też dobrze, nie rozumiem tylko dlaczego Mama (tekst jest tak dobrze napisany, że może być to i ta, i Ta!) ma mnie bronić przed "zgodą codzienną", może po prostu chodzi o zgodę na kompromisy albo nawet na zło. Jak by nie było ten utwór jest dla mnie tak klasyczny, jak dla innych pewnie evergreenowa jest Wiosna. 

Utwór tytułowy podtrzymuje wysoki poziom. Znowu brzmi ponadczasowo, a sama piosenka jest po mistrzowsku i napisana, i wykonana. Wszystko tu znowu świetnie ze sobą zagrało, od solówek skrzypiec i trąbki po klaskanie do rytmu, ale najbardziej olśniewający jest dla mnie ten dialog wokalistów: jampatampa - japapapampa, wyborne! No i jaki świetny tekst! Znowu Jastrzębiec-Kozłowski, a przysiągłbym, że to Młynarski... O dziwo, wersja radiowa tego akurat utworu nie jest aż tak dobitna, choć też jest niczego sobie (Andrzej też śpiewa tu jampaPampa, a nie jampaTampa, no na ten strzegół na pewno wszyscy Państwo czekali). I tak właśnie, na wysokim lalla-lalla-lalla-laj-mi-ra, au!, kończy się strona A.

Strona B przynosi diametralną zmianę nastroju w postaci przepięknej, przyczajonej piosenki Szukam cię od rana. I nie wiem, czy nie jest to mój ulubiony utwór na tej mimo wszystko obfitej w dobro płycie, bo jest to właściwie pewnego rodzaju antyprzebój, przynajmniej jak na rozbuchane standardy Skaldowskie. Melodia w zwrotce jest rwana i jakaś taka cienka, sekcja gra wyjątkowo zachowawczo (tak po prostu tamburyn jako główny bohater perkusyjny?) i gdy wydaje się, że wszystko wybuchnie w jakimś fikuśnym refrenie, dostajemy ładnie zharmonizowaną rzecz w wyraźnie minorowym sznycie, bez jakiegoś wyraźnego melodycznego rozwiązania. A po drugiej zwrotce refrenu już w ogóle nie dostajemy. Można by to wszystko podsumować tak: jakby czegoś w tym utworze zabrakło... I wtedy przypominamy sobie, że dokładnie takie jest jego przesłanie, przecież on jej bez powodzenia szuka od rana! Cudownie! Pod koniec piosenki nie wiadomo po co znowu odzywa się mój ulubiony syntezator i płynnie przechodzi ona w kolejną, tworząc czteroczęściową wiązankę. Ewę Lipską godnie zastępuje Leszek Długosz, dostajemy tu jeden z najbardziej malowniczych Skaldowski tekstów, może tylko niepotrzebnie skręcający w rejony "gotyckie" (po co ten czort?). W tym przypadku prymat radiowej wersji piosenki Dziej się nam ballado nad wersją płytową jest dla mnie zarówno oczywisty jak i uszywisty: nie dość, że w tej pierwszej piękne krajobrazy dyskretnie maluje poczciwy Hammond i jest ona dłuższa o jedną zwrotkę i rozbudowane zakończenie, to jeszcze fortepian nie brzmi tak płasko jak na płycie. Ciekawostką aranżacyjną jest to, że całą piosenkę solo śpiewa Andrzej Zieliński i dopiero zupełnie końcowy zaśpiew przynosi niebanalny trójgłos, super. I jeszcze jedno, utwór ten operuje - i to doskonale - dość sztampową melodyką opartą na sprawdzonej popowej progresji, a jednak Andrzej Zieliński potrafił w ten szablon tchnąć jakiegoś bardzo oryginalnego, wykwintnego ducha bardzo w swoim stylu. Teraz Ballada powiedzmy przechodzi gładko (nie jestem fanem tej tutaj koncepcji medleya...) w kolejną niemal perełkę pt. Srebrny maszt, debiut kompozytorski Jacka Zielińskiego. Ten utwór poznałem najpierw we wcześniejszej, rozbudowanej, progresywnej wersji radiowej pt. Aż do gwiazd i niestety tak okaleczona i spłaszczona brzmieniowa wersja z płyty niniejszej się do niej nie umywa, mimo wspaniale postawionych trójgłosów. (Akurat Kameleon, chyba słusznie, przesunął radiowe wersje tego utworu i Street 2000 do sekcji bonusowej swojego wydania albumu Stworzenia świata część druga i tam się nimi zajmę jak Kuklinowski Kmicicem). Akurat przejście Srebrnego masztu w kolejny skrawek Na granicy dnia jest zaskakująco udany, bo te dwie piosenki rozgrywają się w bardzo różnych tempach i są od siebie bardzo różne pod właściwie każdym względem. Nie lubię zbytnio utworu Na granicy dnia, choć doceniam świetne partie wokalne Jacka Zielińskiego (miejscami w dwugłosowych nakładkach). Z kolei debiut kompozytorski Konrada Ratyńskiego, Zagubieni w ulicach miasta, jawi mi się jako bardzo obiecujący, choć nie na tyle, żeby przebić się przez znowu dość miałką produkcję. Może też lepiej by tej piosence było w innym miejscu na płycie, bo i poprzedni, i kolejny utwór jest utrzymany w podobnym nieco marszowym rytmie (choć w piosence "Radka" nie ma akcentów "na i", które obecne są w tych dwóch piosenkach autorstwa Andrzeja Zielińskiego, zwłaszcza w Na granicy dnia). Ten drugi z nich, Z przymrużeniem oka, wydaje mi się najciekawszy z całej trójki pod względem kompozycyjnym, znowu świetnie wypadają tu dialogi wokalne braci i zdecydowanie służy mu lekko awangardowy tekst Ewy Lipskiej (czasem świat jeździ pociągami). Organowe przełamanie po pierwszym refrenie przypomina nieco podobny patent z utworu Słowa do matki, co sprawia, że cały album nagle nabiera większego kalibru. I słusznie, bo ostatni utwór, słynnawa Street 2000, jest właściwie pełną gębą progresywny, kompozycja jest tak dobra (zadziorna, "krzywa" melodia zwrotki wybucha w sycącym trójgłosowym refrenie, w którym już cały zespół a nie tylko perkusista wygrywa zacne triole), że nie zdołała jej zniszczyć płaska realizacja (jak tu znowu źle brzmi fortepian, choć z kolei zaskakująco dobitnie dogaduje bas...). W tej wersji, zdecydowanie za szybko wyciszonej, utwór ten jest jednak tylko przystawką do prawdziwej uczty muzycznej, którą stanowi jego wersja radiowa do znalezienia w bonusach płyty kolejnej.

To nie jest zła płyta! Po wysłuchaniu każdej z poprzednich, tych z "najbardziej złotego" okresu działalności Skaldów, miałem odczucie wielkiego nasycenia i wielkiej dumy wynikającej z tego, że w naszym kraju znalazł się wykonawca, który w tak udatny sposób potrafił odesłać mnie w przeszłe (a może i wieczne) krajobrazy i bardziej uporządkowane światy niż ten, w którym przyszło nam tu walczyć. Po wybrzmieniu ostatniego utworu na albumie Szanujmy wspomnienia to świetlane wrażenie też się we mnie wzbudziło, choć może w trochę mniejszym stopniu. A przecież w tym samym 1977 roku pojawiła się na rynku także druga, bardziej ambitna część dyptyku...

Kameleon:



środa, 12 listopada 2025

SKALDOWIE - Lost Progressive Sessions 1970-1971

Nie zdradźcie swoich własnych
na ziemi śladów stóp

Lost Progressive Sessions
SKALDOWIE                                                             
              
2013

gatunek: art rock, rock progresywny, folk-rock
najlepsze piosenki: Zwariowane koło i Kolorowe szare dni
najlepsze momenty: eksperymenty z wysokością tonu Hammonda w różnych piosenkach, bas w Malowanym dymie, triolowa wstawka w Godzinie cichej i trąbka w Scarborough Fair

Zwariowane koło (wersja niemiecka) * Dwa-jeden-zero-start (wersja niemiecka) * Straszne sny naczelnika poczty w Tomaszowie (wersja czechosłowacka) * Nie ma szatana (wersja czechosłowacka) * Kolorowe szare dni (wersja niemiecka) Łagodne światło twoich oczu (wersja niemiecka) * Dajcie mi snu godzinę cichą (wersja niemiecka) * Wolne są kwiaty na łące (wersja niemiecka) * Malowany dym (wersja niemiecka) *  Juhas zmarł (wersja instrumentalna) * Nie lyj dyscu, nie lyj * Nie chcę odejść (wersja instrumentalna) * Na wirsycku (wersja instrumentalna) * Scarborough Fair * Gospel Song * Lady in Violet 

* * * * 

To nie tylko moje zdanie, że album Krywań Krywań zamyka ten najbardziej "złoty" okres działalności Skaldów. Przedłużmy sobie zatem godziny na wysokościach i nie schodźmy zbyt szybko do schroniska w dolinie. Wydany najpierw przez Kameleona najpierw tylko na winylu, a później też w zmienionej okładce na CD zestaw nagrań pod tytułem Lost Progressive Sessions jest znakomitym dopełnieniem poprzednich płyt. Zbiera on różne dodatkowe utwory rozrzucone wcześniej po rozszerzonych wydaniach tychże płyt w sekcjach bonusowych, ale na program niniejszy składają się wyłącznie nagrania, których zespół dokonał w studiach niemieckich i czechosłowackich, zatem zupełnie pominięte są tu nagrania radiowe, również obecne w bonusach Kameleonowych reedycji. Jeśli jednak ktoś już posiada wszystkie katalogowe płyty Skaldów w wersjach bazowych i nie jest zainteresowany wersjami rozszerzonymi, może rozważyć niniejszy dodatek. Wybór utworów jest tu bowiem bardzo dorzeczny, realizacja z definicji lepsza niż w przypadku polskich odpowiedników, a narracja muzyczna bardzo spójna. Nawet letni fan Skaldów na pewno się tym zestawem nie rozczaruje, tym bardziej, że przynajmniej trzy utwory wypadają tu - w moim oczywiście odczuciu - lepiej niż ich wersje z longplayów polskich.

Zdecydowana większość zebranych na niniejszej płycie utworów to pierwowzory wersji polskich. Skaldowie podchodzili do tych nagrań bez większej spinki, bo tak czy siak stanowiły one często niejaki dodatek do równolegle nagrywanych wersji niemieckojęzycznych (zebrane one zostały na kolejnych dwóch płytach, którym przyjrzymy się za parę chwil). Ma to i swoje zalety, i wady, choć tych pierwszych jest chyba więcej: większość z tych utworów zagrana została o wiele bardziej krwiście i ogniście niż ich polskie odpowiedniki, a walory produkcyjne tylko podbijają ekspresję.  Z drugiej strony niezobowiązująca natura tych poczynań pozwalała przymknąć oko na nieznaczne i nieliczne uchybienia natury wykonawczej, tu (2-1-0-start) wokalista nie wyciąga jakiejś frazy, ówdzie (Nie ma szatana) perkusista nie mieści się w takcie grając swoje flagowe triole, ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, bo - jako się rzekło -  nie chodziło o perfekcjonizm, tylko o bezbolesne przetrenowanie tego i owego. I tak naprawdę z tych nagrań bije - obok nieskrywanej radości wspólnego grania dobrej muzyki - dość zaskakująca jakość wykonań, bo czasem przy polskich produkcjach nie dało się tych wszystkich subtelności wysłyszeć.

Otwarcie jest w każdym razie niesamowite. Już o tej wersji Zwariowanego koła pisałem wcześniej, ale nigdy o niej za dużo. Tu po prostu wszystko mi zagrało na najwyższych obrotach. Mamy tu bardzo dobrą melodię podaną we wprost olśniewających trójgłosach, podbitą przez świetną, mięsistą grę sekcji i przeplataną wirtuozerskimi wstawkami Andrzeja Zielińskiego na Hammondzie (z dodatkowym smaczkiem w postaci tego słynnego wyłączania instrumentu z prądu i ponownego włączania - ten zacny efekt usłyszymy też w Ojdanadanadanadana i w prototypowej wersji Juhasa). Także Kolorowe szare sny brzmią o wiele lepiej niż w wersji z Wszystkich zakochanych, imponująca jest burza talerzy i kotłujące się werble (a być może też werblujące się kotły), choć Jan Budziaszek gna tę piosenkę aż tak do przodu, że czasami w poczynania wkrada się nie wiem czy do końca błogosławiony chaos. Wrażenie to pięknie tonuje kolejny klejnocik z tego albumu. Łagodne światło twoich oczu brzmieniowo lokuje się (podchwytujcie "lokuje"!) pomiędzy polską wersją płytową i radiową. Osobiście nadal jako moją ulubioną wybieram tę ostatnią (bardziej mnie chwytają za serce wielogłosy), ale niniejszej w sumie mało do niej brakuje i być może opowiastka zimowa z końca tego utworu najlepiej wypada właśnie tutaj (obok śpiewu Jacka Zielińskiego dobitne i ogniste trąbki). Natomiast spośród czterech utworów z płyty Wszystkim zakochanym najlepiej na Progresywnych sesjach wypada moim zdaniem utwór Dajcie mi snu godzinę cichą. Ta wersja wydaje mi się ciut mniej rozbuchana i to "ciut" ratuje ją przed wrażeniem groteskowości, dotyczy to i warstwy instrumentalnej i - przede wszystkim - śpiewanej, wokal Andrzeja Zielińskiego jest bardziej wtopiony w zespół, co działa na korzyść utworu, a poza tym całość wydaje mi się też bardziej zwarta i spójna. Nie przeszkadza to brylować i wokaliście, i sekundującym mu zykom - moment z niespodziewanymi, wirtuozerskimi triolami oddzielającymi słowa ze snu ludzkiego od każdy drwi w drugim refrenie jest absolutnie olśniewający! Z kolei utworowi Wolne są kwiaty na łące tym razem szybsze tempo chyba nie służy, tym razem bębny i tamburyn nie są już tak doskonale stopione, ale piosenka sama w sobie jest tak dobra, że nadal słucha jej się bardzo przyjemnie. To samo można rzec o znowu lecącym do przodu na łeb na szyję utworze Dwa-jeden-zero-start: tu trochę rozczarowuje przełamanie jazzowe, groove w tym miejscu nie jest aż tak doskonały jak w wersji kanonicznej, z drugiej strony jednak wielkie wrażenie robią w tej wersji backing vocals w refrenach i jako "wersja alternatywna" to wykonanie jak najbardziej się sprawdza.

Utwory na niniejszej składance ułożone są na modłę chronologiczną, co świetnie się też na szczęście sprawdziło w porządku narracyjnym: pomiędzy utwory znane z płyt Ty oraz Wszystkim zakochanym zostały bowiem sprytnie wrzucone dwie piosenki z monofonicznego singla wydanego w Czechosłowacji (tu, żeby było śmieszniej, w wersji stereo). Świetnie tu wypadają, co wynika nie tylko z ich sympatycznej natury ale też niezobowiązującego podejścia do ich rejestracji. Ja akurat po raz pierwszy natrafiłem na Straszne sny naczelnika... na kasetowej wersji albumu Od wschodu do zachodu słońca, na której piosenka ta burzyła mi zadumany nastrój całości. Tutaj jednak i jeden, i drugi (Nie ma szatana) numer ładnie komponuje się z pozostałymi, głównie przez wszechobecne Hammondy, ale też dzięki męskim chórkom (zamiast tych Alibabkowych). Jan Budziaszek po raz kolejny świetnie prowadzi kolegów w krainę wyobraźni muzycznej, nawet gdy okazjonalnie wypada z groove'u, a na dodatek dostajemy w Naczelniku - po bardzo sycącym wyciszeniu spraw - kolejny cytacik z muzyki poważnej (to tym razem Beethoven, podała mi Sztuczna In, ale nie wiem czy jej wierzyć), a w zakończeniu Nie ma... - wiadomo co. Bardzo dużo niegłupiej wesołości przynoszą mi te dwa utwory i zdecydowanie warto się natrudzić, by po nie sięgnąć.

Tak jak na płycie Wszystkim zakochanym, utwór Wolne są kwiaty na łące kończy stricte progresywną część programu, ale to na szczęście nie koniec dobrego. Spośród trzech nowych opracowań starszych piosenek zdecydowanie najciekawiej wypada tutaj Malowany dym. Tym razem "góralszczyzna" jest zdecydowanie mniej "puchata" niż w wersji oryginalnej, a dzięki Hammondowi piosenka nabiera progresywnej powagi, ale... mi trochę brakuje i tego dogadywania gitar w góralskiej skali w zwrotkach, i tamtej urzekającej partii skrzypiec z części środkowych. Takie jednak prawa odważnej re-interpretacji, że jest po prostu inaczej. Z wahaniem orzekam, że lubię też i tę wersję, mimo że wydaje mi się brzmieniowo chłodniejsza. Nie chcę odejść to największa niespodzianka, ale też i najmniej wyrazista przeróbka starszego utworu - w niniejszej, instrumentalnej wersji traci on charakter beatowy, ale aż do wejścia rockowej gitary nie nabiera w sumie żadnego innego. Z kolei niniejsze opracowanie Na wirsycku jest tak wyraziste, że może się zakręcić w głowie: melodia o góralskim charakterze jest tu nałożona na riff gitarowy bardzo podobny do tego z You Really Got Me The Kinks. Żarcik? Kpina? Ciekawe to i przyjemne, choć nie do końca jakoś wielce esencjonalne...

A to jeszcze nie koniec! Zostało nam w odwodzie jeszcze pięć utworów, co z tego że znowu raczej marginalnych. Najciekawszy z nich to chyba mimo wszystko Juhas zmarł, jeszcze w wersji instrumentalnej, choć kompozycyjnie już prawie do końca wyklutej. Melodię zwrotki gra tu Hammond, w kanonicznej wersji zupełnie przecież nieobecny, a refren - skrzypce (Jacek Zieliński nieznacznie zmienia tu harmonię). Partie solowe zaczynają się już po pierwszym refrenie i miejscami już bardzo przypominają te ostateczne solówki, ale całość utrzymana jest w zupełnie innym nastroju niż wersja Krywaniowa i dobrze się jej przyjrzeć. 

Utwory Nie lyj dyscu, nie lyj i Gospel Song, mimo że utrzymane są w innych tempach i czerpią z diametralnie różnych tradycji, w praktyce sprowadzają się do niezobowiązujących improwizacyjnych wprawek o nieznacznie różniących się kolorach. Trochę inaczej jest z Skaldowym opracowaniem starej angielskiej ballady Scarborough Fair, które notabene w niczym nie przypomina przepięknej, kunsztownej wersji zaproponowanej przez duet Simon & Garfunkel. Główny temat, przepięknie grany tutaj przez trąbkę, jest stosunkowo luźną wariacją na tradycyjny temat i równocześnie odskocznią do kolejnych improwizacji, tym razem jednak o bardziej "ewokacyjnej" naturze i operujących nieco bardziej pastelowymi barwami. Program niniejszej składanki zamyka jeszcze jedna wersja utworu Fioletowa dama, znacząco krótsza od tych już opisywanych w poprzednich wejściach, także w h-moll. Poza nie wnosi ona nic szczególnego do obrazu ani tego utworu, ani całej płyty, ale też w niczym nie przeszkadza.

Składanka Lost Progressive Sessions ma oczywiście charakter dopełniający podstawową dyskografię zespołu Skaldowie i jako taka pewnie interesująca jest wyłącznie dla fanów klasycznego okresu działalności grupy. Ale dla nich jest to bardzo cenne dopełnienie. Obecność organów Hammonda we wszystkich zawartych tu nagraniach (oprócz jednego, Kwiatów oczywiście) bardzo pomaga osłodzić rozczarowanie związane z dość radykalną zmianą brzmienia na albumach post-Krywaniowych, na których Hammondów będzie już jak na lekarstwo. Wybornie też pokazuje, że zespół w pełni wykorzystał światową koniunkturę na taką a nie inną stylistykę i tak ambitne formy, która zaraz miała się skończyć. I wypada mi tu jeszcze raz podziękować Kameleon Records, Maciejowi Kabacie i innym fascynatom, którzy doprowadzili stan dyskografii Skaldów na ćwierćmetku XXI w. do dyskretnej obfitości, bo zdecydowanie mamy się teraz w czym zasłuchać i w porządku "kanonicznym" i "apokryficznym".

Link do wydania kompaktowego: