Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B14 - Markéta Irglová. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B14 - Markéta Irglová. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 czerwca 2025

MARKETA IRGLOVA - Lila

Love is queen, may she soften every blow

Lila
MARKETA IRGLOVA
2022


gatunek: poezja śpiewana, mystical folk, baroque pop, pop rock
najlepszy numer: Girl From a Movie
best moments: większość piętrowych wielogłosów, zmiana metrum w The Season oraz końcowe frazy (śpiewane) w the Way

Love stayed with Me * Girl From a Movie  * High and Dry * The Way * My Roots Go Deep * Remember Me * Without a Map * Remember Who You Are * The Alchemy of Love * The Season 
* Love Yourself
 

 * * * * i 1/2


Trzeci album Markéty ukazał się 19 sierpnia 2022, osiem lat po przednim. Artystka przez ten czas absolutnie nie próżnowała wydając na świat chyba jakieś paręnaście okazjonalnych singli w różnych ustawieniach. Zdążyła też dwa razy uczestniczyć w konkursie Eurowizji (reprezentując najpierw Islandię, potem Czechy) a także parę razy powrócić do artystycznej współpracy z Glenem, w czerwcu 2016 koncertowali w moim rodzinnym mieście i był to bodaj najbardziej ognisty koncert jaki widziałem... Rzecz ciemna, Markéta miała wystarczająco dużo czasu, by przygotować swoją trzecią czteroliterową płytę na bogato i to nie tylko w warstwie dźwiękowej: na jej stronie można zamówić płytę w wersji kompaktowej i winylowej a także album książkowy, który skrzętnie zapakuje Ci mama piosenkarki. W dobie tanizny klikowej już tak skrzętne przygotowanie oprawy budzi mój wielki szacunek, bo dobrze pokazuje to jak bardzo Markéta dba nie tylko o swoich fanów, ale i rangę sztukę jako takiej.

Pierwszą moją reakcją na nową płytę bądź co bądź mojego ukochanego głosu żeńskiego (sorry Winnetou oraz Moya) był rozmarzony zachwyt z nutką rozczarowania. Nie jej wina, że to wydawnictwo utknęło w morzu prywatnych moich nowych dram i obowiązków (pierwszy prawdziwy album! - może tu go kiedyś przemycę, że to niby nie ja, przyznając wszystkie możliwe gwiazdky, hehe), ale Lila musiała długo czekać na swój u mnie czas. Nie jest to bowiem album uderzający do głowy jak woda sodowa lub atakujący serce jak młode wino. Jest to dzieło na wskroś wymuskane, dojrzałe i w wielu wymiarach bliskie doskonałości, ale też i matowe i krnąbrne. Trzeba się z nim zmierzyć i zmagać. I nie dziwi nic, skoro tematem przewodnim jest...

Lila to znaczy love - i na tym kończą się oczywistości co do przekazu. W opisie albumu Markéta wypisała listę kontekstów (które nazywa tutaj przebraniami), może ją po prostu przekopiuję: False love. Vulnerable love. Imagined love. Filial love. Childlike love. Parental love. Sensual love. Young love. Past love. True love. Purest love. Confusing love. Romantic love. Unitive love. Eternal love. Ja bym tu jeszcze dodał łatkę następującą: pogmatwana love. Już pierwszy utwór na płycie, choć jak zawsze narysowany jaskrawą i anielską barwą głosu, nie bierze jeńców, ton jest zbolały (żeby nie powiedzieć: zmordowany, ale może to moja projekcja) i nieledwie żałobny. Na razie dobrze znajoma otulina nałożonych na siebie głosów jeszcze potrafi ukwiecić cierpienie (niesamowite są te pulsujące ah - ah naprzemiennie w kanałach stereo), ale jak będzie dalej?

W kolejnych utworach temat nieodwzajemnionej miłości będzie nieoczekiwanie powracał, choć nie zdominuje on całkowicie poczynań. Markéta swobodnie lawiruje między poziomami sensualnymi, emocjonalnymi, filozoficznymi i duchowymi, czasami na modłę roztańczoną, czasami zrezygnowaną, czasami nadal rozmarzoną, choć potrafi też niejako pogrozić palcem, gdy ze stalową wręcz precyzją rozprawia się z meandrami miłości fałszywej. Konkluzje pozostawię do odkrycia Drogim Czytelnikom, pozwolę sobie tylko zaspojlerować, że łatwych rozwiązań nie będzie i w sumie album jest dość pesymistyczny w wymowie, ale może to znowu moje projekcje...

Kto jednak czyta teksty, poddał, mrużąc oczko. Liczy się przecież muzyka, liczyn't się? I tutaj znowu nie jest łatwo, bo muzyka na Lili dorównuje pogmatwaniem tematowi rozważań, absolutnie nie proponując rozwiązań narkotycznych, cukierkowych, czy tylko przebojowych. No, jest na płycie jeden przebój, kapitalna Girl from a Movie, z kontrastami dynamiki, rozłożystym refrenem, zagrywkami na poziomie meta (pod koniec utworu odliczane są powiedzmy sekundy do rozpoczęcia projekcji filmu) i oczywiście genialnymi chórkami, choć i tak nie jest to przebój o c z y w i s t y. Nie, wszystko na tej płycie jest raczej uszywiste. Na szczęście Markéta dobrze wie co robi, od lat podziwiam ją za trochę zawzięte ale niemal kompletne panowanie nad swoją (sowią) twórczościa. Czteroliterowość tytułów płyt jest tu tylko igraszką, uważniejsi słuchacze łatwo dostrzegą grę z poprzednimi albumami na płaszczyźnie tytułów piosenek (np. Remember Me, skądinąd przepiękna zadumana pieśń) czy poszczególnych linijek. Muzycznie album lokuje się (podchwytujcie "lokuje"!) swobodnie między Anarem i Muną, ostatecznie lądując bliżej tego pierwszego, choć Lila sprawia wrażenie płyty mniej nierównej. Głos naszej (no, moyej na pewno) bohaterki nie jest już tak słoneczny jak na debiucie, ale nadal koi jak mało co pod słońcem, eteryczne wielogłosy są nadal wielopiętrowe i wciąż (raczej) pozbawione manieryzmów, a same kompozycje wielowątkowe, syciące i rozłożysta, a także w jakiś dziwny, nie-transowy sposób wciągające w wir... no właśnie czego? Pewną nowością są zawirowania rytmiczne, bryluje tutaj druga najlepsza dla mnie pozycja w menu: folkujący The Season, który zaskakuje roztańczonym refrenem, kontrastującym nie tylko z zapatrzoną w przeszłość i pola za oknem zwrotką, ale i z kolejnym tekstem rozprawiającym się z romantyczną ułudą. W ogóle Markéta domyka swój system rozszerzając swoje instrumentarium, poza oczywiście wszelkiej maści klawiszami dogrywa tu i na basie (we wszystkich utworach!), i na irlandzkim bębenku, i czasem nawet na instrumentach dętych...

Cóż więc sprawia, że nutka rozczarowania się (jeszcze) nie rozpłynęła? W paru utworach (nie wszystkich) mam poczucie pewnego zamglenia sonicznego, którego nie słyszałem na dwóch poprzednich płytach. Nie wiem na ile jest ono subiektywne i na ile jest to problem z aranżacją a na ile z produkcją. Może zresztą jest to zamierzone, LILA przecież jest zamglona. Chodzi mi jednak o to, jak ożywczy jest udział wokalny całej ferajny w zamykającym całość Know Yourself, wcale przecież nie najważniejszej kompozycji w zestawie. W introdukcji śpiewa zdaje się córka Markéty, a główny wokal jest podwojony (dośpiewała sama, czy to stare dobre ADT, czy może to Siostra Zuzana?), a w refrenie wreszcie przebija się jakiś ogień nie z tego świata. Takich przebitek jest też trochę wcześniej na albumie (wysilone wysokie wokale w My Roots Go Deep, mocne!), ale w niektórych piosenkach jak dla mnie chórki i kwartet smyczkowy leciutko sobie przeszkadzają i sprawy niepotrzebnie tracą na klarowności. No ale wiadomo, LILA nie jest klarowna.

Może zresztą nie jest to jakiś błąd, tylko jakieś zamglone zaproszenie, żeby rozwiązań szukać p o z a tą płytą, tak jakby Markéta mówiła, że jej nowa muzyka jest tylko początkiem opowieści, a podejmie ją w ponaddźwiękowej rzeczywistości kto inny, na przykład sekundujący nam bliscy, czy Miłość przez duże M, Która zupełnie nie wiadomo skąd przedstawia się w traktującym o cielesnych pokusach utworze The Way jako Droga, Prawda i Życie. Jak by nie było, album Lila wymaga od słuchacza wręcz heroicznego skupienia i zaangażowania. Czy będzie nas na to stać w wygodnym świecie streamingów, czy będzie nas na to tylko siedzieć w morzu przebodźców i narzekać?

Ja posłucham jeszcze raz.

P.S. Na gruncie zupełnie prywatnym chętnie przyznam, że moją ulubioną krainą pod słońcem jest Ziemia Kłodzka. Gdy poznałem muzykę Markéty i nawet zamieniłem z nią parę słów przez internet, myślałem sobie czasem spacerując po Górach Bystrzyckich, dokładnie tak hm nieklarownych jak płyta Lila, że po wprost po drugiej stronie gór jest jej rodzinne miasteczko. Na tym albumie po raz pierwszy w jej twórczości anglojęzycznej - głównie w partiach smyczków, w tych miejscach, gdzie grają swoje kontrmelodie a nie kładą rozciągnięte akordy w tle - usłyszałem owe odpryski Sudetów. Her roots go deep, indeed.

czwartek, 27 czerwca 2019

MARKETA IRGLOVA - Muna


Muna
MARKETA IRGLOVA
2014

gatunek: poezja śpiewana, world music, progressive folk (?)
najlepszy numer: mimo wszystko Fortune Teller
best moment: śpiew Markéty w Remember Who You Are i wielogłosy w  Point of Creation

Point of Creation * Time Immemorial * The Leading Bird * Fortune Teller * Without a Map * Remember Who You Are * Mary * Phoenix * Seasons Change * Gabriel * This Right Here

(po wielu wahaniach:) * * * * *


Można się kłócić czy trzy lata to dużo trzy mało. Akurat dla Markéty lata 2012 -2014 musiały być niczym tornado - między wydaniem pierwszej i drugiej płyty studyjnej zdążyła się rozwieść, przeprowadzić na Islandię, związać się z producentem Sturla Mio Þórissonem i urodzić córeczkę. Piszę o tym tylko dlatego, że coś takiego nie mogło nie mieć wpływu na ostateczny kształt drugiej płyty artystki. Tak naprawdę można się zdziwić, że Muna nie jest od Anar jeszcze dalej niż jest...

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną zmieniły się dwie rzeczy. Jedna, najważniejsza, w niewielkim, niemal niezauważalnym stopniu. Chodzi o głos Markéty: pozostał oczywiście anielski i kruchy, ale chyba leciutko się obniżył, może pogrubił i chyba stracił swoje najbardziej eteryczne właściwości. A może to tylko kwestia doboru i ustawienia mikrofonów? Bo tutaj, w warstwie realizacyjnej, zmieniło się właściwie wszystko. Mimo że na płycie Muna można dostrzec tylko krztynę elektroniki, produkcja jest - z wahaniem mówię: niestety - jak najbardziej nowoczesna: dźwięk jest dobitny, nieco twardy i bardzo rozległy. Nie chcę zresztą żeby to zabrzmiało jak zarzut, cały album jest bardzo "samoświadomy" i nie wątpię, że środki realizacyjne zostały dobrane do wizji artystów trafnie i z rozmysłem. Zostawiam tu tylko nutkę żalu, że paradoksalnie sensualny Anar bez żadnego wysiłku brzmiał dla mnie bardziej nieziemsko niż duchowa Muna...

A może po prostu trzeba się do tego brzmienia przyzwyczaić, jak do wszystkich zmian. Jako się rzekło, świetnie przylega ono do niełatwych rozważań artystki na temat poszukiwania Boga i własnego miejsca we wszechświecie, a także przemijalności i permanencji spraw. I to jest dopiero przebój, bo kto by się po tej drobnej postaci spodziewał aż tak ciężkich tematów. Najciekawsze, że są one tu podejmowane bez żadnego zadęcia, w sposób przemyślany (mimo że Muna nie brzmi tak przepięknie "staro" jak jej poprzednik, na pewno mamy tu do czynienia ze starym dobrym concept-albumem), niespieszny i urzekający. Nie jest tak, że Markéta traci tu zupełnie swoją "puchość marną", wątki damsko-męskie wciąż się gdzieś odzywają pod tą duchową zawiesiną. Ale to zdecydowanie dusza jest na Munie najważniejsza i już sam początek płyty nie pozostawia co do tego żadnych złudzeń - album zaczyna się od bicia dzwonów kościelnych i pieśni z Taizé (Oto jest dzień, który dał nam Pan - jakby się kto pytał), nagranej przez Markétę i Mio podczas mszy w katedrze we Francji. Potem jest jeszcze modlitwa Ojcze nasz umiejętnie wkomponowana w fakturę Without a Map, zupełnie niespodziewane wątki Maryjne i angelologia. Ale mimo tego wszystkiego nie można o Munie napisać, że jest płytą "religijną", jako że wyraźnie jest pisana z perspektywy głodu, powątpiewania i poszukiwania, a jeśli ta niesamowita podróż w głąb rzeczy przynosi jakieś rozwiązania i spełnienia, to są one raczej "oświeceniowe" i uniwersalne, niż stricte chrześcijańskie, choć wiadomo - niegłupie. The only map you need is love...



W warstwie muzycznej Markéta też chyba więcej zyskała niż straciła. Tam gdzie ubyło zwiewności i przystępności, pojawiła się dojrzałość, różnorodność i swego rodzaju pełnia, która - na wysokości przypomnijmy dopiero drugiej płyty - dana jest tylko największym. Tutaj od razu zaznaczę, że doskonale zdaję sobie sprawę z niszowości tego albumu i samej wykonawczyni, której Oskar zdaje się po latach być jakimś... wypadkiem przy pracy. Ale kto mi zabroni ustanawiać własne kanony? Wracając do muzyki - może dobrze zacząć słuchać Muny od piosenki Mary, która jako najbardziej ulotna i obdarzona najpiękniejszą na płycie melodią najbardziej przypomina błogości Anaru (druga część płyty jest zresztą bardziej słoneczna i o wiele lżejsza niż pierwsza). Ale nawet w tym drobiazgu dobrze słychać pewnego rodzaju postęp na drabinie artystycznej dojrzałości - eteryczna harmonia w pierwszej zwrotce opisującej dzieciństwo dziewczynki ustępuje w drugiej zwrotce bardziej osadzonym, grubiej ciosanym dwugłosom, a w codzie zamiast anarowych wokalnych strzelistości słyszymy po prostu zwykłą orkiestrę, która z definicji sięga tam gdzie nie dostaje głosu... Aranżacje zresztą są na tej płycie przebogate i pełne wyobraźni - sprowadzenie perkusyjnego akompaniamentu w Time Immemorial do werbla i... preparowanej burzy z pewnością zasługuje na islandzkiego Fryderyka. Trochę aż tego wszystkiego mi czasem za dużo - Fortune Teller wolałem w bardziej surowym, posępnym ujęciu, bez tego pseudohiszpańskiego klaskania. Już tradycyjnie mam też duże zastrzeżenia do gremialnego użycia bębenka daf, choć muszę przyznać, że w studio brzmi o niebo lepiej niż w San Francisco. Jeśli chodzi o największego asa w aranżacyjnym asortymencie Markéty, czyli harmonie wokalne, przestała w tym względzie liczyć tylko na na-na nakładki własnego głosu - słyszymy zatem w wielogłosach Aidę i siostrę Zuzannę oraz tu i ówdzie szortkie głosy męskie, czasem to dobrze (w Point of Creation niesamowite nasycenie), czasem hm (Without a Map), ale tutaj narzekać nie będę, bo momentów z samą Markétą jest wystarczająco dużo, by się tym jedynym w swoim rodzaju głosem najeść do sytości. No i jest też na płycie sporo momentów wytchnienia od tego całego nawarstwienia islandzkich scież(yn)ek... Piosenka Seasons Change snuje się do akompaniamentu gitary akustycznej niczym jakiś nieodkryty zaułek soundtracku z Once, a w This Right Here, zanim na chwilę wejdzie daf i orkiestra, jest 100% Markéty w Markécie: tylko fortepian i jej dwugłos.

No i widzę, że przez cały czas w tej recce czegoś się czepiam i coś nie do końca mi-styka, więc skąd - jednak - ostatecznie - poniekąd - tych pięć gwiazdek? 

Chyba stąd, że płyta jest tak wyrazista i - przy całej swojej wielowarstwowości - na tyle przejrzysta i przekonująca, że wszystkie moje oczekiwania od razu odsłaniają się jako wyraz małości i zastania w nierealistycznych oczekiwaniach. W tym świetle Muna jest nie tylko albumem wymagającym wielu odsłuchów i na te odsłuchy zasługującym, ale też domagającym się - przynajmniej ode mnie, ale kto wie - pewnego rodzaju praktycznej odpowiedzi na to co tu słyszę i oglądam. I za to jest tych pięć gwiazdek. W swoim zadufaniu i zastaniu zadekretowałem, że muzyka służy tylko do mądrej zabawy, no chyba że to Tymoteusz. A ta młoda wokalistka z Czech, włożywszy w swoje dzieło całe życie i całe serce, kategorycznie dopomina się u mnie o jakąś zmianę. I z każdą piosenką nie przestaje nastawać i zawstydzać. No to na początek zmieniłem ocenę.



wtorek, 25 czerwca 2019

MARKETA IRGLOVA - Live From San Francisco November 18, 2011


I love the movie, actually... I think it's really good... in spite of myself... It's a big Hollywood movie, but it was really touching, I cried.

Live From San Francisco November 18, 2011
MARKETA IRGLOVA
2012

gatunek: poezja śpiewana, world music
najlepszy numer: Fortune Teller
best moments: dwugłosy Markety i Aidy, zwłaszcza w Little Sister

Let Me Fall In Love * We Are Good * Crossroads * Wings of Desire/Only In Your Head * Little Sister * The Leading Bird * [Marketa Talking & Drums] * Fantasy Man * Dokhtar Goochani * Go Back * If You Want Me * Fortune Teller * I Have Loved You Wrong * The Hill * Falling Slowly * Old Shoes

* * *

Chciałoby się powiedzieć: "płyta", a trzeba chyba powiedzieć: "digital file" pt. Live From San Francisco jest czymś w rodzaju "oficjalnego bootlegu". Artystka umieściła ów zapis koncertu z trasy promującej Anar w sieci do darmowego skorzystania, co mogło budzić zarówno ogromną wdzięczność, jak i pewne obawy o wartość artystyczną tego wydawnict(ew)ka. Ale nie, nie płacz, Wydawnict-ewka, koncert się całkiem udał, warto go posłuchać, koniec recenzji, czy gwiazdki, idziemy się uchlać do państ-ewka Mozambik. To piękny kraj!

(ZA CO MY PŁACIMYYY?!)

Rozumiem, że przydałoby się trochę więcej szczegółów. Zatem dobrze, Marketa (oczywiście: głos i fortepian) wystąpiła z towarzyszeniem jedynie trzech osób: jeszcze przez chwilę męża swego Tima Iselera (bas), gitarzysty Roba Bochnika (który za kilka lat miał zawitać na poznański Zamek i na koncercie Glena Hansarda wykonać utwór pt. Plonie ognisko i shumio knieye, czym bezbrzeżnie urzekł rzekę w sercu Niniejszego "Wielkie Ego" Recenzenta) oraz przede wszystkim chyba Aidy Shahghasemi, która dołożyła swój głos do harmonii (i nie tylko), a także zagrała na perskim bębenku/tamburynie o nazwie daf. Od razu można tu napomknąć, że z tej trójki jedynie Rob wydaje się być jakimś tam wirtuozem (jak świetnie udawał klawisze/smyczki/orkiestrę/wniebogłosy(!) w końcówce Only In Your Head!) Reszta hołduje raczej zasadzie "primum non nocere", czy raczej "non dzieńere", bo przecież utwory są zazwyczaj pogodne. Jak dla mnie, i tak trochę za dużo tego dafa, gdy jeszcze Aida gra na nim solo, jest to interesujące, ale muzyki Markety moim zdaniem absolutnie nie wzbogaca, totally. Generalnie takie rozstawienie instrumentalistów w dużym stopniu zabiło zarówno to błogosławione rozbuchanie materiału z płyty Anar, ale też - o dziwo i o nieprzyjemnioro - stępiło jego intymność. Innymi słowy przełożenie studyjnej słodyczy na deski sceniczne udało się bardzo tak sobie. I to jest bardzo duży zarzut, co z tego, że chyba jedyny...

O ile jednak ujęcie koncertowe nic nie dodaje jakiemukolwiek utworowi z płyty Anar (może poza wspomnianemu Only In Your Head, który zresztą w opisie chciałoby się powiedzieć "na okładce", a trzeba powiedzieć "w pliku tekstowym" został z jakiegoś powodu pominięty), o tyle nie mogę też powiedzieć, że sprowadza te piękne piosenki na jakieś groźne mielizny artystyczne. Nie, piosenki są tak dobre, że bronią się i w takich, mniej kunsztownych aranżacjach. Nawet gdy w Wings of Desire Marketa zapomina w pewnym miejscu jaki tam miał być akord (sprawdziłem, D!, polać mu - mi! Mimimimimi!) i w kilku taktach powstaje mało zgrabna dziura, nieodparty urok głównej wokalistki jakoś pozwala piosence dokulać się  do końca bez większego wstydu. Rob Bochnik (wyraźnie Fender! nie da się tego brzmienia pomylić z żadnym innym) w  m i a r ę  o dziwo unosi złożoności We Are Good, a i Go Back wypada całkiem sympatycznie jako ballada bez trąbek, mimo że traci dokładnie cały swój popowy połysk, no i tutaj już bardzo przeszkadza ten daf.

Ale za "sympatycznie" nie dajo na targu aż trzech gwiazdek. Bezsprzecznie największą zaletą Live From San Francisco są utwory premierowe. The Leading Bird płynie bardzo ciekawie upstrzony pięknymi dwugłosami Markety i Aidy i mógłby być przebojem całego wydawnictwa gdyby nie wtrącił się (kto zgadnie?) daf. Ale dwa inne  sięgają wyraźnie większych wyżyn niż reszta. Najpierw Little Sister autorstwa "słowackiego songwritera", kołysze się w rytmie walca na wszystkie strony i rozgałęzia dzięki doskonałej melancholijnej melodii podanej w nieskazitelnych dwugłosach. Jeszcze wyżej stoi (płynie?) Fortune Teller, który na szczęście nie ma nic wspólnego z piosenką o tym samym tytule, którą wykonywał co drugi zespół z lat 60-tych, od Stonesów po The Little White Boys In Zwiewne Togas. Ten autorski numer Markety tak mało przypomina cokolwiek innego na tym koncercie, że nawet daf nie zdołał go umniejszyć. Oparta na niepokojącym, ciemnym ostinato fortepianu kilkuminutowa jazda po czarodziejskich opłotkach wioski pędzi na łeb na szyję zwichrowanym pseudotanecznym krokiem, tylko że ta wróżka ma co najmniej ze trzy nogi. W środku nagle wszystko zamiera (zostaje tylko wspomniane ostinato) by zrobić miejsce dla zbolałej wokalizy Aidy przebiegającej po zdecydowanie nieeuropejskiej skali. Nie wiem czy na opisywanej trasie nastąpiły lepsze wykonania tej pieśni, ale ten zapis zdecydowanie bije wszystkie inne utwory na tej koncertówce na głowę. A także - uprzedzając fakty - przeprodukowaną wersję tego utworu na Munie.     

I tak naprawdę na tym mogę skończyć moją pisa-łeno-ninę, mimo że to nie koniec asów (no, może waletów...) z rękawa Markety - w trackliście znajdziemy też m.in. całkiem dorzeczne opracowania trzech numerów z Once (Aida oczywiście nie może zastąpić Glena w harmoniach, ale BARDZO źle nie jest) a i to jeszcze nie wszystko... W tym też tkwi pewien szkopuł, na koncercie było to wszystko zapewne bardzo ujmujące (nie powiedziałem jeszcze nic o konferansjerce - naprawdę miód na zbolałe serca!), ale - mimo że darzę Marketę gorącą miłością fanoską - trochę trudno mi te półtorej godziny zdzierżyć za jednym posiedzeniem.

Na szczęście w dzisiejszych czasach można sobie łatwo wykroić pół pły... yyy pliku i zabrać tak okrojoną wersję z Fortune Tellerem na czele na wycieczkę. Zaręczam, że świetnie sprawdzi się wśród pól i płotów, w każdą chyba porę roku.

czwartek, 9 maja 2019

MARKETA IRGLOVA - Anar




And anyway pain does not have to mean suffering

ANAR
MARKETA IRGLOVA
2011

gatunek: alt pop, pop rock, poezja śpiewana, world music
najlepszy numer: Your Company oraz We Are Good
best moment: przełamanie melodyczne w Let Me Fall In Love (so fly-y-y-y...)

Your Company * We Are Good * Crossroads * Wings of Desire * Only In Your Head * Divine Timing * Go Back * Let Me Fall In Love * For Old Times' Sake * Last Fall * Dokhtar Goochani * Now You Know *

* * * * i 1/2

Czy trudno jest pisać o muzyku, który niepostrzeżenie stał się ostatnim idolem w życiu, w dodatku zagorzałym? Nieee... Parafrazując to co mówią w znajomym radiu, nie takie recenzje już kładliśmy... Chciałem nawet dla zachowania jakichś, nie wiem, pozorów (tylko czego? normalności? a kit z normalnością, Jon Snow...) obniżyć na wejście ranking (w tym wypadku chyba jednak ranqueen) płyty o ćwierć gwiazdki, ale puknąłłem się w czołło. Choć po prawdzie nawet po obniżeniu stroju o cały stopień, moja ocena nadal byłaby głosem ostrego sprzeciwu...

Bo debiutewny album Markéty Irglovej raczej się światu nie spodobał. Przeważająca opinia wyrażała głównie rozczarowanie tym, że jej zwiewny głos jakoby nie udźwignął ciężaru całego albumu... tak jakby dobra muzyka musiała być grubo ociosana i pomnikowa. Album Anar pewnie nie jest jakiś wielce epokowy, ale z mojego punktu widzenia wcale taki być nie musiał. A głos Markéty, a w szerszym rozumieniu wszystkie zawarte tu opracowania wokalne są jego najmocniejszym punktem. Nasza (no, moya na pewno) bohaterka z wielkim spokojem dozuje tu wszystkie możliwe studyjne delicje. I jak dla mnie, od solowego śpiewu w pierwszej części Now You Know, przez podwójny (overdubbed) wokal w unisonie przez całe For Old Times' Sake, poprzez zaśpiewane w całości w "mistycznym" dwugłosie Only In Your Head, z oddechem na Crossroads, w którym tylko jedna jedyna linijka (am I really in love? zresztą) jest doprawiona harmonią, po call-and-response w Go Back, kanon w Let Me Fall In Love i wreszcie barokowe kaskady w tylu innych miejscach, ten głos jest przez cały czas magnetyzujący, w dyskretny i uroczy zresztą sposób (jakaż kobieca jest ta muzyka...) A te wszystkie nakładkowe brewerie w codzie utworów Your Company, Divine Timing i - zwłaszcza - We Are Good, w których to Markéta uprawia prawdziwe orkiestracje w pasmach zarezerwowanych zazwyczaj dla smyczków lub instrumentów klawiszowych są w jakiś sposób całkiem odkrywcze. Ja w nie w każdym razie zawsze (no, prawie...) wsiąkam jak w najsłodsze dla ucha pasaże melotronowe lub nawet tuczące niepańskie oko świerkowe pejzaże w Sudetach (po przymrużeniu oka na mapie, Markéta urodziła się zresztą po drugiej stronie Gór Opawskich). W każdym razie bogato zdobione harmonie wokalne mogą oczarować każdego fana Moody Blues, Yes i Queen. I niech oczarowują, a ja tu tylko nie wyczymam i podzielę się tym, że Markéta osobiście mi napomknęła, że nakładanie głosów jest jej ulubionym momentem w studiu. I bardzo to słychać!

Ale Anar to nie tylko śpiew, choćby nie wiem jak anielski. Miłośników classic rocka album ten może też uradować rozrzewniająco  naturalnym b r z m i e n i e m, jakby wyjętym z połowy lat 70-tych. Serio serio, w najlepszych momentach niniejsza płyta może kojarzyć się z Rumours Fleetwood Mac, choć sama Markéta wskazałaby pewnie raczej na Joni Mitchell. Jaka ulga, że w masteringu nie podbito, jak to się zwykle dzisiaj czyni, niskich tonów, całość brzmi sterylnie i klarownie, momentami może rzeczywiście nieco usypiająco. Ale to niekoniecznie zarzut, ostatnio coś mało ukojenia w muzyce, isn't it.

Na pierwszy rzut, album jest bardzo jednorodny brzmieniowo i aranżacyjnie, co zresztą też się mu czasem wytyka. Traktuję to jednak bardziej jako zaproszenie do bardziej wnikliwego yyy spojrzenia ucha. Choć muzyka Markéty do jakiegoś stopnia sprawdza się jako tło do spotkań czy nawet sprzątania domu (a może nawet serca?), jeszcze więcej może ofiarować jako pomost do spotkania na poziomie może jeszcze nie duchowym (to na płycie następnej), ale na poziomie dusz. Zaangażowanie ze strony słuchacza może sprawić, że otworzą się dyskretnie zaznaczone na dalszych planach bramy prowadzące do głębszego docenienia warstwy aranżacyjnej i wykonawczej, muzycy w każdym razie (głównie ze starego zespołu Markéty i Glena) grają bardzo kunsztownie, choć bez popisów (sama Markéta jest zresztą świetną, intuicyjną pianistką), a trochę pożądanego fermentu wnosi udział irańskiej wokalistki Aidy Shaghasemi, która gra tu czasem także na bębenku daf. Ja wprawdzie wolę bardziej tradycyjne podkłady, zwłaszcza że werbel Franka Rosaly'ego urzeka niemal jazzowym ciepłem...

...I tutaj dochodzimy do pierwszego z dwóch zarzutów do płyty Anar. O ile Markéta okazuje się całkiem wprawnym songwriterem (na początek najlepiej posłuchać niemal linearnej (!) piosenki Go Back, z całkiem dorzeczną sekcją dętą), to chyba nie do końca trafnie oceniła odcienie swojego talentu w tym względzie i trochę niepotrzebnie forsowała (jaka będzie tu forma dokonana, Baś, "forsnęła"?) kompozycje nastrojowe i "stojące", podczas gdy to trzy najbardziej "rockowe" utwory są tu najbardziej olśniewające. Nie do końca na przykład rozumiem dlaczego sama wokalistka tak usilnie promowała solidny wprawdzie i poruszający, ale też jakby pozbawiony błysku utwór Crossroads. No ale wiadomo, to kwestia wysoce subiektywna. Niestety o wiele bardziej razi mnie na tej płycie co innego - wraca casus soundtracku Once i znowu muszę utyskać yyy... utyszczyć... no, zacząć utyskiwać na ułożenie kolejności. Mam że tak powiem wrażenie graniczące z obiektywizmem, że po żarliwym Let Me Fall In Love z niebezpiecznie chwiejącym się z emocji wokalem w końcówce, napięcie dość zauważalnie siada. Tak, to powinien być końcowy numer na płycie. Potem przydarza się jeszcze wprawdzie fenomenalny Dokhtar Goochani, zaśpiewany przez Aidę i Markétę w języku perskim(!), ale pozostałe trzy numery z chyba nie do końca potrzebnym instrumentalem na czele, wnoszą za mało nowych wątków i lepiej sprawdziłyby się gdzieś bliżej początku. To powiedziawszy, muszę na obronę wieńczącego całość utworu Now I Know napisać, że jego pokrzywiona narracja i po raz kolejny takie chórki (także i tym razem ze znaczącym udziałem Aidy) z nutką psychodelii, od których kręci się w głowie, mogą zrobić duże wrażenie. Mimo wszystko ja bym ułożył tracklistę inaczej.

Moje zastrzeżenia są jednak mało ważne. W wieku 21 lat Markéta Irglová wydała na świat zaskakująco dojrzałe dzieł(k)o, zaskakująco skalibrowane, zaskakująco świeże i zaskakująco głębokie w warstwie tekstowej (w uproszczeniu: sprawy damsko-męskie wygięte w stronę duchowości i trzeźwego mistycyzmu). Jaki szczęście, że wzięła udział w filmie "Once" i jego zwolennicy mogli przez to ten ożywczo staroświecki album w ogóle zauważyć i docenić. Mam nadzieję, że takich jak ja jest więcej.