believe me, boy, it ain't good in doing what you never should
BEE GEES
Spicks and Specks
Spicks and Specks
1966
gatunek: folk-rock, psychedelic pop, pop
najlepszy numer: How Many Birds
best moments: nadal trójgłosy i mimo wszystko wokale w Where are You (saKKa!)
Monday' s Rain * How Many Birds * Playdown * Second Hand People * I Don't Know Why I Bother With Myself * Big Chance * Spicks and Specks * Jingle Jangle * Tint of Blue * Where Are You? * Born a Man * Glass House
* * *
Jak już wspominałem w
poprzednim wejściu, miałem zamiarro rozprawić się z okresem
australijskim Bee Gees w jednym kawałku, skusiła mnie jednak
perspektywa podwojenia, you wouldn’t know, kliknięć… A pisząc
poważniej, między pierwszym i drugim albem Bidżisów jest jednak
parę ważnych różnic. I to – obawiam się – wcale nie na
korzyść wydawnictwa niniejszego.
Płyta
Spicks & Specks pojawiła się pod koniec roku 1966, kiedy to nad
muzyką popularną zaczęły pojawiać się już nowe, interesujące
opary. Nie wiem czy termin „psychodelia” zdołał już do tego
czasu przypłynąć statkiem do Australii, ale pewnego rodzaju stylistyczne
rozprężenie słychać już wyraźnie, a dziwaczne chórki w utworze Where Are You mogłyby sugerować, że chłopaki zaczęły już popalać
niedozwolone papierosy, mam nadzieję, że tutaj się mylę. W każdym
razie rozrzut stylistyczny i produkcyjny (zdarzają już się
podwojenia głosów) między debiutem i jego – jak to ktoś
powiedział – nastęcpą jest dość pokaźny, choć całość
nadal brzmi dość słabo i niespójnie. Niestety odrzucenie podpórek
gatunkowych z Anglii i początki znajdowania przez Bee Gees własnego
– nomen omen – głosu to nie do końca o dziwo dobra wiadomość,
ale o tym szerzej za moment.
Najbardziej
namacalną – i dla mnie dojmującą – różnicą jest częstsze
na tej płycie wykorzystanie solowego śpiewu Robina, co jest dla
mnie posunięciem – powiedzmy to raz a mocno – w najlepszym razie
ryzykownym, a w najgorszym – niesłuchalnym. Tutaj jeszcze Robin
produkuje się w miarę nieśmiało, więc bardzo źle jest tylko w jednym
utworze. Niestety i Barry zaczął eksperymentować ze swoim ciepłym
barytonem, który najlepiej przecież działa bez przesadzonych
ozdobników – w Born a Man ten głos jest niby solowy, niby jajcarski, a brzmi
to dla mnie bardzo niedobrze. No, ale takie są konsekwencje
poszukiwania wokalnej samoświadomości. Muszę tu od razu dopowiedzieć, że to nie jest tak, że śpiewanie Robina potępiam w czambuł - czasem to jego z natury jakoś przesadzone śpiewanie rzeczywiście przyciąga uwagę (np. w całkiem zgrabnej piosence jego autorstwa I Don't Know Why I Bother With Myself) i już teraz słychać, że bardzo dobrze wypadają te utwory w których solowe partie Barry'ego i Robina wchodzą ze sobą w jakiś dialog - tutaj mamy niby drobną, ale też dość zwariowaną pod względem rytmicznym piosenkę Big Chance, w której najpierw Robin po swojemu jęczy, a potem Barry po swojemu hm prawi kazanie - i jest to wyborne, choć jako się rzekło - drobne, drobne Gibb.
Jeszcze
jedna sprawa zaczyna mi jednak tutaj doskwierać, i to na długie lata.
Zawsze zastanawiam się przy takich zespołach-kameleonach: co tak
NAPRAWDĘ w sercu im gra? Nieszczęsny utwór Jingle Jangle pokazuje – tak jak
uprzedzając fakty seria albumów Bee Gees z pierwszej połowy lat
70-tych – że ci, geniusze przecież, mają jakieś dziwne
upodobanie do łzawych pieśni, które wloką się jak flaki z
olejem, udramatyzowane flaki z olejem. Piszę to z przykrością, ale
akurat wolę jak Bee Gees nie do końca są sobą.
No
i problem ostatni – zapewne większa swoboda artystyczna i większy
wkład braci także w warstwę instrumentalną albumu doprowadziły
do kilku zaskakujących i już na rok 1966 mało wybaczalnych błędów
w sztuce aranżacji i produkcji. I tak oto jeden z utworów wycisza
się w połowie zwrotki, a w dwóch innych zamiast pożądanych
solówek czy czymś w tym stylu otrzymujemy w zasadzie dziury w
środku piosenki, w takim Glasshouse to wielka szkoda, bo mało
słyszalne pianino w owej dziurze to wyraźnie błąd w sztuce a nie
wybór artystyczny – a przecież refren w tym utworze jest
zaśpiewany w sposób niezwykle kunsztowny i porywający…
No
tak, są oczywiście na tej płycie momenty bardzo dobre. How Many
Birds to mój bez dwóch zdań ulubiony utwór Bee Gees z okresu
szczenięcego. Zaśpiewany na szczęście przez Barry’ego i to bez
udziwnień, traktuje wprawdzie o sprawach damsko-męskich, ale na
sposób niemal poetycki, a szybujący refren to po prostu
majsterszyk. Potężne wrażenie robi też na mnie Playdown. Już na
debiucie ostatnie zwrotki piosenek takich jak Could It Be oraz Wine
and Women pokazywały, że bracia Gibb mieli we krwi emfatyczne
operowanie dynamiką, ale tutaj te kontrasty w harmoniach brzmią już
naprawdę rasowo. I nawet łatwo możemy przymknąć ucho na powiedzmy solówkę, która sprowadza się do miauczenia Robina, tutaj jest to nawet zabawne. Tak, momenty są!
Nie
do końca należy do nich, jak dla mnie, utwór tytułowy, właściwie
pierwszy z wielu szlagierów zespołu. Przeszkadza mi to, że to
właściwie wciąż ta sama zwrotka, co zostało sprytnie zawoalowane
zmianami tempa i tonacji. Fakt, zwrotka jest bardzo chwytliwa i
świetnie wykonana i pokazuje, że zespół był już niemal dorosły. A jeśli chodzi o piosenki w których trochę zmarnował się potencjał melodyczny, to coś dziwnego dzieje się w Tint of Blue, który zaczyna się od zadziornej przesterowanej gitary i ciekawej, bujającej zwrotki na trzy głosy. No i na tym jakby chłopaki poprzestają, dalej już nic ciekawego się nie dzieje poza tym, że ktoś (zdaje się Robin) szaroburo dmie w melodikę. Niemal dorosły zespół, niemal...
Ale teraz...
W
styczniu 1967 bracia Gibb wraz z rodzicami wsiedli na statek do
Anglii, z myślą o rozszerzeniu horyzontów artystycznych i
komercyjnych dla swojej dalszej kariery. Gdzieś w połowie drogi
dowiedzieli się, że piosenka Spicks & Specks stała się ich
pierwszym australijskim numerem 1. Ale odwrotu już nie było.
Reszta
jest historią, którą – do jakiegoś momentu – opiszemy na
kartach niniejszego, panie Wacławie, blo…
…ku
mieszkalnego?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Autor zastrzega sobie możliwość usuwania komentarzy wulgarnych lub niemerytorycznych w trybie natychmiastowym