poniedziałek, 15 lipca 2019

BLUR - The Great Escape




All your life you're dreaming
and then you
stop dreaming

The Great Escape
BLUR
1995

gatunek: brit pop
najlepszy numer: Country House
best moment: przełamanie stylistyczne w Mr Robinson's Quango

Stereotypes * Country House * Best Days * Charmless Man * Fade Away * Top Man * The Universal * Mr. Robinson's Quango * He Thought of Cars * It Could Be You * Ernold Same* Globe Alone * Dan Abnormal *  Entertain Me * Yuko and Hiro

mocne * * * *

Naturalną koleją rzeczy ta sama siła, która bez pomyślunku wrzuciła zespół Blur na niejaki brit popowy tron, zechciała go z niego zrzucić, robiąc miejsce dla rywali z Oasis i to żeby było śmieszniej po wygranej w rozpętanej przez tabloidy "Bitwie Brit Popu". Te niepotrzebne didaskalia już na zawsze ustawiły album Great Escape jako "gorszego" czy też tylko "ciemniejszego" brata płyty Parklife, niejako na przegranej pozycji. Jakkolwiek płyta istotnie jest lekko rozczarowująca, na pewno nie jest zła. Zatem ani słowa więcej o Oasis...

Cieszę się, że "Battle of Britpop" znam tylko z opowiadań, mogłem dzięki temu całkowicie autonomicznie obrać sobie piosenkę Country House jako zdecydowanie najlepszą na płycie. Ci co znają mnie osobiście i Ci, którzy znają mnie tylko z tego bloga (są tacy?) dobrze wiedzą, że taka sytuacja, kiedy zgadzam się z "obiektywnymi" wynikami należy do rzadkości, więc pocelebrujmy ten utwór przez dłuższą chwilę. So the story begins... Od razu dopowiem, że najbardziej cenię ten numer za te wszystkie misternie i niespiesznie wprowadzane do faktury rzeczy z drugiego planu (głównie chórki) i do tego myślę, że piosenka mogłaby być jeszcze bardziej doskonała gdyby do zatrzymania blow, blow me out, I am so sad... dodać jeszcze jedną warstwę harmonii w dole lub pośrodku spektrum. Nie znaczy to, że nie doceniam zaraźliwej melodii ani bardzo inteligentnego tekstu, ani niesamowitych partii basu... Do tego jeszcze chłopakom udało się tutaj wypełnić postulat Franka Zappy związany ze stawianiem nut "z nastawieniem" - te grubo ciosane opady na półtonach w refrenie to kwintesencja "nabytej wieśniackości"! Wspaniały utwór! Kto by się spodziewał, że ironia może być aż tak energetyczna i inspirująca? (A tak na marginesie, mało kto zwraca uwagę na wtręt w wyciszeniu: "I wanna be a wannabe", a to przecież żarcik profetyczny - za rok to słowo miały do cna wymiętolić panienki ze Spice Girls!)

Niestety pozostałe utwory są nieco (ale tylko nieco) gorsze niż Country House. A nie musiało tak być. Po pierwsze płyta nareszcie w miarę dobrze brzmi. To znaczy - życzyłbym sobie jeszcze mniej plastiku, ale przynajmniej nie jest tak jak w przypadku poprzednich trzech Blurowych wydawnictw, że PRODUKCJA przeszkadza MUZYCE (powtarzam, że myślę tu o orginalnych nieremasterowanych wersjach). Po drugie, Damon Albarn jeszcze bardziej rozwinął się jako tekściarz. Chociaż jego opowieści stały się o wiele mniej pogodne niż na Parklife, udało mu je uczynić (co na pierwszy rzut oka może wydać się sprzecznością) i odrobinę bardziej osobistymi, i odrobinę bardziej uniwersalnymi, tak że znikło z tych piosenek wrażenie taniego eskapizmu, który mógłbym zarzucić niektórym piosenkom z płyty poprzedniej.

Cóż się zatem stało? Zdaje się, że zwykłe ludzkie wypalenie. The Great Escape jest tym albumem w dyskografii, który wnosi do robku najmniej. Najwyraźniej słychać to bodajże w grze Coxona - o ile w dyskretnym wzbogacaniu faktury jest nadal niedościgniony (Charmless Man!), to na pierwszym planie nie wniósł tym razem do muzyki Blur nic wiekopomnego na miarę sola z This Is a Low, nawet solówka w Country House jest bardzo sprytnie sklecona z dwóch partii grających równocześnie, samych w sobie nieco nieporadnych. Sam Coxon w jednym z wywiadów wyraźnie wskazał ten właśnie album jako najmniej udany jeśli chodzi o partie gitarowe, wszystko się zatem zgadza (w tym samym zdaniu zaznaczył jeszcze: "ale to nie jest słaby albym, hę?", uspokajamy, nie jest). Jeśli chodzi o lidera, obniżka formy jest o wiele trudniejsza do uchwycenia, czym bowiem można zmierzyć "inspirację", "świeżość" czy "polot", a właśnie na tym polu uszczerbki są najbardziej doskwierające. Jakoś jednak cały świat (w tym nawet ja!) jest zgodny z tym, że mniej na tej płycie TEGO CZEGOŚ, więc jakoś to zmierzyliśmy. Mówiąc bardziej konkretnie, melodie są ciut bardziej kwadratowe, sztampowe, przewidywalne i powtarzalne niż Blurowa średnia, a do tego jeszcze po raz pierwszy w repertuarze przydarzyła (i przydatentnica) się zespołowi ewidentna zrzynka z Beatlesów (w Charmless Man rozwiązanie refrenu wzięte prosto z Back In the USSR).

Od razu jednak łagodzę ostrze krytyky swej i dopowiadam, że w poprzednim zdaniu najważniejsze było słowo "ciut". Hej, ciut, don't make it bad, niektóre piosenki nadal są jedynie w swoim rodzaju melodycznie natchnione. Żeby nie szukać daleko, He Thought of Cars swoją progresją, ale także nastrojem, nie przypomina z chudsza żadnej innej piosenki Blur, dużo świeżości jest też w Fade Away, a także w pozostałych utworach singlowych czyli - w kolejności od najbardziej zdaniem niegodnego slugi udanych - Stereotypes, The Universal oraz Charmless Man. Całkiem udały się też żarciki Dan Abnormal i Yuko & Hiro, ten pierwszy bywa moim ulubionym - po Housie - na całej płycie, tylko dlaczego to interludium takie napisane na kolanie? Co więcej, pozostałe numery także nie przynoszą wstydu (może poza nieco karykaturalnym Ernold Sane) i właściwie KAŻDY (!) jest na swój sposób interesujący, a do tego przecież gdy tylko zrobi się CIUT nudnawo, zawsze można skierować stery na serce tego słońca, czyli Aleksa Jamesa, jedynego muzyka zespołu, który wydawał się na tyle nieokrzesany i mocny, że bez zmrużenia oka zniósł wszystkie lukry i obciążenia i sławy, i niesławy.

Do pełnego obrazu względnego niepowodzenia Wielkiej Ucieczki (po prawdzie z każdym zdaniem coraz bardziej przekonuję się, że to całkiem udany album, oczywiście leci sobie w tle, gdy piszę te słowa) dodajmy zwyczajowe problemy z konstrukcją. Tym razem wersja "deluxe" nie przynosi żadnych nie wiadomo jakich ukrytych skarbów, choć nie pogniewałbym się gdyby energetyczny Ultranol zastąpił wgniecionego Ernolda. Tym razem najwiekszą pomyłką zespołu przy układaniu tracklisty jest dla mnie sprawa zakończenia płyty. Bardzo lubię Yuko and Hiro, ale gdyby zamienić go (ich) miejscami z Universalem, nie mielibyśmy być może wrażenia rozmycia się spraw pod koniec poczynań, a album zyskałby na ciężarze gatunkowym i wewnętrznej logice strukturalnej. Być może winę za tak oczywiste jak dla mnie niedopatrzenie ponosi dziewczyna Albarna, wokalistka zespołu Elastica, która uważała The Universal za najgorszy kawałek w dotychczasowej historii zespołu. Szkoda, ten lekko apokaliptyczny kawałek spełnia wszystkie wymagania rasowego album closera, a to końcowe delikatne podejście na smyczkach pasowałoby jak ulał do zamknięcia tego ciut rozczarowującego klasycznego albumu wielkiego zespołu. 

Życzyłbym wszystkim moim ulubieńcom takich rozczarowań. A także takiej samoświadomości, która pozwoliła chłopakom na natychmiastową korekcję stylistyki przy okazji płyty następnej. I mimo wszystko brawa też tutaj.

sobota, 13 lipca 2019

BLUR - Parklife


This is a low
but it won't hurt you

This is a low
but it won't hurt you

Parklife
BLUR
1994

gatunek: no niby brit pop
najlepszy numer: gdybym był złośliwy to powiedziałbym, że bonusowa Magpie, ale nie jestem i wskazuję na This Is a Low
best moment: przejście z solówki w ostatni refren This Is a Low

Girls & Boys * Tracy Jacks * End of a Century * Parklife * Bank Holiday * Badhead * Debt Collector * Far Out * To the End * London Loves * Trouble In a Message Centre * Clover Over Dover * Magic America *  Jubilee * This Is a Low * Lot 105

* * * * i 1/2

Wydany w kwietniu 1994 roku album Parklife nieoczekiwanie (?) debiutował na pierwszym miejscu list przebojów, zrzucając z niego trepów udających, że potrafią nagrać bez Watersa kolejny "klasyczny" album Pink Floyd. No i dobrze. No i zasłużenie. Chłopaki wykorzystali do cna swoje młodzieńcze bogactwa naturalne i nagrali album wyrazisty, zróżnicowany, bezczelny i definiujący epokę. A przy tym ciut słabszy od poprzedniego, ale tym się na razie nie zrażajmy.

Pod względem muzycznym niniejszą płytę różni od poprzedniej wyraźne złagodzenie brzmienia i związana z tym "przebojowość", połączona z niejakim powrotem do gładkich brzmień znanych z  debiutu. Właściwie do tego czasu znakomita większość piosenek Blur oparta była na gitarze Coxona, i to zazwyczaj dość ciężkiej, wyjątkiem jest chyba tylko Sing, ale tylko bałwan nazwałby ją łagodną. Tymczasem płyta Parklife wydaje się o wiele bardziej "popowa" niż "rockowa", aż chciałoby się napisać: "brit popowa", ale co to właściwie jest ten brit pop, skoro obejmuje zespoły tak różne stylistycznie i "przekazowo" jak Blur i Oasis. Owszem, łączy je garściami czerpanie z melodyki Beatlesów i innych zespołów z lat 60-tych, no i co z tego?

Wśród tych "innych" zespołów w końcu należy wymienić The Kinks, nie tylko ze względu na teksty o różnych dziwnych gostkach. Wciąż nie przesadzałbym z tym pokrewieństwem, najbardziej "blurowe" piosenki Kinks są bowiem poupychane głęboko na dodatkowych dyskach przepięknej płyty Village Green Preservation Society (np. Misty Water), z kolei najbardziej "kinksowe" piosenki Blur można znaleźć na dodatkowych dyskach wydań "deluxe" (np. Theme From Imaginary Western z płyty niniejszej). Różnice zasadzają się w dość odmiennych wrażliwościach/brzmieniach gitarzystów obu zespołów, ale jako się rzekło na Parklife jest tych gitar trochę mniej, a nad całością rzeczywiście unosi się nieco kinksowy duch apoteozy angielskości w nieco krzywym zwierciadle. Ironia na Parklife też jest jednak bardziej słoneczna niż gniewna, co jest kolejnym przyczynkiem do większej popularności tej płyty od poprzedniej. Tak, zespół Blur zdecydowanie utrafił na Parklife w jakiś szczęśliwy i rezonujący ton. Problem (malutki) w tym, że - jak to bywa ze wszystkim co flagowe - zatracił w tych śmichach i chichach nieco  p r a w d z i w o ś c i. Dlatego też na swojej prywatnej liście umieszczam bebechy Modern Life'a nieco wyżej, acz jak się przekonamy za chwilę, to nie przez swoją flagowość Parklife stracił u mnie szansę na pięć gwiazdek.

Na razie zajmijmy się jednak tym co dobre, bo jest tego na tej płycie sporo. Pomińmy milczeniem otwierający całość pastisz lat 80-tych, cenię założenia tego kawałka, ale go nie lubię i ograniczę się do pochwalenia niesamowitej partii basu. W sedno albumu Parklife trafiamy dopiero na wysokości piosenki Tracy Jacks, która - mimo że wraca do gitarowej podstawy - dobrze pokazuje wspomniane wyżej przesunięcia w nastroju. Ale to co, że (brit)pop, to świetny kawałek wykorzystujący znany z For Tomorrow patent na pokrętną harmonicznie zwrotkę i zaraźliwy refren. Najciekawsze, mimo że numer opowiada o kryzysie wieku średniego, aż chce się po nim - za przykładem głównego bohatera -  biegać nago po ulicach. Dodatkowe brawa za nieco atonalną, zdecydowanie nie popową końcówkę! End of the Century podejmuje wątki z poprzedniej piosenki na sposób bardziej uniwersalny i mniej pogodny, to jednak kolejna świetna melodia, a niewesoły tekst osładzają wyśmienite partie chóralne. No i przychodzi czas na do bólu znajomy utwór tytułowy. Czy broni się po setnym czy sięcznym przesłuchaniu? Tak! (Choć ja wolę wersje recytowane przez Albarna, z całym szacunkiem do Phila Danielsa). Nawet po milionowym przesłuchaniu nie da się chyba ustalić, czy utwór jest bardziej prześmiewczy czy apologetyczny, co jest jego niewątpliwą zaletą. Na to wszystko wchodzi (pseudo?)punkowy Bank Holiday i znowu nie wiadomo czy jest bardziej ironiczny czy rubaszny. Tak naprawdę pewnie wiadomo, że to pierwsze, ale... i niech tak zostanie, utwór jest naprawdę porywający, choć pełen wyraz zyskał dopiero w wykonaniach koncertowych (jak oni się mieścili w tych taktach?) I kolejne trafione przełamanie nastroju, no jasne, logicznie rzecz biorąc po imprezie w dzień wolny musi przyjść kac, ale mimo wszystko dolegliwości Badhead wydają się mniej dokuczliwe niż paralelne problemy na płycie poprzedniej, może za sprawą bardziej wysmakowanej aranżacji. Tylko dlaczego nie użyli melotronu w tych zatrzymaniach, Oasis jakoś się udało przytargać tę kolubrynę do studia... Po Badhead następuje być może pierwsza pomyłka konstrukcyjna na Parklife, odnoszę wrażenie, że dwa zdecydowanie "lajtowe" przerywniki bez drugiego dna, postawione obok siebie, trochę sobie przeszkadzają. Chyba że "astronomiczny" utwór  Far Out (śpiewany dość  pociesznie przez Alexa Jamesa) otwiera już "stronę B". Wtedy wszystko OK, bardzo lubię tę śpiewankę, w wejściu słońca słońca słońca jest coś w nieplanowany sposób... mistycznego, hehe.

Niestety podobnie jak w przypadku albumu poprzedniego druga część płyty wydaje mi się wyraźnie słabsza. To the End na przykład ocieka lukrem i nie do końca wygląda na parodię, mimo wyraźnych prób pokrycia emocji sztuczną artykulacją, niezbyt poważam ten numer, mimo że jak na ironię wszedł do kanonu. London Loves ratuje bardzo trafny choć zgryźliwy tekst i niesamowite "crimsonowskie" solo Coxona, ale też nie są to wyżyny strony A. Na szczęście następny w kolejności Trouble In a Message Centre, który z tą swoją szlachetnie mętną progresją wygląda trochę jak wyjęty z Modern Life Is Rubbish, wynagradza niedoskonałości dwóch poprzednich numerów. Z kolei oparty na klawesynie Clover Over Dover robi dość upiorne wrażenie z samobójczym tekstem wpasowanym w tak manierystycznie "barokowy" podkład i nadaje całości pożądanej głębi, stawiając pod znakiem zapytania tę całą "przebojowość". Ale może to tylko zły sen? Magic America i Jubilee przywracają bardziej przyziemny (i przyjemny) ironiczny ton, choć pod względem muzycznym są tylko solidne i nie wnoszą do poczynań niczego przełomowego. Co innego przepiękny This Is a Low, jedyna piosenka na płycie, która jest wykonana bez żadnej maski, o dziwo przynosi niespotykaną do tej pory w muzyce Blur nutę medytacyjnego zapatrzenia i pocieszenia. Wyraźnie też wyróżnia się brzmieniowo, przelewające się w tle Hammondy sprawiają, że album szybuje z pozycji brit popowych w stronę "classic rocka". Może niepotrzebnie wieńczący całość Lot 105 sprowadza wszystko ze śmiechem z powrotem na ziemię. A może potrzebnie.

Rok 2012 przyniósł nie tylko wersję "deluxe" albumu z remasterowanym dźwiękiem, przy którym można było w końcu głębiej odetchnąć, ale też box Blur 21, który odsłonił wersje demo wybranych utworów i pokazał jak dużo niestety te piosenki (najbardziej chyba tytułowa!) straciły energii i uroku przy przesunięciu akcentów produkcyjnych w kierunku owego mitycznego brit popu. Powracają przy tym moje utyskiwania na selekcję utworów - jak można było nie umieścić na albumie tak wspaniałego pod względem kompozycji, energii i wykonania utworu jakim jest Magpie? (I jeszcze szczerzy się tą dziwaczną końcówką!) Ale ale... Tak naprawdę to dobra wiadomość - majętny (lub tylko mający chody u Gwiazdora) fan zespołu Blur może sobie zestawić swój własny Parklife, na pełne pięć gwiazdek, bez żadnego naciągania.



piątek, 12 lipca 2019

BLUR - Modern Life Is Rubbish





She's a well wisher and she wishes you well
Wish away, wish away...

Modern Life Is Rubbish
BLUR
1993

gatunek: brit-pop, rock, alternative
najlepszy numer: każdy z serii sześciu numerów na otwarcie
best moment: zatrzymania w Oily Water

For Tomorrow * Advert * Colin Zeal * Pressure On Julian * Star Shaped * Blue Jeans * Chemical World/Intermission * Sunday Sunday * Oily Water * Miss America * Villa Rosie * Coping * Turn It Up * Resigned /Commercial Break

* * * * i 3/4


Głupio byłoby zmarnować TAKI tytuł i TAKĄ okładkę i istotnie zespół Blur wykorzystał sprzyjające i przede wszystkim niesprzyjające wiatry i nagrał album nie tylko przełomowy z własnej perspektywy, ale też i ważny dla rozwoju brytyjskiej pop-kultury (jeśli oczywiście przyjmiemy, że po Beatlesach można było tu wnieść coś istotnego, a tak tu sobie prowokuję, żeby zwiększyć klikalność...) Od razu ustalmy jedno czy nawet dwa: płyta Modern Life Is Rubbish nie jest doskonała, jest za długa i nie do końca dobrze skompilowana, o czym przekonuje dodatkowy dysk wydania "deluxe". Bezsprzecznie może jednak dostarczyć niemałej przyjemności nawet tym, którzy wzdrygają się na dźwięk określenia "brit-pop". Ale cóż to właściwie jest "brit-pop"? To nie jest zresztą bardzo popowa płyta, a na pewno niezbyt przyjemna.

O jakim tu mowa przełomie? Na niniejszej płycie zespół Blur wymyślił, jeśli nie nowy podgatunek muzyki pop, to przynajmniej własny, wyrazisty styl. Nowe najlepiej widać w tekstach, ale w samej muzyce też zdołał narzucić własny ton i kolor. Z wczesnych płyt ta akurat jest w najmniejszym stopniu zanurzona w klasyce i najwięcej jest tu stylistycznych sprzeczności. Zamiast ukrytej osiemdziesiony dostajemy zagęszczone gitarowe post-punkowe faktury, ale śpiew Albarna bywa jeszcze bardziej łagodny niż na debiucie. Wielogłosy zdecydowanie przekształciły się z harmony vocals w bardzo bogate backing vocals, ale melodie na pierwszym planie, oparte nierzadko na zawiłych progresjach, bywają miejscami kompletnie nieprzejrzyste. Dobrym przykładem jest tu otwierający całość For Tomorrow, którego zaraźliwy refren la-la la-la-la miesza się z rwaną i nieco kanciatą melodią zwrotki, ale właściwie cały album jest jednocześnie przebojowy i anty-przebojowy, a do tego jeszcze boleśnie jednorodny i ciężki, mimo że w piosenkach pełno jest zwrotów i zawieszeń akcji dozowanych przez tych młodzianów z zaskakującą dojrzałością.

Te wszystkie opozycje dobrze rezonują w bogato utkanej warstwie słownej - dopiero tutaj musi pojawić się kontekst kinksowy, choć nie wyczerpuje on tematu, czy raczej tematów. Damon Albarn niczym Ray Davies rozpisuje swoje kotłujące się emocje na wiele wymyślonych postaci, ale rezultat jest bardziej złożony niż wymowa jakiejkolwiek płyty Kinks. Modern Life Is Rubbish wychodzi bezpośrednio z rozczarowania Ameryką po traumatycznej trasie zespołu po Stanach, ale na to nakłada się rozczarowanie Anglią, pomieszane z pogodną ironią, sentymentalizmem i mimo wszystko nadzieją na lepsze jutro. Na to jeszcze nakładają się osobiste alkoholowe frustracje członków zespołu w sile młodości pomieszane z - a jednak - osobistymi historiami, które doskonale słychać w tym tyglu nastrojów. I z tego wszystkiego powinno było urodzić się  potężne, wielowarstwowe dzieło, które zatrzęsłoby nie tylko stronicami brytyjskich magazynów muzycznych.

Jeśli tak się nie stało, albo stało się tylko po części, to dlatego, że same kompozycje nie do końca udźwignęły tą całą emocjonalną kotłowaninę. Do jakiegoś momentu, to znaczy przez całą "stronę A" albumu, jest jeszcze doskonale. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że pierwszych sześć piosenek na płycie jest w dobitnym kolorze czerwonym i każda z nich (może z wyjątkiem o włos mniej fascynującego Star Shaped) mogłaby aspirować do rangi nie tylko best songu na płycie, ale być może i ulubionego songu Blur w ogóle. Wszystkie są napisane z polotem, wykonane porywająco i momentami olśniewają. Na dziś wybieram... Nawet nie potrafię wybrać między rozbujanym przez niesamowitą linię basu Colin Zealem, wzruszająco stojącym w siurach Julianem (jak to jest zaśpiewane!) i transcendentnym Blue Jeans.

I wtedy nagle coś zaczyna się psuć. Dwa pomniejsze przeboje singlowe Chemical World i Sunday Sunday mrożą wódkę w żyłach lekko kwadratowymi melodiami, wstydu nie ma, ale geniusz się ulatnia. Na chwilę przywraca go niesamowity Oily Water skąpany w szklanej gitarze z przetworzonym śpiewem Albarna i z niesamowitymi falsetowymi zapatrzeniami... Niestety przydługawa coda pozbawia go miejsca na podium Blur... Wielka szkoda... Następna w kolejności Miss America, modelowana chyba na Terrapinie Syda Barretta, zniesmacza płaską produkcją, jest to zdecydowanie najsłabszy numer na płycie, ale od wyrzucenia na śmietnik ratuje go tęskny śpiew Albarna i dziwnie kruchy tekst. Kolejne trzy numery ocierają się o wielkości z początku płyty, ale w każdym jest coś niepełnego, najbliżej pełni jest jednocześnie tęskny i tętniący życiem (ach te kontrasty) Turn It Up . Mimo wszystko do przeciętności byłoby jeszcze bardzo daleko i gdyby album kończył się w tym miejscu, prawdopodobnie dostałby pięć gwiazdek z obowiązkowym marudzeniem, że nie jestem do końca przekonany i takie tam. Niestety  album zamyka wymęczony utwór Resigned, który trochę brzmi jak popłuczyny po Blue Jeans... Sam w sobie nie jest zły, ale po co go wciągać do drużyny mając w rezerwie takich zawodników jak [tu spoglądamy do wersji "deluxe"] niesamowicie pokrętny melodycznie (a przy tym wpadający w ucho) numer Into Another z rozdzierającą linijką "am I dead?" czy zatroskany dlaczego to nie był przebój Young and Lovely... Seriously, kto ostatecznie odpowiadał za te tracklisty? Wytargałbym po przyjacielsku za uszy. Albo je umył.

W moich z kolei uszach album ten miał zadatki na płytę dekady. Gdyby cała płyta była tak doskonała jak pierwszych sześć utworów, mogłaby z powodzeniem stać na jednej półeczce z Triodante, Misty-Eyed Adventures, Into the Labirynth, My Iron Lung czy High Proof Cosmic Milk.. A tak nie jest dla mnie nawet najlepszą płytą Blur. Na pocieszenie pozostaje niesamowita paralela między wyciszeniem Star Shaped i walczykiem w Pieśni przygodnej. Dobrego słuchania!