środa, 2 września 2020

ACID DRINKERS - High Proof Cosmic Milk

My home is a casTle, 
my street is a battlefield                                  

ACID DRINKERS
High Proof Cosmic Milk 
 
1998
 
gatunek: metal (?)
najlepszy numer: nie umiem wybrać (cooo? ja, listowy człowiek, nie umiem wybrać?)
best moments: zakończenie Bazooki i wysoka gitara w refrenie Dementii 

 
Rattlesnake Blues * Human Bazooka * High Proof Cosmic Milk * What's Happening In the Heart of a Pacifist * More Life * Be My Godzilla * Dementia Blvd * Blind Leadin' the Blind * Gain On Shit

* * * * *

Jakoś tak się dziwnie złożyło, że znam właściwie całą dyskografię Acidów. Może "znam" to za dużo powiedziane - raczej: orientuję się. Niektóre płyty bardzo pobieżnie, inne - owszem - dość dogłębnie. Zapukałem do tych drzwi w kluczu jednej z "odnóg Litzy", na fali zachwytu Tymoteuszem, i nie będę ukrywał, że zawsze byłem fanem raczej jego niż samego zespołu, ale zaraz się okaże, że konteksty historyczno-biograficzne większego znaczenia tu nie mają. Muszę w tym miejscu dodać, że bardzo szanuję wszystkich czterech instrumentalistów z pierwszego składu Acid Drinkers, choćby za to, że swoją wirtuozerię tak ochoczo poświęcili dla celów wyższych, na pograniczu muzyki i rzeczywistości. Wprawdzie wgryzałem się w ten zespół już w momencie, gdy Litza z niego odszedł, ale zawsze było dla mnie jasne, że pod przykrywką "jaj" i nierzadko dużej dozy wulgarności kryły się jakieś całkiem inspirujące głębie. A może to sobie wymyśliłem? Jak by nie było, z wszystkich płyt Acidów tak naprawdę pokochałem tylko tę jedną - za to bardziej niż niejeden album Beatlesów, albo nawet... (o nie, o nie, zamilcz, pan!) - i tylko ta zaistnieje w parszywych p r o g a c h niniejszego bloga. (Tak nawiasem pisząc, ten album jest całkiem "progowy" właśnie, niestety nie daly mi o nim napisać w "Lizardzie"...)

 

Zanim przejdziemy do rzeczy, szybko zrzućmy z pleców otaczające ten album pozytywne i negatywne mitologie. Z tego co czytałem, g e n e r a l n i e nie jest to najbardziej ceniony album Acid (w to mi graj!), a nawet bywa mocno krytykowany. Powody są trzy, w każdym z nich inne szwy - 1) sam zespół mówi o nim chłodno, według narracji: "lider Litza zaciągnął biedną resztę na manowce"; 2) jest to ponoć jawna zrzynka z Sepultury; 3) płyta się mocno zestarzała. Oto odpowiedzi w Teachersie: 1) to fajnie 2) nie, nie jest, choć inspiracje rzeczywiście kłują w uszy, ale nie, nie jest, a zresztą co mnie obchodzi Sepultura, wolę Soulflaja (żeby nie powiedzieć: "wolę Koldpleja" i dostać po mordzie); 3) moje serce i tak najmocniej bi-bi-bije w szeździesionie, więc z radością witam każdą patynę, byle nie syntezatorową, a takich tu nie uświadczysz (sam Litza coś mruknął na Forum Luxów o plastikowym efekcie zdaje się w Dementii, mojego progu wrażliwości na kicz zdecydowanie on nie przekracza).

 

No i wreszcie możemy zagłębić się w samą muzykę i samodzielnie dobrać do niej konteksty "życiowe"... No dobrze, pr Państwa, oto Rattlesnake Blues! Album zaczyna się od niby wyrazistego riffu, ale od razu piętrzą się tu błogosławione zagmatwania i nieostrości, sam riff jest bowiem dość skomplikowany (a zatem nie "archytepalnie rockowy" i inne gówna) a do tego pływa w mało klarownym rytmie, ósemki na hi-hacie ciągną do przodu, ale werbel wszystko gmatwa, a szesnastki na stopie nic nie rozjaśniają. Wchodzi wokal Tytusa i zanosi się na to, że będzie to jego życiówka, od razu dopowiedzmy, że istotnie tak jest, oczywiście w moim skromnym rankingu. Nie wiem co stanowi o wartości tych partii, zwykle jego wokal to element, który najbardziej mnie od Acid Drinkers odpycha i musiałem się długo uczyć, że to czego zwykle szukam w muzyce, czyli harmonia, melodia i tajemnica, w tym zespole poukrywane jest w gitarach. Ale w tym miejscu muszę zdecydowanie złożyć Tytusowi wyrazy głębokiego szacunku: wszyscy wiedzą, że to nie była jego bajka, a oddał odchodzącemu z zespołu liderowi takie walory, o które nikt by go nie posądzał, a poza tym pozwolił obłożyć swój głos tyloma efektami, że na tej płycie jest w nim najwięcej MUZYKI, a nie tylko jakiegoś tam "czadu" (nie mówiłem Wam jeszcze o tym, że czad jest przereklamowany?) Wokal Titusa jest dla mnie największym atutem otwierającego kawałka i mocnym punktem wielu innych na tej płycie. Właściwie ustanowił tutaj nową prawidłową wymowę słowa "castle", słowa "blues" zresztą też...  Nie wyobrażam sobie w tym utworze zamku bez "t"... A ile musiał się namęczyć, dobitnie pokazuje to, że jego wokal w Rattlesnake'u (a jeszcze lepiej słychać to w Pacyfiście) dochodzi z różnych miejsc spektrum stereo. W niczym to zresztą mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Po raz ostatni Tytus zaufał Litzy i chwała mu za to.

 

Litza zresztą pomaga frontmanowi z całych sił, nie tylko obłędnymi riffami, ale też zmysłem kompozycyjnym i aranżacyjnym, które zresztą na płycie High Proof Cosmic Milk mocno się zazębiają. Obfita, piętrowa osnowa znakomicie wypiętrza nieoczywiste formy i cudowne meandry hm, no przecież nie melodii, chociaż... Już w Rattlesnake'u bardzo dobrze słychać, że będzie trzeba tego utworu posłuchać co najmniej pięćdziesiąt razy, by się nim dogłębnie nawalić yyy chciałem powiedzieć: nasycić. Najciekawsze jest to, że różne smaczki dozowane są bez efekciarstwa, tak jak dobrze zaserwowane dyskretne polewy na lody: pauzy i opóźnienia we wchodzeniu w riff (dobitniej wygrane w wersjach koncertowych), no i te niepokojące, niby-klawiszowe smugi pod koniec, z których wyłania się numer jeszcze lepszy - Human Bazooka... Przez długie tygodnie odsłuchów myślałem w ogóle, że otwierający riff jest przeklejony z Rattlesnake'a, oczywiście się myliłem, ale wrażenie kompletności jest nieziemskie. Bazooka wydaje się pogłębiać zdobycze aranżacyjno-produkcyjne Rattlesnake'a: stop-starty są bardziej dobitne, interakcje między głównymi i pobocznymi wokalami bardziej oszałamiające, efekty bardziej śmiałe, choć nadal bez wrażenia przerostu nad treścią... Ale najlepsze nadchodzi pod sam koniec utworu - (genialnie przygotowany przez wznoszącą się od szeptu do krzyku partię Tytusa) absolutnie niebiański dialog niskiej niesfuzzowanej gitary Litzy i slide'u Popkorna. Tak, niebiański, ten jedyny raz w dyskografii Acid tego słowa można użyć bez poczucia niestosowności... Jest taki dokument TVP z ostatniej trasy Acid z Litzą, który zaczyna się właśnie od niniejszego fragmentu, jest on zilustrowany przyspieszonym obrazem słońca wschodzącego za jakimś transformatorem czy czymś, proszę sobie wyobrazić, że to był mój pierwszy kontakt z muzyką z tej płyty, ależ miałem szczęście... Na dzień dzisiejszy można to znaleźć na YT, podobnie jak zapis koncertu z Krakowa, na którym Popkorn ową partię grał kieliszkiem od piwa, no i tak, tutaj niebiańskości było już mniej...

 

Z wysokości cody Bazooki schodzimy nieco w zawiłości utworu tytułowego, jedynego utworu z tej płyty, który był chętnie grany przez wszystkie składy i nosił znamiona przeboju, przynajmniej na miarę Acid Drinkers (BTW coveru Proud Mary pozwalam sobie nie zaliczać do tego albumu, przypominam, że zawsze miał status utworu bonusowego). High Proof Cosmic Milk jest zasłużonym evergreenem, czy raczej everwhite'm, bo kto by chciał raczyć się zielonym mlekiem... Utwór trochę przypomina klimatem jeszcze bardziej słynnego Jonasza z Infernal Connection, ale jak dla mnie przebija go bardziej rozbudowaną i nieprzewidywalną  strukturą, lepszym refrenem i przede wszystkim nieziemską solówką Popkorna, która zresztą jest poprzedzona bardzo klarowną i soczystą partia gitar jakby wyjętą z którejś z pierwszych dwóch płyt Tymoteusza. To tylko uzmysławia mi jak niesamowicie twórczy był to czas dla Litzy, przecież w tym czasie powstawały także Machinas de la Muerte Kazika na Żywo... Na omawianym albumie następuje teraz chyba najbardziej "litzowy" zakątek pod względem przesłania: najpierw nieco zgryźliwy utwór o zaułkach Serca pacyfisty, chyba słusznie najmniej ceniony z całej płyty przez fanów zespołu (o dziwo znowu ratuje go śpiew(!) Tytusa, najpierw niesamowicie ekspresyjny w zwrotkach, potem wręcz melodyjny w refrenach), a potem kolejny (dla mnie) kolos - More Life. Co ciekawe, w obydwu tych utworach mamy do czynienia z dość dziwnymi solówkami gitarowymi o wydźwięku wręcz autoironicznym - są oparte na prosto postawionych dźwiękach, ostro przeoranych przez post-produkcję, tak jakby grający je muzycy nagle stracili połowę swoich umiejętności... Ale to tylko złudzenie, oba te sola są świetnie zanurzone w kontekstach utworów, choć ich wymowa jest bardzo odmienna. More Life jest być może najbardziej wyrazistym (choć ciągle zawoalowanym) nawiązaniem w dyskografii zespołu do "praktycznego" chrześcijaństwa (tekst wydaje się być zwrócony - odwrotnie niż w Solid Rock - ku światu, nie ku Najwyższemu, także ku światu wewnętrznemu, pełnemu słabości, choć Bóg też jest tu jak najbardziej ujęty pod słowem "life"). I znowu to samo, utwór ten jest świetnie skomponowany, pojemny w nastroje i niesamowicie zaśpiewany, nie jestem pewien czy tytułową frazę śpiewa Litza czy Tytus, chyba jednak ten pierwszy, świetnie się by to wpisywało w kontekst dwóch innych utworów opartych na patencie "zwrotka moja - refren twój", czyli tytułowego i Dementii... Warto zwrócić jeszcze w More Life uwagę na smakowitą dygresję po drugim refrenie i urywanym motywie gitarowym, zaśpiewaną w niższym rejestrze... No i co raz łatwiej mi z wiekiem przełknąć to "inof strencz", główny motyw gitary uspokaja moje nerwy i łagodzi moją nauczycielską pychę...

 

Druga strona zaczyna się od "klasycznie" acidowego Be My Godzilla, choć jego "pogodność" jest mocno umowna, skoro w tekście pojawia się słowo suicidal... Pod względem muzycznym utwór jest o wiele bardziej "płytki" i jednorodny niż poprzednie, taki odpoczynek bardzo się zresztą tej płycie przydaje; stoi on motoryką Ślimaka i kolejnym obłędnym wokalem Tytusa, ale... z drugiej strony... Czy to solówka czy jakaś syrena? Co to za dziwne odgłosy/pogłosy w zakończeniu? Tak, nawet w tym numerze jest coś dziwnie transowego, czy nawet chorego... Godzilla okazuje się przygrywką do kolejnego opus magnum, czyli utworu Dementia Blvd. Tutaj mamy do czynienia wręcz z muzyką kontemplacyjną, oczywiście rozumianą bardzo swoiście, jak na Acid Drinkers przystało. Utwór utrzymuje w równowadze wyrazisty choć obfity riff autorstwa Popkorna, ale na tym fundamencie budowane są rzeczy kompletnie dla Acidów niecharakterystyczne. Przede wszystkim mamy tu "gotycką" zwrotkę z nastrojem doskonale zbudowanym przez użycie prostego patentu z dwoma wokalami Tytusa, jednym zawodzącym, drugim szepczącym, która kontrastuje z majestatycznym refrenem, tym razem typowym dla Litzy, ale być może przeprowadzonym najlepiej w historii - bo po pierwsze jest on zbudowany na prostej lecz finezyjnej progresji F - Cis9 (ach, ta nona!!!) - C, a po drugie jest zwieńczony kolejną cudowną zagrywką Popkorna, który niejako dogrywa harmonię do śpiewanej przez Roberta linijki echo of a gun shot... Nie mam słów na ten cudownie księżycowy moment, prawdziwe wytchnienie dla tego gostka szlajającego się w tekście bezsensownie gdzieś po nocy... duchowej... Cudowny ton gitary Popkorna, niczym z najlepszych momentów płyty Droga zespołu Armia, jaki to był niesamowity czas, ta końcówka lat dziewięćdziesiątych!!! A to jeszcze nie koniec zadziwień, na pomoc Popkornowi, po drugim refrenie przychodzi jeszcze Litza serwując nie wiadomo z jakiej paki ten opadający motyw na pełnych, dziwnych akordach... Po nim długo utrzymuje się w odtrutym powietrzu początkowy motyw Popkorna, ale teraz jest już grany inaczej, lżej, bardziej radośnie... Dokonała się jakaś wewnętrzna przemiana, można znowu stanąć oko w oko z monstrum na zewnątrz.

 

Album wieńczą dwa kawałki śpiewane przez Litzę. Siłą rzeczy wydają się trochę z innej bajki, ale ta bajka jest z tej samej książki co utwory śpiewane przez Tytusa (jednym z bardziej wyraźnych pomostów stylistycznych z poprzednią częścią albumu jest np. dalekie wokalne glissando w Blindzie, jakby wzięte z refrenu utworu tytułowego). Blind Leading the Blind lubię o wiele bardziej niż Gain On Shit, jest tak ujmująco mętny mimo tego niesamowitego drive'u dyktowanego przez ósemki Ślimaka na hi-hacie i mimo całkiem przyjemnej melodii. Partie wokalne są tu zresztą absolutnie niesztampowe (choć tutaj odniesienia do Roots Sepultury są zdaje się najbardziej namacalne), bardzo podoba mi się to jak zdegradowana została w tym utworze funkcja tekstu, słowa są właściwie niemożliwe do odcyfrowania (niektóre fragmenty zostały chyba odtworzone od tyłu), ale tak naprawdę nie trzeba książeczki, by zrozumieć miotane tutaj emocje. Z kolei z utworem Gain on Shit było mi przez długi czas najmniej po drodze z całego albumu, wydawał mi się zbyt toporny i jednolity i na początku słyszałem tylko "solówkę" jakby wykrojoną ze starych automatów do gier oraz going-going-going-going przed wejściem w ostatni refren (bardzo mocny moment zresztą, jak bicie głową w mur!). Po bardzo wielokrotnych przesłuchaniach, hehe, w końcu ta betonowa kula nabrała dzikiego rozpędu i kto wie czy nie rozbije mi w pień kolejnej piosenki Beatlesów... Dzisiaj utwór zmienił kolor na czerwony, mimo pesymistycznego tekstu jest w nim coś mocno wyzwalającego.

 

Właśnie, teksty... Nie będę ukrywał, że w przypadku tego zespołu mają one dla mnie znaczenie mocno drugorzędne, ale uwagę co do Blind Leading the Blind mogę rozciągnąć na całość: tak dobrze siedzą w muzyce, że nie trzeba się w nie zbytnio wgryzać, żeby wiedzieć co zespół ma do przekazania. Co nie znaczy, że są głupie czy pozbawione znaczenia. Generalnie przesłanie albumu rozumiem jako rozważanie na temat odnajdowania się przemienionego (no, może przemienianego) serca w coraz bardziej psującym się świecie. Ciekawe, że tak bardzo odmienni światopoglądowo Tytus i Litza zaproponowali tak spójny ogląd spraw. Może to znaczy, że jest on prawdziwy?

 

Warto tu dodać, że album High Proof Cosmic Milk jest posępny, ale nie mroczny, przynosi uczciwą, czyli niełatwą nadzieję i daje jakieś niespodziewane pocieszenie, mimo że po ostatnim utworze nie wygląda na to, że opisywane w tekstach sytuacje i ustawienia mogą się zmienić. I to jest chyba najważniejsza rzecz, za którą cenię ten album. Głupio o tym pisać, ale pomijając wszelkie wartości czysto muzyczne, potrafił mnie urzec, olśnić i podnieść na duchu na poziomie egzystencjalnym 40+, do którego z całym szacunkiem nie ma dostępu większość przebojów zespołu The Beatles. Jasne, może słyszę na tej płycie rzeczy, których na niej nie ma, ale takie prawo skrajnego subiektywisty. A przecież nie wymyśliłem sobie tych zachwyceń, których ta muzyka mi dostarczyła. A że to Acid Drinkers? Może wstyd, ale jestem chłopakom dozgonnie wdzięczny, mimo że po tym punkcie w ich dyskografii nasze drogi się ostatecznie rozchodzą.

 

I ostatnie słowo. Czytałem i oglądałem wywiady i wiem, że nagrywanie tej płyty było drogą przez mękę. No to niech ta przydługa recka będzie dowodem na to, że było warto. No i jeszcze raz: czy jest to solowa płyta Litzy? Być może tak wyszło, ale chwała chłopakom za to, że w imię wyczerpującego się braterstwa cała trójka przy nagrywaniu tego nielubianego przez nich albumu tak pięknie wsparła go swoimi talentami i wykrzesała tyle pewnie nieoczywistego dla nich... dobra???

Going-going-going-going, GOING FOR IT!

poniedziałek, 15 lipca 2019

BLUR - The Great Escape




All your life you're dreaming
and then you
stop dreaming

The Great Escape
BLUR
1995

gatunek: brit pop
najlepszy numer: Country House
best moment: przełamanie stylistyczne w Mr Robinson's Quango

Stereotypes * Country House * Best Days * Charmless Man * Fade Away * Top Man * The Universal * Mr. Robinson's Quango * He Thought of Cars * It Could Be You * Ernold Same* Globe Alone * Dan Abnormal *  Entertain Me * Yuko and Hiro

mocne * * * *

Naturalną koleją rzeczy ta sama siła, która bez pomyślunku wrzuciła zespół Blur na niejaki brit popowy tron, zechciała go z niego zrzucić, robiąc miejsce dla rywali z Oasis i to żeby było śmieszniej po wygranej w rozpętanej przez tabloidy "Bitwie Brit Popu". Te niepotrzebne didaskalia już na zawsze ustawiły album Great Escape jako "gorszego" czy też tylko "ciemniejszego" brata płyty Parklife, niejako na przegranej pozycji. Jakkolwiek płyta istotnie jest lekko rozczarowująca, na pewno nie jest zła. Zatem ani słowa więcej o Oasis...

Cieszę się, że "Battle of Britpop" znam tylko z opowiadań, mogłem dzięki temu całkowicie autonomicznie obrać sobie piosenkę Country House jako zdecydowanie najlepszą na płycie. Ci co znają mnie osobiście i Ci, którzy znają mnie tylko z tego bloga (są tacy?) dobrze wiedzą, że taka sytuacja, kiedy zgadzam się z "obiektywnymi" wynikami należy do rzadkości, więc pocelebrujmy ten utwór przez dłuższą chwilę. So the story begins... Od razu dopowiem, że najbardziej cenię ten numer za te wszystkie misternie i niespiesznie wprowadzane do faktury rzeczy z drugiego planu (głównie chórki) i do tego myślę, że piosenka mogłaby być jeszcze bardziej doskonała gdyby do zatrzymania blow, blow me out, I am so sad... dodać jeszcze jedną warstwę harmonii w dole lub pośrodku spektrum. Nie znaczy to, że nie doceniam zaraźliwej melodii ani bardzo inteligentnego tekstu, ani niesamowitych partii basu... Do tego jeszcze chłopakom udało się tutaj wypełnić postulat Franka Zappy związany ze stawianiem nut "z nastawieniem" - te grubo ciosane opady na półtonach w refrenie to kwintesencja "nabytej wieśniackości"! Wspaniały utwór! Kto by się spodziewał, że ironia może być aż tak energetyczna i inspirująca? (A tak na marginesie, mało kto zwraca uwagę na wtręt w wyciszeniu: "I wanna be a wannabe", a to przecież żarcik profetyczny - za rok to słowo miały do cna wymiętolić panienki ze Spice Girls!)

Niestety pozostałe utwory są nieco (ale tylko nieco) gorsze niż Country House. A nie musiało tak być. Po pierwsze płyta nareszcie w miarę dobrze brzmi. To znaczy - życzyłbym sobie jeszcze mniej plastiku, ale przynajmniej nie jest tak jak w przypadku poprzednich trzech Blurowych wydawnictw, że PRODUKCJA przeszkadza MUZYCE (powtarzam, że myślę tu o orginalnych nieremasterowanych wersjach). Po drugie, Damon Albarn jeszcze bardziej rozwinął się jako tekściarz. Chociaż jego opowieści stały się o wiele mniej pogodne niż na Parklife, udało mu je uczynić (co na pierwszy rzut oka może wydać się sprzecznością) i odrobinę bardziej osobistymi, i odrobinę bardziej uniwersalnymi, tak że znikło z tych piosenek wrażenie taniego eskapizmu, który mógłbym zarzucić niektórym piosenkom z płyty poprzedniej.

Cóż się zatem stało? Zdaje się, że zwykłe ludzkie wypalenie. The Great Escape jest tym albumem w dyskografii, który wnosi do robku najmniej. Najwyraźniej słychać to bodajże w grze Coxona - o ile w dyskretnym wzbogacaniu faktury jest nadal niedościgniony (Charmless Man!), to na pierwszym planie nie wniósł tym razem do muzyki Blur nic wiekopomnego na miarę sola z This Is a Low, nawet solówka w Country House jest bardzo sprytnie sklecona z dwóch partii grających równocześnie, samych w sobie nieco nieporadnych. Sam Coxon w jednym z wywiadów wyraźnie wskazał ten właśnie album jako najmniej udany jeśli chodzi o partie gitarowe, wszystko się zatem zgadza (w tym samym zdaniu zaznaczył jeszcze: "ale to nie jest słaby albym, hę?", uspokajamy, nie jest). Jeśli chodzi o lidera, obniżka formy jest o wiele trudniejsza do uchwycenia, czym bowiem można zmierzyć "inspirację", "świeżość" czy "polot", a właśnie na tym polu uszczerbki są najbardziej doskwierające. Jakoś jednak cały świat (w tym nawet ja!) jest zgodny z tym, że mniej na tej płycie TEGO CZEGOŚ, więc jakoś to zmierzyliśmy. Mówiąc bardziej konkretnie, melodie są ciut bardziej kwadratowe, sztampowe, przewidywalne i powtarzalne niż Blurowa średnia, a do tego jeszcze po raz pierwszy w repertuarze przydarzyła (i przydatentnica) się zespołowi ewidentna zrzynka z Beatlesów (w Charmless Man rozwiązanie refrenu wzięte prosto z Back In the USSR).

Od razu jednak łagodzę ostrze krytyky swej i dopowiadam, że w poprzednim zdaniu najważniejsze było słowo "ciut". Hej, ciut, don't make it bad, niektóre piosenki nadal są jedynie w swoim rodzaju melodycznie natchnione. Żeby nie szukać daleko, He Thought of Cars swoją progresją, ale także nastrojem, nie przypomina z chudsza żadnej innej piosenki Blur, dużo świeżości jest też w Fade Away, a także w pozostałych utworach singlowych czyli - w kolejności od najbardziej zdaniem niegodnego slugi udanych - Stereotypes, The Universal oraz Charmless Man. Całkiem udały się też żarciki Dan Abnormal i Yuko & Hiro, ten pierwszy bywa moim ulubionym - po Housie - na całej płycie, tylko dlaczego to interludium takie napisane na kolanie? Co więcej, pozostałe numery także nie przynoszą wstydu (może poza nieco karykaturalnym Ernold Sane) i właściwie KAŻDY (!) jest na swój sposób interesujący, a do tego przecież gdy tylko zrobi się CIUT nudnawo, zawsze można skierować stery na serce tego słońca, czyli Aleksa Jamesa, jedynego muzyka zespołu, który wydawał się na tyle nieokrzesany i mocny, że bez zmrużenia oka zniósł wszystkie lukry i obciążenia i sławy, i niesławy.

Do pełnego obrazu względnego niepowodzenia Wielkiej Ucieczki (po prawdzie z każdym zdaniem coraz bardziej przekonuję się, że to całkiem udany album, oczywiście leci sobie w tle, gdy piszę te słowa) dodajmy zwyczajowe problemy z konstrukcją. Tym razem wersja "deluxe" nie przynosi żadnych nie wiadomo jakich ukrytych skarbów, choć nie pogniewałbym się gdyby energetyczny Ultranol zastąpił wgniecionego Ernolda. Tym razem najwiekszą pomyłką zespołu przy układaniu tracklisty jest dla mnie sprawa zakończenia płyty. Bardzo lubię Yuko and Hiro, ale gdyby zamienić go (ich) miejscami z Universalem, nie mielibyśmy być może wrażenia rozmycia się spraw pod koniec poczynań, a album zyskałby na ciężarze gatunkowym i wewnętrznej logice strukturalnej. Być może winę za tak oczywiste jak dla mnie niedopatrzenie ponosi dziewczyna Albarna, wokalistka zespołu Elastica, która uważała The Universal za najgorszy kawałek w dotychczasowej historii zespołu. Szkoda, ten lekko apokaliptyczny kawałek spełnia wszystkie wymagania rasowego album closera, a to końcowe delikatne podejście na smyczkach pasowałoby jak ulał do zamknięcia tego ciut rozczarowującego klasycznego albumu wielkiego zespołu. 

Życzyłbym wszystkim moim ulubieńcom takich rozczarowań. A także takiej samoświadomości, która pozwoliła chłopakom na natychmiastową korekcję stylistyki przy okazji płyty następnej. I mimo wszystko brawa też tutaj.

sobota, 13 lipca 2019

BLUR - Parklife


This is a low
but it won't hurt you

This is a low
but it won't hurt you

Parklife
BLUR
1994

gatunek: no niby brit pop
najlepszy numer: gdybym był złośliwy to powiedziałbym, że bonusowa Magpie, ale nie jestem i wskazuję na This Is a Low
best moment: przejście z solówki w ostatni refren This Is a Low

Girls & Boys * Tracy Jacks * End of a Century * Parklife * Bank Holiday * Badhead * Debt Collector * Far Out * To the End * London Loves * Trouble In a Message Centre * Clover Over Dover * Magic America *  Jubilee * This Is a Low * Lot 105

* * * * i 1/2

Wydany w kwietniu 1994 roku album Parklife nieoczekiwanie (?) debiutował na pierwszym miejscu list przebojów, zrzucając z niego trepów udających, że potrafią nagrać bez Watersa kolejny "klasyczny" album Pink Floyd. No i dobrze. No i zasłużenie. Chłopaki wykorzystali do cna swoje młodzieńcze bogactwa naturalne i nagrali album wyrazisty, zróżnicowany, bezczelny i definiujący epokę. A przy tym ciut słabszy od poprzedniego, ale tym się na razie nie zrażajmy.

Pod względem muzycznym niniejszą płytę różni od poprzedniej wyraźne złagodzenie brzmienia i związana z tym "przebojowość", połączona z niejakim powrotem do gładkich brzmień znanych z  debiutu. Właściwie do tego czasu znakomita większość piosenek Blur oparta była na gitarze Coxona, i to zazwyczaj dość ciężkiej, wyjątkiem jest chyba tylko Sing, ale tylko bałwan nazwałby ją łagodną. Tymczasem płyta Parklife wydaje się o wiele bardziej "popowa" niż "rockowa", aż chciałoby się napisać: "brit popowa", ale co to właściwie jest ten brit pop, skoro obejmuje zespoły tak różne stylistycznie i "przekazowo" jak Blur i Oasis. Owszem, łączy je garściami czerpanie z melodyki Beatlesów i innych zespołów z lat 60-tych, no i co z tego?

Wśród tych "innych" zespołów w końcu należy wymienić The Kinks, nie tylko ze względu na teksty o różnych dziwnych gostkach. Wciąż nie przesadzałbym z tym pokrewieństwem, najbardziej "blurowe" piosenki Kinks są bowiem poupychane głęboko na dodatkowych dyskach przepięknej płyty Village Green Preservation Society (np. Misty Water), z kolei najbardziej "kinksowe" piosenki Blur można znaleźć na dodatkowych dyskach wydań "deluxe" (np. Theme From Imaginary Western z płyty niniejszej). Różnice zasadzają się w dość odmiennych wrażliwościach/brzmieniach gitarzystów obu zespołów, ale jako się rzekło na Parklife jest tych gitar trochę mniej, a nad całością rzeczywiście unosi się nieco kinksowy duch apoteozy angielskości w nieco krzywym zwierciadle. Ironia na Parklife też jest jednak bardziej słoneczna niż gniewna, co jest kolejnym przyczynkiem do większej popularności tej płyty od poprzedniej. Tak, zespół Blur zdecydowanie utrafił na Parklife w jakiś szczęśliwy i rezonujący ton. Problem (malutki) w tym, że - jak to bywa ze wszystkim co flagowe - zatracił w tych śmichach i chichach nieco  p r a w d z i w o ś c i. Dlatego też na swojej prywatnej liście umieszczam bebechy Modern Life'a nieco wyżej, acz jak się przekonamy za chwilę, to nie przez swoją flagowość Parklife stracił u mnie szansę na pięć gwiazdek.

Na razie zajmijmy się jednak tym co dobre, bo jest tego na tej płycie sporo. Pomińmy milczeniem otwierający całość pastisz lat 80-tych, cenię założenia tego kawałka, ale go nie lubię i ograniczę się do pochwalenia niesamowitej partii basu. W sedno albumu Parklife trafiamy dopiero na wysokości piosenki Tracy Jacks, która - mimo że wraca do gitarowej podstawy - dobrze pokazuje wspomniane wyżej przesunięcia w nastroju. Ale to co, że (brit)pop, to świetny kawałek wykorzystujący znany z For Tomorrow patent na pokrętną harmonicznie zwrotkę i zaraźliwy refren. Najciekawsze, mimo że numer opowiada o kryzysie wieku średniego, aż chce się po nim - za przykładem głównego bohatera -  biegać nago po ulicach. Dodatkowe brawa za nieco atonalną, zdecydowanie nie popową końcówkę! End of the Century podejmuje wątki z poprzedniej piosenki na sposób bardziej uniwersalny i mniej pogodny, to jednak kolejna świetna melodia, a niewesoły tekst osładzają wyśmienite partie chóralne. No i przychodzi czas na do bólu znajomy utwór tytułowy. Czy broni się po setnym czy sięcznym przesłuchaniu? Tak! (Choć ja wolę wersje recytowane przez Albarna, z całym szacunkiem do Phila Danielsa). Nawet po milionowym przesłuchaniu nie da się chyba ustalić, czy utwór jest bardziej prześmiewczy czy apologetyczny, co jest jego niewątpliwą zaletą. Na to wszystko wchodzi (pseudo?)punkowy Bank Holiday i znowu nie wiadomo czy jest bardziej ironiczny czy rubaszny. Tak naprawdę pewnie wiadomo, że to pierwsze, ale... i niech tak zostanie, utwór jest naprawdę porywający, choć pełen wyraz zyskał dopiero w wykonaniach koncertowych (jak oni się mieścili w tych taktach?) I kolejne trafione przełamanie nastroju, no jasne, logicznie rzecz biorąc po imprezie w dzień wolny musi przyjść kac, ale mimo wszystko dolegliwości Badhead wydają się mniej dokuczliwe niż paralelne problemy na płycie poprzedniej, może za sprawą bardziej wysmakowanej aranżacji. Tylko dlaczego nie użyli melotronu w tych zatrzymaniach, Oasis jakoś się udało przytargać tę kolubrynę do studia... Po Badhead następuje być może pierwsza pomyłka konstrukcyjna na Parklife, odnoszę wrażenie, że dwa zdecydowanie "lajtowe" przerywniki bez drugiego dna, postawione obok siebie, trochę sobie przeszkadzają. Chyba że "astronomiczny" utwór  Far Out (śpiewany dość  pociesznie przez Alexa Jamesa) otwiera już "stronę B". Wtedy wszystko OK, bardzo lubię tę śpiewankę, w wejściu słońca słońca słońca jest coś w nieplanowany sposób... mistycznego, hehe.

Niestety podobnie jak w przypadku albumu poprzedniego druga część płyty wydaje mi się wyraźnie słabsza. To the End na przykład ocieka lukrem i nie do końca wygląda na parodię, mimo wyraźnych prób pokrycia emocji sztuczną artykulacją, niezbyt poważam ten numer, mimo że jak na ironię wszedł do kanonu. London Loves ratuje bardzo trafny choć zgryźliwy tekst i niesamowite "crimsonowskie" solo Coxona, ale też nie są to wyżyny strony A. Na szczęście następny w kolejności Trouble In a Message Centre, który z tą swoją szlachetnie mętną progresją wygląda trochę jak wyjęty z Modern Life Is Rubbish, wynagradza niedoskonałości dwóch poprzednich numerów. Z kolei oparty na klawesynie Clover Over Dover robi dość upiorne wrażenie z samobójczym tekstem wpasowanym w tak manierystycznie "barokowy" podkład i nadaje całości pożądanej głębi, stawiając pod znakiem zapytania tę całą "przebojowość". Ale może to tylko zły sen? Magic America i Jubilee przywracają bardziej przyziemny (i przyjemny) ironiczny ton, choć pod względem muzycznym są tylko solidne i nie wnoszą do poczynań niczego przełomowego. Co innego przepiękny This Is a Low, jedyna piosenka na płycie, która jest wykonana bez żadnej maski, o dziwo przynosi niespotykaną do tej pory w muzyce Blur nutę medytacyjnego zapatrzenia i pocieszenia. Wyraźnie też wyróżnia się brzmieniowo, przelewające się w tle Hammondy sprawiają, że album szybuje z pozycji brit popowych w stronę "classic rocka". Może niepotrzebnie wieńczący całość Lot 105 sprowadza wszystko ze śmiechem z powrotem na ziemię. A może potrzebnie.

Rok 2012 przyniósł nie tylko wersję "deluxe" albumu z remasterowanym dźwiękiem, przy którym można było w końcu głębiej odetchnąć, ale też box Blur 21, który odsłonił wersje demo wybranych utworów i pokazał jak dużo niestety te piosenki (najbardziej chyba tytułowa!) straciły energii i uroku przy przesunięciu akcentów produkcyjnych w kierunku owego mitycznego brit popu. Powracają przy tym moje utyskiwania na selekcję utworów - jak można było nie umieścić na albumie tak wspaniałego pod względem kompozycji, energii i wykonania utworu jakim jest Magpie? (I jeszcze szczerzy się tą dziwaczną końcówką!) Ale ale... Tak naprawdę to dobra wiadomość - majętny (lub tylko mający chody u Gwiazdora) fan zespołu Blur może sobie zestawić swój własny Parklife, na pełne pięć gwiazdek, bez żadnego naciągania.